pozytywka@gmail.com
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
piątek, 27 kwietnia 2012
Rząd wyleczy służbę zdrowia z wolontariuszy

Wczoraj rząd opublikował propozycję zmian w Ustawie o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie. Nie wzbudzi pewnie większych emocji, a powinna, bo to w niej - być może przez nieuwagę - ukrywa się prawdziwa rewolucja w systemie opieki zdrowotnej. W obowiązującej ustawie jest zapis dotyczący wolontariatu (czyli nieodpłatnej pracy) i dzisiaj brzmi on tak:

Art. 42. 1. Wolontariusze mogą wykonywać, na zasadach określonych w niniejszym rozdziale, świadczenia na rzecz:(...) 4) podmiotów leczniczych w rozumieniu przepisów o działalności leczniczej w zakresie wykonywanej przez nie działalności leczniczej.

Dzięki temu zapisowi w szpitalach nieodpłatnie pracują tysiące ludzi dobrej woli, począwszy od rozbawiającego chore dzieci Dr Clowna, spełniających dziecięce marzenia wolontariuszy Fundacji Mam Marzenie, amazonki pomagające kobietom po mastektomii radzić sobie z życiem bez piersi - długo by wymieniać. Każdy kto miał nieszczęście znaleźć się w polskim szpitalu wie, jak bardzo wiele pacjenci zawdzięczają wolontariuszom. Nie wspominam tu nawet o całym ruchu hospicyjnym, który bez wolontariuszy by po prostu nie istniał.

Opublikowany wczoraj projekt nowelizacji Ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie "porządkuje" sytuację i po prostu usuwa wolontariat z "podmiotów leczniczych".

13) w art. 42 w ust. 1 uchyla się pkt 4.

Rząd proponuje więc, aby z wolontariuszy nie mogły już korzystać "podmioty lecznicze w rozumieniu przepisów o działalności leczniczej w zakresie wykonywanej przez nie działalności leczniczej", a to oznacza, że hospicjum (czy jakakolwiek inna organizacja pozarządowa lub publiczna placówka medyczna) nie będzie mogło korzystać z nieodpłatnej pracy lekarzy, pielęgniarek, rehabilitantów czy innych wolontariuszy zatrudnionych bezpośrednio w związku z działalnością leczniczą. Nie jest to bynajmniej niedopatrzenie, bo ten zakaz został bardzo obszernie uargumentowany w uzasadnieniu i ocenie skutków regulacji. Chodzi mianowicie o...konkurencyjność.

Zmiany w pozostałych przepisach, dotyczyć będą (...) rozszerzenia na podmioty prowadzące działalność leczniczą systemowego zakazu korzystania z wolontariuszy w ramach działalności leczniczej, stanowiącej w obecnym stanie prawnym regulowaną działalność gospodarczą, a więc de facto kwalifikowaną formę działalności gospodarczej. (...) Zmiana art. 1 pkt 13 jest konsekwencją wejścia w życie ustawy  z dnia 15 kwietnia 2011 r. o działalności leczniczej, która zmieniła status  prowadzonej działalności leczniczej, tzn. działalności polegającej na udzielaniu świadczeń zdrowotnych. Zgodnie z art. 16 ustawy ww. działalność jest obecnie działalnością regulowaną w rozumieniu ustawy z dnia 2 lipca 2004 r. o swobodzie działalności gospodarczej (Dz. U. z 2010 r. Nr 220, poz. 1447, z późn. zm.), a więc działalnością gospodarczą, której wykonywanie wymaga spełnienia szczególnych warunków, określonych przepisami prawa. Wolontariatem, w rozumieniu ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie, są jedynie świadczenia na rzecz organizacji pozarządowych oraz podmiotów wymienionych w art. 3 ust. 3 zmienianej ustawy, organów administracji publicznej, jednostek organizacyjnych podległych organom administracji publicznej lub nadzorowanych przez te organy w zakresie ich działalności statutowej, z wyłączeniem prowadzonej przez nie działalności gospodarczej. W związku z powyższym, jeśli działalność polegająca na udzielaniu świadczeń zdrowotnych jest w świetle przepisów o działalności leczniczej kwalifikowaną działalnością gospodarczą, korzystanie ze świadczeń wolontariuszy przy prowadzeniu tej działalności jest sprzeczne z zasadami konkurencji oraz narusza spójność systemową regulacji dotyczącej wolontariatu (...) Regulacja będzie miała pozytywny wpływ na konkurencyjność gospodarki, zlikwiduje bowiem nieuzasadnione przywileje związane z możliwością korzystania z nieodpłatnych świadczeń wolontariuszy przez niektórych przedsiębiorców. 

Tak oto, drogi czytelniku, cichcem milczkiem, w ustawie, na którą niewielu zwróci uwagę, w niewinnym zapisie brzmiącym "w art. 42 w ust. 1 uchyla się pkt 4" rząd wprowadza prawdziwą rewolucję w służbie zdrowia, przeganiając z niej "naruszających konkurencyjność" wolontariuszy. 

Obecna ustawa

Projekt nowelizacji

08:04, kataryna.kataryna
Link Komentarze (1728) »
czwartek, 26 stycznia 2012
Czy Sikorski zapłacił Szimeczce?

Na oficjalnej stronie Radosława Sikorskiego znalazłam tłumaczenie poświęconego Sikorskiemu artykułu "Zjawisko imieniem Sikorski", opublikowanego w czeskim tygodniku "Respekt". Jako że minister jest jednym z największych orędowników ACTA, a jego podwładna dzisiaj w nocy podpisała kontrowersyjną umowę, zainteresowała mnie formalna strona opublikowania przez Radka Sikorskiego tłumaczenia artykułu z czeskiej gazety. Nie jest przecież tak, że bohater artykułu, tylko z racji tego, że jest tym bohaterem, może artykułem swobodnie rozporządzać. Art. 25 prawa autorskiego stanowi wprawdzie, że wolno rozpowszechniać w mediach już opublikowane artykuły o tematyce politycznej, ale mówi też wyraźnie, że twórcy przysługuje wtedy prawo do wynagrodzenia. Sikorski więc powinien zapłacić Szimeczce (lub organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi) za opublikowanie na swojej stronie jego artykułu. Myślicie, że zapłacił? Bo ja mam wątpliwości czy Szimeczka w ogóle wie, że został opublikowany po polsku, ale może nie doceniam "zjawiska imieniem Sikorski", może ten wróg piractwa dopełnił wszystkich formalności.

Skoro już podpisaliśmy to nieszczęsne ACTA, umowę, która podobno absolutnie niczego w polskim prawie nie zmienia, ale jakimś cudem niczego nie zmieniając pomoże skutecznie zwalczyć piractwo i kto wie co jeszcze, może warto zrobić kompleksowy przegląd stron internetowych polityków, którzy nas nią uszczęśliwili. Ciekawe jak by wyglądały te strony, i blog Kasi Tusk, gdyby trzeba było je przerobić tak, żeby absolutnie niczego nie naruszały. Ostałaby się jakaś?

"Zjawisko imieniem Sikorski"

Jarosław Lipszyc: ACTA odbiera nadzieję na zmiany

sobota, 21 stycznia 2012
Kazana to nie Kazana, Błasik to nie Błasik...

Rzeczpospolita: Nikt nie chce się przyznać do rozpoznania głosu generała Błasika, a komisje wciąż twierdzą, że był w kokpicie. Pierwszy raz głos generała Andrzeja Błasika w kabinie pilotów prezydenckiego tupolewa rozpoznano jeszcze w kwietniu 2010 roku. Tyle że do dziś nie wiadomo, kto dokonał identyfikacji. Pod stenogramami rozmów z kokpitu opracowanymi przez rosyjski MAK jest dopisek: "Identyfikacji rozmówców dokonał dowódca eskadry 36. pułku ppłk Bartosz Stroiński". – Nie rozpoznałem głosu generała. Słabo go znałem. Rozmawiałem z nim może dwa razy w życiu – mówi "Rz" i dodaje, że gdy przyjechał do Moskwy, "głos Błasika" był już rozpoznany. Przez kogo? – Poinformowano mnie, że przez kogoś z polskiej komisji badającej katastrofę – mówi Stroiński.

Na opisane w dzisiejszej Rzepie "wątpliwości" związane z tym czy i kto rozpoznał na nagraniach głos generała Błasika trzeba spojrzeć w szerszym kontekście, sięgając pamięcią do tego co się działo zaraz po opublikowaniu nieszczęsnych rosyjskich stenogramów. Bo przecież już wtedy było wiadomo, e coś tu bardzo nie gra. Generał Błasik nie był bowiem ani pierwszym, ani jedynym "błędnie" rozpoznanym.

TVN24: Głos osoby spoza załogi podpisany w nawiasie "dyrektor Kazana" pojawia się w stenogramach dwukrotnie. Jednak MSWiA poinformowało dzisiaj, że jest to jedynie sugestia prowadzących śledztwo. - To, że głos nienależący do załogi, który zarejestrowała czarna skrzynka Tu-154 należał do szefa protokołu dyplomatycznego MSZ, Mariusza Kazany, jest tylko sugestią. Nie potwierdzili tego polscy eksperci - powiedziała Woźniak. (...) Na pytanie skąd w stenogramach znalazło się nazwisko dyrektora Kazany, skoro jego głos nie został potwierdzony przez ekspertów Woźniak odsyła do Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK). To on jest odpowiedzialny za wyjaśnienie okoliczności tragedii po stronie rosyjskiej i to właśnie eksperci z MAK przygotowali odczyty nagrań. Pod dokumentem znajdują się podpisy Polaków Sławomira Michalaka, Waldemara Targalskiego. Identyfikacji osób w kabinie miał dokonać ppłk Bartosz Stroiński. Jego podpisu nie ma jednak pod dokumentem. - Podpisałem inny stenogram - powiedział we wtorek portalowi tvn24.pl Stroiński. (...) W stenogramach osoba podpisana jako "dyrektor Kazana" pojawia się dwukrotnie. Po raz pierwszy na 15 minut przed katastrofą. Wówczas kapitan samolotu Arkadiusz Protasiuk powiedział: - Panie dyrektorze, wyszła mgła. W tych warunkach, które są obecnie, nie damy rady usiąść, spróbujemy zrobić jedno zejście, ale prawdopodobnie nic z tego nie będzie. - No to mamy problem - odpowiedziała niezidentyfikowana osoba podpisana właśnie jako "dyrektor Kazana". O godz. 8.30 osoba również podpisana jako "dyrektor Kazana" mówi: - Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robić.

Przypisane wtedy dyrektorowi Kazanie wypowiedzi "No to mamy problem" i "Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robić" posłużyły - jak pamiętacie - do sformułowania hipotezy o winie prezydenta, do którego rzekomo miała należeć decyzja, ewentualnie jej brak - tak czy owak, to właśnie te słowa Kazany, uzupełnione słowami rzekomo pijanego Błasika, pozwoliły zbudować i utrwalić smoleńską narrację w której głównym winnym katastrofy był prezydent Kaczyński. 

Jakby ktoś chciał dzisiaj szukać Kazany w najnowszych stenogramach krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych, to uprzedzam - szkoda czasu. Kazana z ostatecznej wersji stenogramów zniknął, zupełnie jak Błasik. Błędem jest więc traktowanie (nie)obecności Błasika w polskich stenogramach jako jakiejś tam "rozbieżności" ze stenogramami rosyjskimi, nie w przypadku gdy w tajemniczych okolicznościach pojawiają się i znikają dwa ważne głosy, dziwnym trafem oba obciążające prezydenta, i w obu przypadkach nie wiadomo przez kogo rozpoznane. Za to świetnie wiadomo komu i do czego służące. 

Po tym jak okazało się, że w "kokpicie" znaleziono 13 osób, ale niekoniecznie załogę, dotychczasowa narracja się posypała i trochę potrwa zanim uda się sklecić nową. Gdybym miała obstawiać, spodziewam się powrotu wątku "rozmowy braci". Na tym etapie to chyba ostatnia deska ratunku, i zdaje się ktoś ją właśnie wyciągnął z lamusa. Wprost właśnie "dotarło" do informacji z...czerwca 2010, wtedy to Dania oficjalnie odpowiedziała polskim śledczym, że nie dysponuje nagraniem ostatniej rozmowy braci Kaczyńskich. 

Wprost: Szanse na to, że poznamy zapis rozmowy telefonicznej Lecha Kaczyńskiego przeprowadzonej z pokładu Tu-154 stopniały do zera. Dania, która miała tę rozmowę zarejestrować, twierdzi, że nie ma tego nagrania – wynika z informacji „Wprost”.Wojskowi prokuratorzy prowadzący śledztwo w sprawie Smoleń-ska prawie rok temu zwrócili się o nagranie tej rozmowy do Danii, która 10 kwietnia 2010 r. miała prowadzić nasłuch satelitarny na trasie przelotu polskiego Tu-154. Odpowiedź przyszła 24 czerwcu ubiegłego roku. Duńskie Ministerstwo Sprawiedliwości twierdzi w niej, że nie dysponuje takim nagraniem. 

Jak prorządowa gazeta ni z tego ni z owego "dociera" do informacji sprzed pół roku (dlaczego właśnie teraz? dlaczego nie w kampanii wyborczej kiedy wątek rzekomych planów upublicznienia rozmowy braci był na tapecie?) to mi się zapala czerwona lampka, bo świetnie pamiętam jak rozmowa braci była wykorzystywana od samego początku, w plotkach kolportowanych przez ważnych polityków Platformy. 

Dziennikarz 1: Z dobrych źródeł wiem, że to czołowy polityk PO, były minister, opowiadał w kuluarach jednej ze stacji o nagranych słowach LK. Mija tydzień.
Dziennikarz 2: Tak, GS do ZS. Mieli puścić nagranie i na słowach się zakończyło. Coraz więcej plotek, spekulacji... Ponura atmosfera. 
Dziennikarz 1: Dysponował nawet dokładnymi cytatami. Jeśli są - LK trafi na pośmiertny szafot. A jeśli nie? "nie można wykluczyć" "w WC"? wstyd.
Dziennikarz 3: Nie wiem, czy słyszałeś: dziś od powrotu Klicha dwóch znanych posłów kolportuje informacje o rzekomym głosie LK w kokpicie... ...zaraz dodając, że "co prawda z Klichem nie rozmawiali, ale...". Do dnia upublicznienia, narośnie jeszcze miliard teorii... ...jestem pewien, że jutro góra pojutrze, jak nie ci sami, to inni będą nawet "rzucać" cytatami.

Dzisiaj dowiadujemy się, że rozmowy braci nie poznamy, w każdym razie nie oficjalnie. Nie dałabym jednak głowy za to, że nie zaczną się pojawiać przecieki z tego "co o rozmowie wiemy ale zdradzić źródeł nie możemy". W ostateczności zaś będzie można w najlepsze spekulować co też by na tym nagraniu było, gdyby ono było. A kto wie, może nawet jest, tylko Dania się nad nami ulitowała? Jestem pewna, że "sekta smoleńska" coś wymyśli, i gdyby nie to, że moi współobywatele ciągle jeszcze te kłamstwa kupują, nawet bym się cieszyła na gimnastykę jaką będą teraz musiały wykonać tuzy prorządowego dziennikarstwa. Kazany nie było, Błasika nie było, rozmowy nie będzie. Jak lżyć, panie premierze?

poniedziałek, 09 stycznia 2012
Strzały w "wolnościowym raju"

Tomasz Nałęcz: Jesteśmy rajem wolnościowym, a Węgry są piekłem.

Czyli kolejna z mądrości prezydenckiego doradcy, świeżutka, z dzisiejszego rana. Nie wiem czy to indywidualne przemyślenia Nałęcza, czy oficjalne stanowisko Prezydenta RP, ale trzeba Nałęczowi oddać - wielce oryginalny sposób prowadzenia polityki zagranicznej. Obrażanie Węgier w mediach przez przedstawiciela naszej Głowy Państwa to polski wkład w sztukę dyplomacji. Nawet gdyby faktycznie Węgry były "piekłem" a Polska "wolnościowym rajem" taka publiczna wypowiedź szokuje, i chyba dobrze byłoby aby Prezydent przywołał swoje "usta" do porządku zanim nam całkiem nabrużdżą na arenie międzynarodowej. I już nawet nie dlatego, że ta wypowiedź jest zwyczajnie głupia, ale - w świetle wydarzeń z ostatniej chwili - po prostu śmieszna.

TVN24: Prokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej Mikołaj Przybył strzelił do siebie po konferencji prasowej w Poznaniu. Żyje, jest reanimowany.Po bardzo emocjonalnej konferencji prasowej nt. billingów dziennikarzy prokurator poprosił media o przerwę. Gdy został w pomieszczeniu sam, padł strzał. (...) Wcześniej mówił, że prokuratura wojskowa w Poznaniu miała podstawy prawne, by żądać od operatorów telekomunikacyjnych danych personalnych, danych połączeń i treści SMSów. W wystąpieniu zaatakował media i Prokuraturę Generalną.

Nie wiem jakim "piekłem" są Węgry, ale z pewnością państwo, w którym prokurator wojskowy strzela do siebie w obecności mediów, bo mu się przyszło przed nimi tłumaczyć z inwigilowania tych nielicznych dziennikarzy, którym się jeszcze chce grzebać w tajemnicach tragicznej śmierci Prezydenta, "wolnościowym rajem" nie jest. I chciałabym abyśmy choć trochę tej troski o demokrację, jaką mamy dzisiaj dla Węgrów, zachowali też dla swojego państwa. Bo dzisiejszy dzień przyniósł kolejny dowód na to jak bardzo jej potrzebuje.

A Nałęcz? Cóż, w normalnym kraju prezydent musiałby się z jego wypowiedzi tłumaczyć. Ale w "wolnościowym raju" nie takie rzeczy można powiedzieć o rządzie. O rządzie Węgier, rzecz jasna.

11:06, kataryna.kataryna
Link Komentarze (945) »
wtorek, 20 grudnia 2011
Dziś Macierewicz, jutro Sikorski?

Bogdan Klich: Raport był szkodliwy dla naszych służb i pośrednio dla bezpieczeństwa naszego państwa, nie tylko dla żołnierzy w Afganistanie, choć dla nich też, także dla żołnierzy w Iraku, bo przecież trwała wtedy misja iracka, ale także dla bezpieczeństwa państwa ze względu na działania, które podejmowały wojskowe służby informacyjne poza granicami naszego kraju. Raport ujawniał zasady funkcjonowania tych służb, wspominał też o tych oficerach, którzy pełnili swoją powinność, swoją służbę w placówkach. No i wreszcie raport przyczynił się do krzywdy wielu cywilnych osób, którym ministerstwo obrony narodowej musi składać przeprosiny i dawać zadośćuczynienie. (...) To znaczy, myśmy nie mieli do wątpliwości co do tego, że WSI w swojej kilkunastoletniej historii popełniły szereg, różnych błędów, o niektórych mówiło się nawet publicznie, jak chociażby słynna sprawa z początku operacji irackiej NATO i w związku z tym rozwiązanie WSI było decyzją słuszną. Natomiast opublikowanie raportu, gdzie czarno na białym każdy może przeczytać szczegóły funkcjonowania służb specjalnych Rzeczpospolitej Polskiej, gdzie każdy może dowiedzieć się o tym, jaką rolę, zdaniem Antoniego Macierewicza, pełniła osoba iks, albo osoba igrek, i kiedy tej osobie musi zadośćuczyniać później minister obrony sprzeciwiający się wokół takiej metody, mam na myśli siebie, bo przecież to ja musiałem przepraszać w imieniu resortu obrony narodowej.

Po czterech latach intensywnego śledztwa prokuratura wreszcie wydała z siebie zapowiedź aktu oskarżenia pod adresem Macierewicza, robi się więc ciekawie, bo jeśli prokuratura i partia rządząca traktują państwo, oraz własne zarzuty pod adresem Macierewicza, choć trochę poważnie, oskarżenie Macierewicza powinno mieć dalsze, dużo poważniejsze, konsekwencje.

Wbrew temu, w co zdają się wierzyć politycy Platformy i wierne jej media, działania a później raport Macierewicza to nie był jakiś tam spontan niepokornego posła, a wtedy wiceministra. Zarówno prace komisji, której przewodniczył, jak i opublikowanie ostatecznego raportu przez prezydenta Kaczyńskiego miało solidne podstawy prawne w postaci ustawy z 9 czerwca 2006 roku Przepisy wprowadzające ustawę o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego oraz ustawę o służbie funkcjonariuszy Służby Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służby Wywiadu Wojskowego. Tak, tak, to ta ustawa za przyjęciem której Platforma (poza Komorowskim) głosowała ręka w rękę z PiS, przykładając tę rękę także do tego zapisu:

Art. 70 c ust. 3 Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, po zasięgnięciu opinii Marszałka Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej i Marszałka Senatu Rzeczypospolitej Polskiej, podaje Raport do publicznej wiadomości w Dzienniku Urzędowym Rzeczypospolitej Polskiej „Monitor Polski”.

Skoro już ustaliliśmy, że Platforma jest współodpowiedzialna za to, że raport Macierewicza ujrzał światło dzienne, narażając podobno na szwank nasze bezpieczeństwo (Dukaczewski mówił coś nawet o "zdradzie stanu"), to sprawdźmy jeszcze kto imiennie jest odpowiedzialny jak raport wyglądał i kto go pisał, sięgając ponownie do ustawy.

Art. 58 ust. 1 W terminie do 14 dni od dnia wejścia w życie ustawy:1) Prezes Rady Ministrów, na wniosek Ministra Obrony Narodowej, w drodze zarządzenia, po zasięgnięciu opinii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, powołuje Pełnomocnika do spraw organizacji SKW oraz Pełnomocnika do spraworganizacji SWW; 2) Minister Obrony Narodowej, w drodze zarządzenia, powołuje Komisję Likwidacyjną oraz wyznacza jej Przewodniczącego.

Jeśli nie pamiętasz, Drogi Czytelniku, kto w tamtym czasie był Ministrem Obrony Narodowej, spieszę przypomnieć - Sikorski. Tak, tak, wiem, że nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia i tylko firmował decyzję na którą nie miał wpływu, tylko czy mnie to powinno obchodzić? Czy można usprawiedliwiać ministra, którego podpis widnieje pod tymi straaaaasznie szkodliwymi i nieodpowiedzialnymi decyzjami tym, że ministerialny stołek był dla niego tak cenny, że nie chciał lub nie potrafił się postawić i pozwolił na te wszystkie okropieństwa, których się podobno dopuścił Macierewicz? Nie obchodzi mnie dlaczego minister okazał się za cienki na swojego wiceministra - może się bardzo bał Kaczyńskiego, a może bardzo lubił być ministrem - to on odpowiada za Macierewicza, nawet jeśli w swoim resorcie był nie mającym nic do powiedzenia "słupem" podpisującym nieswoje decyzje.

Jeśli więc myślicie, że oskarżenie Macierewicza zamyka historię raportu WSI, to jesteście "w mylnym błędzie" bo dopiero teraz cyrk się zaczyna. Bo jeśli prokuratura oskarży Macierewicza, to - jeśli traktujemy państwo i prawo poważnie - następnym za niedopełnienie obowiązków powinien być jego ówczesny szef. A jemu, jako konstytucyjnemu ministrowi, przysługuje już Trybunał Stanu. Jeśli, rzecz jasna, ktokolwiek wierzy, że działania prokuratury są w tej sprawie czymś więcej niż bieżącą polityką i jej decyzje będą brać pod uwagę cokolwiek poza politycznymi potrzebami władzy. Przekonamy się szybko, bo jeśli zaraz po Macierewiczu prokuratorzy nie dobiorą się do jego bezpośredniego przełożonego, to znaczy, że chodzi wyłącznie o nią a prokuratura i prawo kolejny raz służą do rozprawienia się z niewygodną opozycją.

Przy okazji, jak myślicie, czy któryś dziennikarz pogriluje Sikorskiego na okoliczność rzekomych przestępstw jakich się dopuszczał pod jego bokiem wyznaczony i kontrolowany przez niego jego podwładny? A może dostanie się całej Platformie za przegłosowanie jawności raportu, co podobno było tak bardzo szkodliwe dla bezpieczeństwa państwa?

10:45, kataryna.kataryna
Link Komentarze (1416) »
wtorek, 13 grudnia 2011
Środa i Wujec o stanie wojennym

Henryk Wujec: To jedna z tych rzeczy, których nie mogę darować gen. Jaruzelskiemu: było wtedy tak wiele różnorodnych inicjatyw (nie zawsze oczywiście rozsądnych), społeczeństwo odzyskiwało nadzieję, wszyscy, a w każdym razie wielu, przystępowali do naprawy Rzeczypospolitej, często zaczynając od swojego podwórka. Odbywało się to w atmosferze pełnej napięcia, konfliktów, ale inaczej być nie mogło - w końcu była to, chociaż pokojowa, rewolucja. Trzeba było pokonywać różne kryzysy, likwidować zagrożenia, ale wciąż posuwaliśmy się naprzód. Zbiorowym wysiłkiem władzy i "Solidarności". Należało ten trudny marsz kontynuować, zrobić kolejny krok i potem jeszcze jeden..., wytrzymać, idąc drogą wytyczoną przez Porozumienia Gdańskie. Nie było żadnej nieprzepartej konieczności zewnętrznej, by w grudniu '81 ogłaszać stan wojenny, zdecydowała o tym sytuacja wewnętrzna w aparacie władzy. Stan wojenny ze swoją logiką przemocy, zastraszenia, represji zamordował budzącą się w społeczeństwie nadzieję, zatruł nienawiścią i bezsilną rezygnacją psychikę wybijającego się ku wolności i demokracji narodu. Ostatecznie po siedmiu straconych latach generał powrócił do stołu rokowań, ale w jakże innej sytuacji psychologicznej, społecznej, gospodarczej. Wykopana wówczas w polskim społeczeństwie przepaść dotąd się nie zabliźniła - kolejne paroksyzmy "teczkowe" są tego najlepszym przykładem.

Magdalena Środa: Dziś, starsza o 30 lat, widzę stan wojenny zupełnie inaczej. Okres ten stworzył doskonałe warunki do budowy kapitału społecznego, umacniania związków przyjaźni i relacji zaufania między ludźmi. Oczywiście relacje te miały charakter ograniczony do małych grup, ale za to intensywny. Tak intensywny, że Polska przeszła w stanie wojennym przez baby boom. Godzina policyjna, brak dostępu do rozrywki, szkolnictwa oraz pracy owocował wzmożoną aktywnością towarzyską i seksualną. A brak środków antykoncepcyjnych – zwielokrotnioną dzietnością. Stan wojenny motywował też do zintensyfikowanej zaradności: zdobycie masła, mięsa czy dostanie się do domu z dalekich stron miasta przed godziną policyjną albo w czasie jej trwania było nie lada wyczynem. Wymagało sprytu, inwencji, inteligencji, dobrej strategii, cierpliwości, konsekwencji, często odwagi. Zdobyta w czasie stanu wojennego zaradność przełożyła się potem na przedsiębiorczość czasów transformacji i nasz dzisiejszy dobrobyt, z czego my, Polacy, naprawdę możemy być dumni. Z powodu zmilitaryzowanych i monotonnie propaństwowych mediów (stan nudy przerywała czasem konferencja Jerzego Urbana, gdzie śmiechom i żartom nie było końca) rósł udział Polaków w kulturze wysokiej. Pamiętam, jak pewien emigrant z Chile, usłyszawszy w niedzielny poranek 13 grudnia zamiast swojego ulubionego programu niezapowiedziany koncert Chopina, powiedział bez wahania: „Wprowadzili stan wojenny", bo wiedział, że wojskowe reżimy lubią stroić akty przemocy w narodową muzykę poważną. Jej dostępność – można nawet powiedzieć – uporczywa dostępność niewątpliwie przyczyniła się do podniesienia edukacji muzycznej oraz patriotycznej społeczeństwa. Bardzo ważnym aspektem stanu wojennego było też zwiększone czytelnictwo. 

Czytając refleksje Magdaleny Środy we Wprost dwa razy sprawdzałam źródło i datę, tak absurdalnie brzmią te wymuszone pochwały skutków ubocznych stanu wojennego, ale nie, to naprawdę całkiem serio i z okazji rocznicy. I jako że z każdym kolejnym rokiem będzie pewnie przybywać podobnych wspomnień, zanim wszyscy uwierzymy, że stan wojenny to dobrodziejstwo za które Jaruzelskiemu należą się pomniki, ja w tę rocznicę będę uparcie przypominać co o stanie wojennym napisał kilka lat temu Henryk Wujec - człowiek, któremu nikt nie może zarzucić zbędnej zapiekłości, i który nie miał i nie ma żadnego politycznego interesu w wypominaniu Jaruzelskiemu przeszłych win.

Jeśli dwie osoby, dzisiaj wcale przecież nie z bardzo przeciwnych stron politycznej barykady, mają tak skrajnie odmienne zdanie na temat długofalowych skutków stanu wojennego, to samo to świadczy o tym, jak bardzo potrzebna jest rzetelna dyskusja na ten temat. Być może Środa ma w zanadrzu jakieś mocne argumenty, ja jednak ufam w tej sprawie ocenie Wujca. I choć nic z tego co wspomina Wujec nie pamiętam, to też nie mogę Jaruzelskiemu darować. Kto wie gdzie byśmy dzisiaj byli gdyby wtedy siłą nie zatrzymał odradzania się społeczeństwa obywatelskiego.

piątek, 02 grudnia 2011
Specjalna ochrona dla dziennikarzy?

Organizacja dziennikarska Press Club Polska chce zmiany prawa, tak aby gwarantowało dziennikarzom (a także osobom przybranym przez dziennikarzy do pomocy) większe bezpieczeństwo osobiste "podczas i w związku z wykonywaniem obowiązków zawodowych". Propozycja Press Clubu zakłada traktowanie dziennikarzy jak funkcjonariuszy publicznych, co ciekawe, "projekt przewiduje objęcie wzmocnioną ochroną prawną także osób przybranych do pomocy dziennikarzom przy wykonywaniu obowiązków zawodowych, tożsamą z ochroną przysługującą dziennikarzom podczas i w związku z pełnieniem obowiązków zawodowych. Osobą przybraną do pomocy dziennikarzowi będzie każdy, kogo dziennikarz sam sobie wybierze do pomocy w spełnianiu konkretnych obowiązków zawodowych lub czyją pomoc zaofiarowaną przyjmie, albo osobą, którą przydzielą mu przełożeni. Osobą przybraną będzie więc ta osoba, która wykonuje czynności pomocnicze w stosunku do czynności dziennikarza".

Gdyby propozycja Press Clubu przeszła, dziennikarze mogliby nie tylko sami korzystać z nadzwyczajnej ochrony prawnej, ale też swobodnie rozciągać ją na dowolne osoby, według własnego uznania - wystarczy, że by je sobie "przybrali do pomocy". Jednym słowem, cieszyliby się przywilejem jaki nie przysługuje chyba żadnej grupie zawodowej. Choć doprawdy trudno znaleźć powody dla których jako społeczeństwo powinniśmy ją nimi obdarzyć, już nawet sami dziennikarze otwarcie mówią o upadku etyki tego zawodu, dodatkowe przywileje na pewno nie pomogą w odbudowaniu dziennikarskiego etosu. Jeśli coś takiego jeszcze jest.

Pech chce, że odważna propozycja Press Clubu zbiegła się w czasie z wyjątkowo obrzydliwą publikacją w dzisiejszym Super Ekspresie, który postanowił nie tylko szczegółowo zrelacjonować tragiczną samobójczą śmierć dwóch starszych kobiet ("Wstały nad ranem, gdy było jeszcze ciemno. Ubrały się i wyszły z domu. Wzięły ze sobą tylko sznur i dwa stołki - po jednym dla każdej... Wanda K. (†76 l) i jej córka Jadwiga M. (†53 l) powiesiły się na kracie przy wejściu do kościoła. - Nie miały ani telewizora, ani telefonu, ani nawet radia - mówią sąsiedzi. Kiedy zbliżały się święta, sąsiedzi przynosili kobietom ciasto i jedzenie. Wanda i Jadwiga wstydziły się swojej nędzy i choroby. W końcu obie postanowiły odebrać sobie życie. Idąc ze stołkami i sznurem pod kościół, musiały wyglądać jak zjawy. Na miejscu się nie zawahały. Przywiązały sznur do kraty, założyły sobie pętle na szyje i weszły na taborety. Potem odkopnęły stołki.") ale także - na wypadek, gdyby ten plastyczny opis głodnemu wrażeń czytelnikowi nie wystarczył - opatrzył artykuł fotomontażem przedstawiającym dwie wiszące kobiety. Mam raczej mocne nerwy, ale mnie zemdliło.

Gdyby nieszczęśliwe kobiety nie powiesiły się w miejscu publicznym, tylko na przykład w domu, być może przeczytalibyśmy bardziej szczegółową relację, uzyskaną metodą nazwaną w blogu poświęconym dziennikarstwu brukowemu (głównie Faktowi), "wejściem na psa". Jeśli czasami zastanawiacie się skąd w brukowcach liczne relacje z rodzin opłakujących najbliższych, autor bloga zdradza trochę "dziennikarskiej" kuchni.

Brukowiec Story: Dziennikarz, z którym jeździłem, często stosował „wejście na psa”. Wchodziliśmy energicznie do domu, w którym właśnie wydarzyła się tragedia. Dziennikarz rzucał tradycyjne pytanie: „Podawała już pani moim kolegom wszystkie szczegóły do protokołu?” Po takim wstępie nikt nigdy nie zapytał o legitymację policyjną. Dziennikarz spisywał wszystko do „protokołu”, ja w tym czasie robiłem zdjęcia. Prosiliśmy o pokazanie innych zdjęć, pod byle pretekstem. I zwykle dostawaliśmy. I na koniec „proszę podpisać”. Jeszcze nikt nie zorientował się, że podpisuje zgodę na publikację swoich danych i wizerunku w gazecie Fakt! Jak miała to odczytać zapłakana kobieta, która przed chwilą opowiadała o tragedii?! Miałem wątpliwości, czy to tak powinno wyglądać. Ale było na to przyzwolenie Warszawki. Słyszałem przechwałki dziennikarza typu „wszedłem na policjanta, ciule się nie zorientowali. Oczywiście zgody mam na piśmie”. Były kradzieże zdjęć z albumów, były strzały z biodra (dla niezorientowanych – foty robione ukradkiem). Miałem dość, sam odszedłem. Rozumiem, że na niektóre materiały jest olbrzymie parcie redakcji. One po prostu muszą być. Dziennikarz i foto muszą je zrobić, choćby mieli „stanąć na ch…” – tak nam mówili koledzy redaktorzy zza swoich biurek. Jak zrobimy, to nasza sprawa – byle by były dobre foty i zgoda na publikację. Tekst zawsze można dorobić przez telefon czy podkręcić przed kompem…

W dzisiejszym artykule zabrakło realnych "foci" więc gazeta musiała je dorobić, ale i tak robią wrażenie. Chciałoby się powiedzieć - trupy jak żywe. Rozumiem, że wszystkie osoby pracujące nad dzisiejszym artykułem, a także tych wszystkich "wchodzących na psa" Press Club chciałby objąć specjalną ochroną. Ich, oraz osoby przez nich wzięte do pomocy. Bo podobno jest w moim interesie aby mogli swobodnie wykonywać swoje obowiązki. Tylko jakoś ja tego nie czuję.

Mam nadzieję, że projekt Press Clubu skończy tam gdzie jego miejsce - w koszu. I pozostanie tam dopóty, dopóki środowisko nie oczyści się z hien, takich jak autorzy tego artykułu, oraz wszyscy, którzy mieli udział w tym, że się dzisiaj ukazał. Bo w moim interesie jest, aby każdy z nas mógł skutecznie bronić się - nawet gdyby miało to oznaczać użycie siły fizycznej - przed typami wchodzącymi "metodą na psa" gdy właśnie rozpacza po stracie kogoś bliskiego i jest łatwym celem. Tylko po to, żeby szmatława gazeta sprzedała się w kilku egzemplarzach więcej. A przecież dziennikarze, czy raczej pracownicy (nie obrażajmy tego szlachetnego zawodu) brukowców to nie jedyny problem jaki mamy z mediami. Są jeszcze dziesiątki dziennikarzy niekompetentnych, kilku sprzedajnych, coraz więcej wysługujących się jednej partii. Lista dziennikarzy solidnie wypełniających swoją służebną wobec społeczeństwa rolę nie jest wcale taka długa i stale się skraca. My się już naprawdę prawie wcale nie liczymy, przegrywając z naczelnym, wydawcą, reklamodawcą, politykiem. Jaki więc mamy interes w obdarzeniu grupy i tak już nadmiernie holubionej dodatkowymi przywilejami?

Poproszę więc o zrobienie porządku w swoich szeregach, żebyśmy się przestali bać i brzydzić niektórych z Was. Potem możecie wrócić z propozycjami przywilejów dla siebie. Bo nie mam nic przeciwko temu aby ten kto naprawdę służy społeczeństwu był dobrze chroniony. 





niedziela, 13 listopada 2011
Do zobaczenia za rok!
Indymedia:
piątek, 11 listopada 2011
Mój problem z Wandą Nowicką

Choć nie zgadzam się ani z poglądami Wandy Nowickiej, ani ze stylem w jakim je głosi, to są to poglądy uprawnione i sam fakt ich posiadania nie powinien być powodem odmawiania jej publicznych stanowisk. Jeśli faktycznie jest taki zwyczaj - a jak rozumiem jest - że każdy klub ma prawo do wicemarszałka i może go sam wyznaczać, to nie widzę powodu dla którego sam fakt posiadania przez Nowicką poglądów niepopieranych przez sejmową większość miał wystarczać do odrzucenia jej kandydatury. Kara śmierci jest tak samo zakazana jak aborcja, i tak samo jak aborcja jest zabijaniem, a przecież nie chcielibyśmy aby zwolennicy kary śmierci mieli "z urzędu" zakaz piastowania funkcji publicznych. Nie podobało mi się odmówienie prawa do stanowiska Rocco Butoglioniemu tylko "za karę" za niepoprawne poglądy i (chyba) nie podoba mi się próba izolowania z podobnego powodu Wandy Nowickiej. Powtarzam, nie zgadzam się z nią ale muszę uznać jej prawo do posiadania i głoszenia takich poglądów, tak jak uznaję prawo do posiadania i głoszenia odmiennych od moich poglądów na karę śmierci. Nie sądzę też aby Wanda Nowicka jakoś drastycznie zaniżała poziom prezydium Sejmu, ten Sejm przez całą kadencję miał za wicemarszałka Stefana Niesiołowskiego, dużo gorzej już więc raczej nie będzie. Nowicka nawet u szczytu formy będzie ledwie namiastką tego co sobą reprezentował Niesiołowski, człowiek, który - jak niestety wielu innych od lewa do prawa - nie jest godzien być nawet szeregowym posłem, a co dopiero wicemarszałkiem.

Nie znaczy to jednak, że nie mam problemu z Wandą Nowicką. Mam i to poważny, ale nie ma on związku z jej poglądami ale sposobem jej działania, i wątpliwościami jakie budzą pewne fakty ujawnione w uzasadnieniu wyroku w sprawie przeciwko Joannie Najfeld. I tu znowu muszę zacząć od zastrzeżenia. Nie wątpię w to, że Nowicka robi to co robi z powodów ideowych, podobnie jak Rebecca Gompers, holenderska lekarka, która założyła Women on Waves i przy okazji swojej kampanii w Polsce zwierzyła się Wysokim Obcasom, że spełniona się czuje dopiero od kiedy przeprowadza aborcje. Ludzie mają po prostu różne pasje w życiu, możemy tego nie rozumieć, ale tak jest. Wanda Nowicka to przykład proaborcyjnej fanatyczki, nie wątpię, że robiłaby to samo nawet gdyby miała do tego dopłacać. To nie pieniądze ją motywują, ale właśnie pieniądze jakie bierze przy okazji realizacji swojej "misji" budzą mój niepokój. Bo choć nie ma nic złego w tym, że organizacja pozarządowa szuka finansowego wsparcia u tych, z którymi jej po drodze, to jest w ujawnionych faktach coś niepokojącego, zwłaszcza w kontekście tego kim teraz będzie Wanda Nowicka. 

Po pierwsze, w jakim charakterze Federacja prowadziła korespondencję na www.wpadka.pl?

Nie wiem jak wyglądała ta strona wtedy, gdy "Z wpłat dokonanych przez G. w 2008 r. sfinansowano prowadzenie korespondencji w serwisie internetowym Wpadka.pl.", ale chętnie poznałabym szczegóły prowadzonej przez Federację korespondencji - kto ją prowadził, na jaki temat i jak się przedstawiał użytkownikom. Na stronie znajduje się dział "Zapytaj eksperta", jedyne interaktywne miejsce na stronie, zgodnie z informacją porad udziela tam dr Małgorzata Nycz-Reska, lekarz ginekolog. Jeśli to nie ją zatrudniała Federacja za pieniądze koncernu farmautycznego produkującego środki wczesnoporonne to o prowadzeniu jakiej korespondencji mowa w uzasadnieniu wyroku? To o tyle ważne, że osoba szukająca porady na takim serwisie ma prawo do pełnej informacji kto jej go udziela - lekarz specjalista, czy proaborcyjna aktywistka? Na razie wiemy za mało, żeby ocenić za co naprawdę koncern farmaceutyczny płacił Federacji, ale dobrze byłoby wyjaśnić czy nie za prowadzenie czegoś w rodzaju proaborcyjnej kampanii pod pozorem porad eksperckich. Mam nadzieję, że wkrótce poznamy szczegóły internetowej aktywności Federacji - co, komu i jako kto radziła. Czy korespondenci serwisu mieli jasność kogo się radzą i mogli w pełni ocenić czy w tej sprawie chcą się radzić właśnie tej osoby. Jeśli organizacja pozarządowa bierze pieniądze za jakąkolwiek działalność informacyjną, adresaci takiej kampanii mają prawo wiedzieć kto za nią płaci, bo jest to ważnym czynnikiem w ocenie wiarygodności przekazu.

Po drugie, jak wyglądało zaangażowanie Federacji w działania promocyjne środków wczesnoporonnych?

Polskie prawo farmaceutyczne ogranicza możliwości reklamy leków dostępnych na receptę, a ustawa o zawodach lekarza i lekarza dentysty określa zasady wykonywania tego zawodu i obowiązki lekarza wobec pacjenta. Nie jestem prawnikiem, ale mam wrażenie, że polecana przez Federację strona Women on Web, z której po internetowej " konsultacji lekarskiej" można bez recepty zamówić leki wczesnoporonne narusza obie te ustawy. nie mówiąc o tym jak bardzo jest nieodpowiedzialne. Zaangażowanie wicemarszałek polskiego Sejmu, bądź co bądź organu stanowiącego prawo, w działalność w tak oczywisty sposób je łamiącą jest poważnym problemem i kolejnym przyczynkiem do powszechnego lekceważenia prawa, bo skoro pani marszałek może, to dlaczego inni nie? Jest też problem dużo poważniejszy. Przeglądałam kiedyś forum na tej stronie i byłam przerażona jak bardzo zdesperowane kobiety stają się tam mięsem armatnim proaborcyjnej kampanii, jak jedne "forumowiczki" zachęcały inne do odważnego podjęcia decyzji, przekonując, że to nic wielkiego i jak czasami takie przekonane wracały na forum z płaczek bo po wzięciu tabletki pojawiły się komplikacje i co teraz? Internetowego lekarza takie problemy już nie obchodzą, a nawet gdyby obeszły, to i tak nie może pomóc. Chciałabym więc wiedzieć, czy działaczki Federacji, w ramach swoich obowiązków wobec sponsora, albo z przekonania, udzielały się także na takich forach, gdzie szukającym informacji i pomocy udziela się "światłych porad". A jeśli tak, to czy udzielając ich przedstawiały się jako proaborcyjne działaczki czy udawały zwykłe forumowiczki. Jeśli bowiem nawet partie polityczne płacą internautom za komentarze udające "spontaniczne", czy mam wierzyć, że koncerny farmaceutyczne walczące o gigantyczną kasę tego nie robią? 

Po trzecie, jak będzie wyglądało zaangażowanie Nowickiej w Sejmie?

Czy Nowicka już jako posłanka i wicemarszałek Sejmu, odwdzięczy się firmie, która finansowała działalność jej organizacji lobbując na przykład za refundacją środków wczesnoporonnych produkowanych przez byłego sponsora? Rynek farmaceutyczny to miliardy złotych, refundacja antykoncepcji, czy farmakologicznej aborcji to gigantyczne pieniądze, firma, która upchnie swoje produkty na liście leków refundowanych zarobi krocie. Więc choć wiem, że Nowicka robi to co robi z przekonania i gdyby mogła skrobałaby osobiście, za darmo i po godzinach, mam naprawdę duży problem z tym, że będzie teraz współdecydować o tym czy i ile zarobi jej były darczyńca. Bo jeśli to nie jest konflikt interesów, to co nim jest?

Przy okazji "sprawy Agaty" (o właśnie, co z nią? szczęśliwa? przydałby się jakiś follow up, skoro już wespół w zespół "uratowano" dziewczynie młodość) przeglądałam fora internetowe poświęcone aborcji, nie tylko to na stronie Women on Waves, ale także "zakłódkowane" forum dla kobiet po aborcji na portalu Gazeta.pl i była to lektura wstrząsająca. Byłabym dużo spokojniejsza mając pewność, że te wszystkie "dziewczyny" na forach dzielące się doświadczeniami to naprawdę zwykłe dziewczyny a nie wynajęte przez koncerny farmaceutyczne "kampanierki". Czy nawet działające z poczucia misji proaborcyjne fanatyczki. Bo temat jest naprawdę zbyt poważny, żeby się za pieniądze lub dla sprawy bawić życiem, jeśli już nie tych dzieci, to ich zdesperowanych matek.

I na tym właśnie polega mój problem z Wandą Nowicką. Nie na jej poglądach, ale na zwyczajnej niepewności jak daleko ona i jej koleżanki są w stanie się posunąć w forsowaniu tego w co wierzą. Mam więc nadzieję, że sądowa wygrana Joanny Najfeld i zamieszanie wokół Nowickiej przyczynią się do rzetelnej analizy tego co w Polsce robią koncerny farmaceutyczne, żeby zarobić, kto i jak im w tym pomaga. Bo dla Nowickiej to misja, dla jej sponsorów to kasa, ale dla tych tysięcy dziewczyn i ich dzieci to życie.

09:53, kataryna.kataryna
Link Komentarze (207) »
niedziela, 06 listopada 2011
Ksiądz Boniecki i chór hipokrytów

Zawirowania w Kościele średnio mnie ruszają, nie jestem więc w stanie przejąć się losem księdza chwilowo odsuniętego od mediów po tym jak nie mógł lub nie chciał się zdecydować czy krzyż w Sejmie wisieć powinien, czy wręcz przeciwnie. Jego asekuracyjne "Uważam, że obie odpowiedzi są poprawne" bardzo mnie ubawiło i trochę nie rozumiem tych, którzy nie dostrzegają w niej niczego zabawnego. Jeszcze bardziej jednak śmieszy mnie spontaniczny Ruch Poparcia Bonieckiego, a zwłaszcza aktywny udział w nim środowisk, które powinny być ostatnimi kwestionującymi prawo zwierzchnika do dyscyplinowania podwładnych. A niektóre argumenty używane w tej dyskusji świadczą wyłącznie o stopniu egzaltacji jej uczestników.

Wojciech Maziarski: Nazwijmy rzecz po imieniu: ten religijny knebel jest w istocie przestępczym złamaniem artykułu 54 konstytucji, który stwierdza: „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów”. Fakt, że jako zakonnik ks. Boniecki ślubował posłuszeństwo swej zakonnej władzy, nie ma tu nic do rzeczy, bowiem władza ta nie może łamać prawa państwowego i pozbawiać obywateli Polski ich konstytucyjnych praw. Właściwie rzecz się kwalifikuje do Rzecznika Praw Obywatelskich i prokuratora.

To jedna z zabawniejszych wypowiedzi w sporze o Bonieckiego, na miejscu Maziarskiego przed udaniem się do prokuratora upewniłabym się czy w żadnej z umów jakie jako naczelny Newsweeka podpisał ze swoimi dziennikarzami nie ma czasem zapisu o tym, że muszą oni uzyskać jego zgodę na publikację w innym niż Newsweek medium. Bo o ile wiem, takie zapisy nie są wcale rzadkością w przypadku umów o pracę z dziennikarzami. Czy więc to, że dziennikarz jednej gazety nie może pisać do drugiej, gwiazda jednej telewizji nie może wystąpić w innego, świadczy o niedozwolonym charakterze klauzul w ich kontraktach? Ci sami, którzy bez zmrużenia oka godzą się na zapisy o mającym czysto finansowe podłoże zakazie udzielania się u konkurencji, są często pierwsi do kwestionowania podobnego zakazu, z tą różnicą, że w przypadku księdza Bonieckiego, jego szefom nie chodzi o kasę i wyłączność na swoją gwiazdę a o zasady i dobro Kościoła, które - ich zdaniem - ksiądz Boniecki naraża na szwank nieostrożnymi wypowiedziami.

Bez względu na to jak bardzo się zgadzamy z księdzem, to jest on częścią Kościoła i jego "funkcjonariuszem" z własnej i nieprzymuszonej woli, zbyt aktywne bronienie go to trochę podważanie jego osobistej decyzji - i tej sprzed kilkudziesięciu lat o ślubach posłuszeństwa, i tej sprzed kilku dni o dotrzymaniu tych ślubów w tym konkretnym przypadku. A jeśli chcemy zgłaszać do Rzecznika Praw Obywatelskich zakaz wypowiedzi w mediach nałożony na księdza, to zgłośmy też hurtem wszystkie umowy, w których pracodawca gwarantuje sobie posłuszeństwo pracowników i nienarażanie przez nich interesów instytucji, w której pracują. Bo jakoś nie wierzę, że sam Maziarski nie zawiera w umowach podpisywanych ze swoimi pracownikami żadnych klauzul gwarantujących mu kontrolę nad tym gdzie i jak się udzielają. Ale może się mylę i dziennikarze Newsweeka rzeczywiście cieszą się całkowitą swobodą tego gdzie, co i jak mówią i piszą.

Małgorzata Kidawa-Błońska: Przeraziłam się, kiedy usłyszałam o tym zakazie. Dobrze że Pan Bóg jest na górze, bo on pozwala ludziom myśleć. To nawet nie jest cenzura, to jest zakaz myślenia. Jeśli ks. Adam Boniecki, osoba z takim doświadczeniem nie ma prawa mówić, co myśli, to ja tego nie rozumiem.

Nie mogę się zdecydować kto mnie bardziej rozbawił, Maziarski, czy Kidawa-Błońska. Tak, partie polityczne to jedno z tych miejsca gdzie członkowie cieszą się pełną swobodą wypowiedzi, nic dziwnego, że Kidawę-Błońską przeraża sama myśl, że ktoś komuś mógłby czegoś tu zabraniać. W Platformie, podobnie jak w innych partiach, każdy może powiedzieć wszystko, a coś takiego jak narzucana odgórnie dyscyplina nie istnieje, wszystko jest wyłącznie kwestią poglądów i sumienia jednostki, jak w tym ciekawym głosowaniu nad jedną z ustaw aborcyjnych.

Iwona Śledzińska-KatarasińskaWiększość posłów naszego klubu prosiła o dyscyplinę, ponieważ dla części kolegów było to swego rodzaju alibi, mogli mieć obawy, czy strach przed opinią najbliższego środowiska - dlatego uznali, że łatwiej będzie zagłosować, jak będzie dyscyplina. Część naszych posłów zagłosowała odmiennie od rekomendacji prezydium klubu PO, a ponieważ była to sytuacja, która dotyczy całego klubu, to na najbliższym posiedzeniu klubu - w środę 14 września - zdecydujemy, czy te osoby powinny podlegać jakiejś karze regulaminowej, czy też nie. To kwestia lojalności i pewnej solidarności w obrębie klubu. Ja się nie podejmuję wyrokować w tej sprawie. Zadecyduje cały klub.

Straszna kara nałożona na księdza Bonieckiego za jego dziwne, bo dwuznaczne, wypowiedzi - nie knebel, a nakaz czasowego ograniczenia swojej medialnej aktywności tylko do Tygodnika Powszechnego - jest niczym w porównaniu z kontrolą jaką nad swoimi członkami ma każda partia polityczna, i jaką nad swoimi pracownikami ma każdy pracodawca. Trochę więc nie rozumiem o co chodzi w sprawie księdza Bonieckiego, zwłaszcza tym, którzy jeszcze niedawno witali z uznaniem tajną notę jaką do Papieża skierował Minister Spraw Zagranicznych w sprawie uciszenia Rydzyka. I - jestem pewna - gdyby Papież Sikorskiego wysłuchał - dzisiaj na fejsbuku przypinalibyśmy sobie badge "Benedykt XVI ma głos (w moim domu)", a zachwytom nad odwagą Papieża zakazującego medialnych występów Rydzykowi nie byłoby końca. 

O ile jednak Ruch Poparcia Bonieckiego trochę mnie śmieszy, o tyle samemu Bonieckiemu współczuję. Pod koniec życia zorientował się, że oddał je instytucji, z którą się najwyraźniej nie bardzo zgadza, a ciągle jeszcze nie ma odwagi na jednoznaczne opowiedzenie się po stronie, do której mu bliżej. I choć uważam, że Marianie popełnili poważny polityczny i wizerunkowy błąd zakazując Bonieckiemu wypowiedzi to - moim zdaniem - milczenie może mu służyć. Przynajmniej do czasu, gdy zdecyduje się wreszcie, która odpowiedź jest poprawna i przestanie być "za, a nawet przeciw". Dla dobra jego i instytucji w której z własnej i nieprzymuszonej woli jest. 

12:48, kataryna.kataryna
Link Komentarze (274) »
środa, 02 listopada 2011
Panom już dziękujemy

Elżbieta Jakubiak: PiS ma być wehikułem do wyniesienia Zbyszka Ziobry do prezydentury. Mnie nie wyrzucił Jarosław Kaczyński, a właśnie on. Zaraz po wyborach prezydenckich rozpoczął nakręcanie złej atmosfery i podjął starania o przejęcie partii, bo przegrane wybory były Ziobrze i Kurskiemu na rękę, żeby mogli zacząć przejmować PiS i to się teraz dzieje. Zadziwiające było to, że Ziobro nie włączał się w kampanię wyborczą Jarosława Kaczyńskiego. Zbigniew Ziobro nigdy nie bierze odpowiedzialności, woli rozliczać.

To wypowiedź sprzed ledwie roku, kiedy to PiS, także głosem Ziobry, wyrzucał z partii Elżbietę Jakubiak. Sam Ziobro wtedy tę decyzję partii, podjętą z inicjatywy samego Kaczyńskiego usprawiedliwiał w mediach. Z dużym prawdopodobieństwem można chyba przyjąć, że dzisiaj Ziobro ma duże szanse podzielić los Jakubiak - za to samo, w taki sam sposób. I na pewno też znajdą się "koledzy", którzy będą chcieli i potrafili przekonywać opinię publiczną, że tak było trzeba a Ziobro sam sobie winien. Wystarczył rok aby historia zatoczyła koło i Ziobro oberwał z tej samej broni, której podobno sam chętnie używał. Podobno, bo przecież nikt nie wie co się tam naprawdę dzieje, a kolejne walki buldogów, czy też bulterierów, pod dywanem są kompletnie nie zrozumiałe. I właśnie niewytłumaczalność tego co się od blisko półtora roku dzieje w PiSie uderza mnie najbardziej. Bo dzisiaj ci sami ludzie, którzy poświęcili ubiegły rok przekonywaniu, że PiSem rządzi Ziobro a Kaczyński jest właściwie marionetką w jego rękach, najgłośniej lamentują nad losem tegoż samego Ziobry, ostatniego reformatora, ideowca brutalnie wyrzucanego z partii, którą nie wiedzieć kiedy przestał rządzić, bo teraz znowu tym złym jest Kaczyński.

Może jestem mało bystra, ale naprawdę nic z tego nie rozumiem i chciałabym, żeby ktoś mi przystępnie wytłumaczył, może któryś z polityków i komentatorów przekonujących mnie przez ostatni rok o wszechwładzy Ziobry stojącego za każdą złą decyzją Kaczyńskiego, co się właściwie stało. Kiedy, w którym momencie ostatnich 12 miesięcy, a przede wszystkim dlaczego, PiS przestał być "wehikułem do wyniesienia Zbyszka Ziobry do prezydentury", a sam Ziobro stracił kontrolę nad PiSem i Kaczyńskim, którym jeszcze rok temu sterował. Nie oczekuję już nawet jakiegoś przekonującego wyjaśnienia, ale niech będzie jakiekolwiek. 

Niewytłumaczalność tego co się dzieje w PiSie, i z PiSem, brak jakiejkolwiek logiki, począwszy od wyrzucenia Jakubiak i łatwego pogodzenia się ze stratą "muzealników", każe się zastanowić czy ten coraz bardziej dziwny byt można jeszcze traktować jak partię dążącą w jakiejś realnej perspektywie do władzy, czy jest to już tylko grupa facetów nie aspirująca do żadnego wpływu na rzeczywistość, w całości pochłonięta walką o to kto będzie dowodził Titanikiem. Nie wiem jak Wy, ale ja w tej walce nie kibicuję nikomu, bo niezależnie od tego kto ją wygra, dla mnie nic z tego zwycięstwa nie wyniknie. Czas najwyższy pożegnać się ze złudzeniami, że mamy poważną partię opozycyjną, że jest komu władzę rozliczać, bo jedyne rozliczenia na jakie PiS ma ochotę i siły to wewnętrzne przepychanki kto komu większe świństwo zrobił - Ziobro pisząc list, czy Kaczyński zawieszając go za to. Kogo to obchodzi?

Jedyny plus tego co się teraz dzieje z opozycją jest chyba taki, że jak już PiS się całkiem pożre, jak się chłopaki wespół w zespół sprowadzą na pozycje jeszcze mniej znaczące niż SLD (a siły partii nie mierzy się liczbą mandatów, tylko możliwością wpływania na rzeczywistość - dzisiaj to Palikot jest silniejszy niż Kaczyński), media przestaną się tak bardzo bać - moim zdaniem już od dawna nierealnego - powrotu PiSu do władzy i wezmą się wreszcie za solidne rozliczanie tych, którzy u władzy są, i dzięki PiSowi jeszcze długo pozostaną. A o to w końcu chodzi - żeby miał kto władzy patrzeć na ręce. PiS tego nie robi już od dawna, w każdym razie nie umie tego robić skutecznie. Z mojej perspektywy szarego wyborcy jest więc opozycją bezużyteczną. I najwyraźniej taką chce pozostać.

Szykuję więc popcorn i czekam na dzisiejszy spektakl z wyrzucania Ziobry. Wybranie do rozprawy z nim dnia, kiedy jego żona jest jeszcze w szpitalu z dwudniowym noworodkiem najlepiej świadczy o samobójczych skłonnościach w tej partii. 

wtorek, 18 października 2011
Do Piotra Zaremby

Jan Winiecki do Joanny Lichockiej: Nie wykluczałbym, że wcześniej jeszcze, nim PiS przegra wybory, po "Rzepie", a w każdym razie "Rzepie" w jej obecnym kształcie ideologicznym, nie zostanie nawet ślad i powróci Pani tam, gdzie jest Pani właściwe miejsce - to znaczy do jakiejś egzotycznej niszy (czy jaskini) jak "Gazeta Polska". 

To życzenie? proroctwo? Winieckiego jeszcze sprzed wyborów 2007 roku, pamiętasz? Wtedy ziściło się tylko połowicznie, bo Joanna Lichocka co prawda "powróciła do jaskini, gdzie jest jej właściwe miejsce", ale Rzepa "w jej obecnym kształcie ideologicznym" przetrwała i kolejny rok uwiera tych, którzy chcieliby aby media wreszcie mówiły jednym, słusznym, głosem. Z niepokojem odbieram sygnały, że to się może wkrótce zmienić, że los Rzepy jest już właściwie przesądzony - bo tak rozumiem bezprecedensowe listy otwarte w obronie Rzepy i Lisickiego, a dzisiaj także Twój tekst na portalu wPolityce, w którym się tłumaczysz ze swojego stanowiska. Te rozpaczliwe gesty odczytuję jako zapowiedź rychłych i raczej nieciekawych zmian w Rzepie, obawiam się, że nie ograniczą się tylko do wymiany naczelnego, bo pewnie po jego zwolnieniu w geście solidarności odejdą także niektórzy sygnatariusze listu w jego obronie. To byłby? będzie? piękny gest, przez życzliwych Rzepie pochwalony, przez nieżyczliwych wyśmiany, a wkrótce - przez wszystkich - zapomniany. Dlatego zamiast pięknego gestu, po którym nic nie zostanie poza przyjemnym poczuciem uniesienia się honorem, nieśmiało namawiam do powalczenia o swoje miejsce w Rzepie, nawet jeśli Lisickiego zastąpi Wróblewski, z którym przecież wielu z Was pracowało w innych gazetach i gdyby nie okoliczności i polityczny smrodek wokół tej zmiany, Wróblewski nie byłby przecież nieakceptowalny. Ale też właśnie okoliczności i polityczny kontekst powinny być motywacją do zostania, z kilku powodów.

Po pierwsze, jeśli zakup Rzepy był, jak sam to nazywasz "wykupywaniem z zachętą państwa gazety w celu zmiany jej linii" to nie ma żadnego powodu, żeby "egzekutorowi" zadanie ułatwiać usuwając się z placu boju. Przeciwnie, jeśli Hajdarowicz kupił Rzepę, żeby ją utemperować, jeśli do tego właśnie dobrał sobie Wróblewskiego, to trzeba im obu tak utrudnić to zadanie, żeby się musieli trochę przy tym namęczyć. Jasne, i tak zrobią z Rzepą co chcą ale czy nie lepiej, żeby się przy tym do reszty odkryli? Odejście z Lisickim będzie ładnym gestem ale najbardziej ucieszy on tych, którzy dzięki niemu nie będą musieli sobie ubrudzić rąk. 

Po drugie, Wróblewski nie jest człowiekiem znikąd, ma wyrobione nazwisko, dziennikarski życiorys, nie znam człowieka ale wątpię, żeby chciał to wszystko zmarnować robiąc za wykidajłę Hajdarowicza. Psychologicznie, jego sytuacja na wejściu jest bardzo, bardzo trudna, bo musi mieć świadomość, że wszyscy będą mu patrzeć na ręce i traktować jako kogoś kto przyszedł zrobić porządki w ostatniej poważnej gazecie podskakującej władzy. Nie jest fajnie być kimś, kogo z radością powita Niesiołowski i jemu podobni, Wróblewski nie wygląda na takiego, który będzie chciał firmować twarzą i nazwiskiem czystek. A przecież po takiej zmianie, na wyraźne życzenie władzy, z jej wsparciem, każde zwolnienie będzie wyglądało na czystkę. 

Po trzecie, po ostatnich wypowiedziach Niesiołowskiego z jednej strony, i gestach wsparcia z drugiej, każdy ruch w Rzepie będzie uważnie śledzony, a to znaczy, że łatwo będzie nagłośnić każdą próbę nacisku, cenzury, itp. Z tego choćby powodu, Wróblewski będzie bardzo ostrożny, żeby nie dać pretekstu - Niesiołowskiemu do pochwał, innym do krytyki. Jeśli wszyscy będą pisać tak jak do tej pory, jeśli cytowalność będzie wysoka, nakład nie zacznie spadać, Wróblewski nie będzie miał wygodnego pretekstu, żeby zwalniać swoich najlepszych, najbardziej wyrazistych dziennikarzy. A na zwalnianie bez pretekstu nie będzie mógł sobie pozwolić, jeśli swój dziennikarski dorobek szanuje bardziej niż pensję naczelnego.

Po czwarte, dość powszechnie uważa się, że "uładzenie" Rzepy spowoduje spadek jej nakładu. Jeśli ważni dziennikarze odejdą razem z Lisickim, ewentualną porażkę rynkową "nowej" Rzepy będzie można częściowo przypisać czynnikom od samego Wróblewskiego niezależnym - dziennikarze odeszli zanim przyszedł, więc nie jego wina. Naprawdę chcecie mu dać ten komfort? 

Po piąte, są jeszcze - taki drobiazg - czytelnicy. Wobec nich też przydałaby się odrobina lojalności. Nawet Lisicki serwuje nam Kuczyńskich w ilościach całkowicie niestrawnych. Litości, naprawdę nie wytrzymamy większej dawki! Zwłaszcza gdy nowemu naczelnemu przyjdzie zapełniać kolumny po Wildsteinie, Zarembie, Ziemkiewiczu czy Mazurku tym co mu zostanie do wzięcia z rynku. Nie wiem jak inni, ale ja gdy ważą się losy najlepszej gazety, i kilku naprawdę fantastycznych dziennikarzy, chyba nie docenię pięknego gestu solidarności z byłym naczelnym, raczej uznam, że odpuściliście walkę o Rzepę zanim się na dobre zaczęła. Nie byłoby nad czym lamentować, gdyby każdy z tych dziennikarzy miał gdzie odejść, gdyby można było ich wszystkich nadal czytać, tylko po prostu gdzie indziej. Prawda jest jednak taka, że na naszym karłowatym ryneczku medialnym, dla wielu dziennikarzy może to być odejście donikąd. Trudno się będzie z tym pogodzić, a chyba nikt dzisiaj z ręką na sercu nie może powiedzieć co Wróblewski zrobi z Rzepą, może nie będzie chciał, a może nie będzie mógł, jej zepsuć. Może warto to sprawdzić. 

Nie mam zwyczaju pisać listów otwartych i trochę mi głupio pisząc ten ale dopiero po przeczytaniu Twojego dzisiejszego artykułu na wPolityce na dobre do mnie dotarło jak bardzo musi być źle. I jest mi po prostu strasznie przykro, że już wkrótce taki Winiecki będzie miał radochę, że wespół w zespół, udało się wreszcie po czterech latach nagonki, zapędzić resztki medialnej watahy tam gdzie jej miejsce - "do jakiejś egzotycznej jaskini".

22:25, kataryna.kataryna
Link Komentarze (727) »
niedziela, 16 października 2011
Kumpel Piotrowskiego strąci krzyż Popiełuszki?
Jeśli wierzyć słowom posła odnotowanym w sejmowych stenogramach, wiszący w sali posiedzeń Sejmu krzyż, został podarowany przez matkę księdza Popiełuszki. Tak w każdym razie wynika z sejmowej wypowiedzi Piotra Krutula, który 10 lat temu, jako poseł, wygłosił emocjonalne oświadczenie z okazji 17-tej rocznicy śmierci księdza Jerzego.
wtorek, 27 września 2011
Międzynarodowy Dzień Prawa do Informacji
Jutro obchodzimy Międzynarodowy Dzień Prawa do Informacji, prawa, które jest w Polsce poważnie zagrożone. Praktyka pokaże czy po podpisie prezydenta będziemy je jeszcze mieli, bo przecież pod ten przepis sprawny i zdeterminowany urzędnik podciągnie wszystko. A że władza jest bardzo zdeterminowana, widać choćby po łatwości z jaką zignorowała ważne dla siebie środowiska - dziennikarzy, byłych opozycjonistów, o organizacjach pozarządowych nie wspominając. Osobiście uważam, że jest jakiś poważny, bardzo konkretny i wart duże pieniądze powód tego uporu i pośpiechu. Ale ja, jak wiadomo, niesprawiedliwie nieufna jestem, bo to wszystko dla naszego dobra.
czwartek, 22 września 2011
A Ty? Czy już napisałaś/eś do prezydenta?
Przypominam o akcji masowego wysyłania do prezydenta apeli o zablokowanie „poprawki Rockiego”. Sprawa jest najwyższej wagi, a sądząc po wypowiedziach prezydenta, na weto nie mamy co liczyć, nie będzie też chyba kontroli prewencyjnej. Prezydent już deklaruje, że ustawę podpisze, a potem ewentualnie wyśle do TK. Słowem – jest źle. A przecież sprzeciw wobec tej ustawy zjednoczył ponad politycznymi podziałami środowiska od lewa (Krytyka Polityczna) do prawa (Blogmedia24), przeciwko są właściwie wszyscy, za jest tylko władza. Ale to ona decyduje, i jeśli chcemy, żeby na ostatniej prostej walki o jawność wzięła pod uwagę także nasz interes, musimy jej dać powód. 

Na stronie Pozarządowego Centrum Dostępu do Informacji Publicznej (www.informacjapubliczna.org.pl) jest dokładne omówienie problemu jaki rodzi ta ustawa, jest też wzór listu jaki każdy z nas może (i powinien!) wysłać w tej sprawie do prezydenta, można to zrobić nawet mailem. Ja swój już wysłałam. 

Władza jest zdeterminowana, żeby nam dostęp do informacji publicznej ograniczyć, jeśli jej nie pokażemy, jak bardzo nam się to nie podoba, to nie łudźmy się – prezydent nie będzie miał powodu, żeby postawić się swojej partii w sprawie, na której jej tak zależy.




19:30, kataryna.kataryna
Link Komentarze (297) »
wtorek, 20 września 2011
"Dziewczyna od Drzewka" i obce wywiady
Pamiętacie "aferę hazardową"? Nie? I słusznie, bo niczego takiego nie było. Ale zanim komisja Sekuły do tego doszła, ulegliśmy złudzeniu, że coś się działo, i do tego dzisiaj chciałabym wrócić, z taką sobie ciekawostką, luźno związaną z gorącym tematem ostatnich dni, czyli dostępem do informacji publicznej, którego to premier Tusk jest "radykalnym zwolennikiem", i bardzo związaną z tym czym przez długie cztery lata zajmowała się komisja Czumy zanim do niczego nie doszła i trzeba ją było doholować, czyli z naciskami na służby specjalne. Oto pasjonujący wątek na styku prac obu komisji.

"Afera hazardowa" wybuchła, jak pamiętamy, 1 października 2009 roku, a zapoczątkował ją artykuł w Rzepie. Ciekawa była w tamtych dniach aktywność Moniki Rolnik, słynnej "dziewczyny od Drzewka", pełniącej rolę jego prawej ręki w Ministerstwie Sportu, i członkini Rady Nadzorczej Totalizatora Sportowego. 29 września, a więc mniej więcej wtedy kiedy dziennikarze Rzepy oddawali swój tekst do druku, Monika Rolnik też zajęta była pisaniem. Wysmażyła bowiem donos do Bondaryka, a w ślad za nim drugi, 1 października, czyli wtedy kiedy Rzepa z bombą hazardową była już w kioskach. Donos dotyczył Marka Przybyłowicza, oto obszerne fragmenty (linki do oryginałów w załączeniu):

Rolnik do Bondaryka (29 września): Niniejszym pragnę zawiadomić o istnieniu okoliczności,które mogą wskazywać na uzasadnione podejrzenie istnienia zagrożenia bezpieczeństwa wewnętrznego Rzeczypospolitej Polskiej. (...) Sprawa którą chcę przedstawić wiąże się z działalnością Pana Marka Przybyłowicza. (...) W/w osoba na przestrzeni ostatnich 3 miesięcy wykazuje niezwykle duże zainteresowanie działalnością polskiego monopolu loteryjnego. W żaden sposób owego zainteresowania nie uzasadnia, a ponadto posiada szereg informacji. które nie są powszechnie dostępne. Nadto usiłuje wywierać wpływ na działalność organów odpowiedzialnych za działanie nadzorowanej przeze mnie spółki, a od niedawna próbuje umówić się ze mną - jako członkiem rudy nadzorczej - na rozmowę. nie precyzując tematu, jaki leży w obszarze jego zainteresowania. Wymienione okoliczności upoważniają mnie do podjęcia podejrzenia, iż szczególne zainteresowanie nadzorowaną przeze mnie spółką, (...) mogą być efektem działalności obcych służb specjalnych, bądź też zorganizowanych grup mających na celu popełnianie przestępstw.

Rolnik do Bondaryka (1 października): Uprzejmie informuję, że 30 września br. do rnojego sekretariatu w Ministerstwie Sportu i Turystyki dzwonił ponownie Pan Marek Przybyłowicz naciskając na spotkanie ze mną jako członkiem Rady Nadzorczej spółki Totalizator Sportowy Sp. z o.o. Ponieważ nie uzyskał połączenia poinformował sekretarkę, iż przyczynił się w znacznym stopniu do nagłośnienia w TVN24 tzw. "afery hazardowej", że to on powiadomił CBA i Prokuraturę o ustawie o grach losowych.

Oba listy na zwykłym papierze, a nie na papierze firmowym Ministerstwa Sportu lub Totalizatora Sportowego, co sprawia wrażenie, że Monika Rolnik puściła je jakimś nieformalnym trybem, poza zwyczajnym obiegiem dokumentów w reprezentowanych przez siebie instytucjach.

Nie wiadomo czy i jakie działania podjął Krzysztof Bondaryk i jego służby, nie jest to w tym momencie aż tak istotne. Ważne, że na samym początku afery hazardowej, kiedy jeszcze mogło się wydawać, że i ją uda się wyciszyć, potencjalny "whistleblower" został potraktowany służbami specjalnymi (czy to nie temat dla niesławnej komisji Czumy?), nie przez samą Rolnik przecież, bo chyba nikt nie uwierzy, że to wyłącznie jej samodzielna i z nikim nie konsultowana decyzja. Wszystko odbyło się zapewne za wiedzą jej szefa, a może nawet jego szefa. W końcu na tamtym etapie wydawało się, że "aferę hazardową" uda się opędzić dymisją Chlebowskiego, Drzewieckiego premier nie miał zamiaru karać, dopiero kilka dni później, gdy Drzewiecki niedobrze wypadł na konferencji prasowej, nie miał wyjścia. Zresztą gdyby Drzewiecki sam nie zrezygnował z polityki, pewnie znalazłoby się dla niego miejsce na listach Platformy. Takich postaci partia się nie pozbywa z tak błahych powodów jak jakaś tam afera. Do dzisiaj najsurowszą karę poniósł Mariusz Kamiński. 

Dlaczego do tego wracam? Trochę dlatego, że półprywatne listy Rolnik do Bondaryka w dniu wybuchu "afery hazardowej" są tak szokujące, że chcę się tym odkryciem podzielić, zwłaszcza z tymi, którzy ciągle wierzą, że żyją w normalnym państwie. Trochę też dlatego, żeby ci, którzy po czterech latach ciągle jeszcze kupują gadki Platformy o jawności i zaufaniu mogli się jeszcze raz dobrze zastanowić czy władzy - każdej, ale zwłaszcza takiej, której nie kontroluje już praktycznie żadna instytucja - warto dawać kolejne narzędzia do uszczelniania przepływu informacji. Bez informacji nie ma kontroli, nie dajmy sobie wmówić, że ograniczanie nam dostępu do informacji publicznej jest w naszym interesie. Jest wyłącznie w interesie władzy. A my powinniśmy się dwa razy zastanowić czy jest to władza, której powinniśmy - jako obywatele - aż tak zaufać. I nawet jeśli, to przecież kiedyś po niej przyjdzie następna. 

Ustawa o dostępie do informacji publicznej to jedno z większych osiągnięć III RP, bo - choć niedoskonała - częściowo uniezależnia świadomego i aktywnego obywatela od polityków i mediów, dając mu możliwość samodzielnego szukania i analizowania informacji, tego naprawdę nie sposób przecenić. Jeśli damy to sobie odebrać, to jesteśmy frajerami po prostu nie zasługującymi na normalne państwo i władzę, która nas będzie szanować.

15:35, kataryna.kataryna
Link Komentarze (159) »
niedziela, 18 września 2011
Prezydencie, obroń jawność!
Gdy wybuchła "afera stoczniowa" chciałam sprawdzić w dokumentach jak faktycznie wyglądała umowa prywatyzacyjna, poprosiłam więc w Ministerstwie Skarbu o kopię umów i kalendarium prywatyzacji, które na mocy obowiązującej (jeszcze) ustawy o dostępie do informacji publicznej niewątpliwie stanowią informację publiczną, bo jej definicja jest bardzo szeroka a ustawowe ograniczenia nieliczne. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy w odpowiedzi otrzymałam informację, że:

"przedmiotowe umowy sprzedaży oraz kalendarium prac nad sprzedażą składników majątku Stoczni nie są dokumentami urzędowymi w rozumieniu ustawy. Nie spełniają one bowiem definicji ustawowej: “treść oświadczenia woli lub wiedzy, utrwalona i podpisana w dowolnej formie przez funkcjonariusza publicznego w rozumieniu przepisów Kodeksu karnego, w ramach jego kompetencji, skierowana do innego podmiotu lub złożona do akt sprawy”. Biorąc powyższe pod uwagę nie jest możliwe udostępnienie Pani wnioskowanych treści."

Zdziwienie było jeszcze większe, gdy okazało się, że anonimowy mail z ministerstwa był wysłany z mailowego adresu, na który nie dało się odpowiedzieć bo alias "odbijał". Nie mogłam więc poprosić nieujawnionego z nazwiska urzędnika o wydanie spełniającej wymogi postępowania administracyjnego decyzji, którą mogłabym następnie zaskarżyć i wydrzeć ministerstwu informacje za pośrednictwem sądu administracyjnego, co powoli staje się praktyką tego rządu. A potem przyszły inne tematy i odpuściłam, choć wygrana była raczej pewna, bo kończąca właśnie 10 lat ustawa jest naprawdę całkiem niezła i daje władzy niewiele możliwości zgodnego z prawem utajniania informacji. Praktyka pokazuje jednak - niestety - że władza, zwłaszcza obecna bo ta jak żadna przed nią nie ma powodu bać się gniewu obywateli, mediów czy wpływowych środowisk, nie cofa się przed łamaniem prawa, jeśli z jakiegoś powodu chce niewygodne dla siebie informacje przed opinią publiczną ukryć. 

Dlatego tak ważne jest obronienie obecnej ustawy przed tym co z nią w piątek zrobiła Platforma, która rzutem na taśmę wepchnęła zapis-worek, do którego będzie można wrzucać - już teraz zgodnie z prawem - takie wnioski obywateli jak choćby ten mój, przytaczany na wstępie. Bo przecież "ochrona ważnego interesu gospodarczego państwa" może wymagać utrzymania w tajemnicy umowy prywatyzacyjnej, na wypadek jakiegoś przyszłego postępowania, albo tak po prostu. Senator Rocki, nie oszukujmy się, nie z własnej inicjatywy, wyposażył władzę w bardzo poręczny, uniwersalny klucz, którym będzie mogła nam zamknąć, praktycznie według własnego widzimisię, dostęp do informacji o naszym państwie. Przykładów jak ta władza chce i potrafi wykorzystać każdą możliwość poszerzenia granic swojej swobody podawać chyba nie trzeba. Robi co chce, nawet jak nie może. Strach pomyśleć, co będzie, jak zacznie móc.

Teraz losy jawności są w rękach prezydenta, który musi mieć naprawdę dobry powód, żeby zawetować ustawę swojej partii, tym bardziej, że przecież sam też na niej skorzysta. Walka Balcerowicza o ujawnienie prezydenckich ekspertyz ws. OFE pokazuje, że prezydent też nie jest wielkim fanem pełnej jawności władzy. Jeśli więc masowo, najgłośniej jak można, nie powiemy prezydentowi jak bardzo nowa ustawa nam się nie podoba, nie będzie miał powodu jej zablokować. Pozwolimy władzy jeszcze bardziej zmniejszyć szparę, przez którą ją podglądamy.

Nie można do tego dopuścić, nawet jeśli wiara w to, że prezydent się przychyli do protestów obywateli jest naiwna bo interesy polityczne zazwyczaj wygrywają z wolą obywateli. Ale spróbować trzeba, bo - jak powiedział wczoraj jeden z założycieli KOR Wojciech Onyszkiewicz - "każdy z nas musi wziąć odpowiedzialność za to, na co mamy wpływ". Choćby po to - dodam od siebie - żeby sprawdzić czy i jaki jeszcze mamy.

Jutro wyślę więc swoją prośbę do prezydenta o zablokowanie tej tak niebezpiecznej dla demokracji ustawy, i wszystkich do tego zachęcam. Jeśli będziemy oburzać się w milczeniu, nie damy prezydentowi powodu, żeby mu ręka z piórem zadrżała. A przecież przykład ustawy o GMO pokazuje, że czasami nawet tam gdzie wchodzą w grę ogromne interesy, jak się opinia publiczna skrzyknie, to coś jednak może.

Wielu wpisów na tym blogu nie powstałoby gdyby nie ustawa o dostępie do informacji publicznej, nawet nie liczyłam ile informacji użytych w tekstach dzięki niej wydobyłam, nie mając żadnych "dojść" ani legitymacji dziennikarskiej. Właśnie dlatego, że ta ustawa daje każdemu Kowalskiemu ogromne możliwości zaglądania za kulisy władzy, jest dla władzy tak bardzo niewygodna. Jeśli chcemy zachować sobie minimum kontroli, musimy COŚ zrobić zanim będzie za późno. Piszmy do prezydenta. Nic innego nie przychodzi mi już do głowy :(


czwartek, 15 września 2011
Borowski i mieszkania Michnika
Dlaczego redaktor naczelny najpotężniejszej gazety w Polsce nie kupuje mieszkań na siebie, tylko zleca to przyjacielowi, bawiąc się w jakieś dziwne umowy powiernictwa? Tak właśnie zrobił Adam Michnik, któremu mieszkania – za jego pieniądze i na jego rzecz – kupił jakiś czas temu Michał Borowski, pakując się zresztą z tego tytułu w poważne kłopoty z CBA i skarbówką, bo gdy potem został wysokim urzędnikiem, zatajał mieszkania Michnika w swoich oświadczeniach majątkowych i naraził się na nieprzyjemne, choć ostatecznie umorzone śledztwo.

Nie wiemy, i pewnie nigdy się nie dowiemy, dlaczego Adam Michnik swoje mieszkania, za swoje pieniądze, kupił w taki dziwny sposób, choć to przecież fascynujące – jak wszystko, co niezrozumiałe. Jako osoba o niewielkim biznesowym rozumku nie umiem znaleźć żadnego rozsądnego wytłumaczenia dla takiej transakcji, więc siłą rzeczy wydaje mi się ona ciut podejrzana. Prokuratura pewnie dokładnie sprawdziła, że mieszkania faktycznie są Michnika, i nie jest to jakaś rozpaczliwa próba ratowania Borowskiego przed odpowiedzialnością karną za zatajenie w oświadczeniu majątkowym jego własnych mieszkań. Bo Michnik biorący na siebie mieszkania Borowskiego, żeby go ratować, byłby chyba jednak bardziej zrozumiały niż Michnik zlecający Borowskiemu kupienie dla niego mieszkań na siebie. No, ale znając naszą apolityczną i odważną prokuraturę, na pewno wszystko dokładnie prześwietliła i wie na pewno. Żartowałam.

Michnik jest wolnym człowiekiem, prawa nie złamał, więc jeśli sobie lubi kupować mieszkania za pośrednictwem kumpli – jego prawo. Nie zamierzam mu zaglądać do kieszeni. Cała sprawa ma jednak dużo poważniejszy kontekst, bo przecież gazeta, której jest szefem, regularnie i wyjątkowo agresywnie atakowała CBA, także za prześwietlanie Borowskiego i jego zatajonych mieszkań, które się okazały mieszkaniami Michnika. A to już bynajmniej nie jest prywatna sprawa obywatela Michnika, tylko możliwy – poważny – konflikt interesów w najpotężniejszej gazecie w Polsce, i brak przejrzystości wobec czytelnika w sprawie, w której całymi latami biła na alarm.
 
Nie byłaby to zresztą pierwsza sprawa, w której CBA podpadło komuś w redakcji „Gazety Wyborczej” i obrywało za to na łamach – oczywiście bez żadnego związku. Gdy „Wyborcza” opisywała sprawę Doktora G. („ręce cenniejsze niż wirtuoza pianisty”), okazało się, że jednymi ze współoskarżonych z Doktorem są rodzice dziennikarki „GW”, która zresztą osobiście się na łamach oburzała, nie wtajemniczając czytelnika w to, że jej rodzice są w sprawie Doktora G. oskarżeni o wręczenie łapówki (pisałam o tym na blogu w tekście „Medialna osłona doktora G.”).

Sprawa zatajonych mieszkań Borowskiego to dużo większy kaliber. Czy to nie jest ciekawy temat do rozważań w środowisku dziennikarskim? Czy po artykule ujawniającym wspólny interes samego naczelnego i „nękanego” przez CBA urzędnika, dziennikarze innych mediów nie powinni rzucić się do sprawdzania, czy i jak ten „drobny”, nieznany opinii publicznej fakt przekładał się na to, co „GW” pisała o owym urzędniku i o CBA? Jakiż to piękny pretekst do rozważań o etyce dziennikarskiej i konflikcie interesów, o granicach między interesem dziennikarza, a prawem czytelnika do pełnej informacji. Rozważań, na które raczej nie mamy co liczyć. I nie tylko dlatego, że polskie media niespecjalnie są odważne w patrzeniu na ręce tym naprawdę potężnym. Po tym jak „Gazeta Polska Codziennie”, jeszcze zanim weszła na rynek, poszła na wojnę ze wszystkimi, nikt nie ma ochoty ani powodu pomagać jej w starcie, cytując nawet najciekawsze materiały. A ten jest naprawdę ciekawy i zasługuje na rzetelne dziennikarskie śledztwo. Więc choć sama zostałam na łamach „Gazety Polskiej” wykluczona ze „skromnych zasobów obozu niepodległościowego”, zachęcam do zapoznania się z wątkiem dwóch mieszkań Michnika w majątku Borowskiego. Tekst Anity Gargas można znaleźć na Salonie24. A jak już znajdziecie, może ktoś będzie miał jakiś pomysł, czemu mogła służyć taka dziwna transakcja. Bo bardzo chciałabym pozbyć się męczących wątpliwości, że może jednak mieszkania były Borowskiego, a Michnik tylko dał mu fałszywe alibi przed znienawidzonym CBA.
15:16, kataryna.kataryna
Link Komentarze (108) »
czwartek, 08 września 2011
Tyłem do obywatela
W tym tygodniu na stronie Pozarządowego Centrum Dostępu do Informacji Publicznej opublikowano protokół z posiedzenia Kolegium ds. Służb Specjalnych, na którym omawiano „tarczę antykorupcyjną”. W kwietniu 2009 roku o protokół poprosiła Kancelarię Premiera – w trybie ustawy o dostępie do informacji publicznej - Antykorupcyjna Koalicja Organizacji Pozarządowych i przez kolejne 2,5 roku usiłowała w sądach administracyjnych wyegzekwować prawo wglądu w ten dokument. Po przejściu pełnej sądowej „ścieżki”, zakończonej przegraną przez premiera kasacją w Najwyższym Sądzie Administracyjnym, udało się wreszcie władzy wydrzeć tak zazdrośnie schowany przed wzrokiem obywateli dokument, i dzisiaj każdy może sobie wyrobić opinię czym była „tarcza antykorupcyjna”, a przy okazji, co premier uznał za tak tajne, że w trosce o dobro państwa nie można było tego pokazać organizacjom walczącym z korupcją.

Na szczęście dla władzy, po 2,5 roku nikt już nie pamięta, o co szło, i nikogo nie obchodzi kto miał rację, więc w dokument (niecałe dwie strony o „tarczy”) wczytywać się będą tylko nieliczni maniacy. Przeciąganie takich spraw w nieskończoność zawsze się więc władzy opłaci, bo nawet jak ostatecznie zostanie upokorzona sądowym wyrokiem, a czasami i karą finansową (którą i tak zapłaci przecież nie ze swojej kieszeni) i będzie musiała kwit pokazać, dla nikogo nie będzie już to miało znaczenia, bo temat dawno zniknie z mediów. Po 10 latach funkcjonowania ustawy o dostępie do informacji publicznej ciągle jeszcze nie jest ona prawdziwym narzędziem społecznej kontroli władzy, bo władza – jeśli chce – może się od udzielania informacji uchylić, niech sobie obywatel nie wyobraża, że coś naprawdę może.
 
Nie mam złudzeń, że dokładnie tak samo zachowałaby się każda władza, nie jest to jakaś szczególna cecha obecnej. Jedyna różnica jest co najwyżej taka, że gdyby to premier Kaczyński tak się migał przed jawnością i to jego trzeba było zmuszać przed sądem do respektowania prawa obywatela do informacji, byłby raban we wszystkich mediach i by się dwa razy zastanowił przy kolejnej odmowie. Tamten rząd był przynajmniej solidnie kontrolowany przez media. Tusk może sobie pozwolić na dużo więcej, i nie byłby politykiem, gdyby z tego nie korzystał. Problem jednak dotyczy całej klasy politycznej, filozofii władzy i relacji między nią a obywatelem. A te relacje najlepiej widać już w kampanii wyborczej, kiedy politycy ubiegają się u nas – wyborców - o swoje dobrze płatne stanowiska.

Dzisiaj do kandydatów startujących w najbliższych wyborach trafi kwestionariusz przygotowany przez Stowarzyszenie 61 z pytaniami o rozmaite kwestie dotyczące spraw, w których prędzej czy później parlamentarzyści – jeśli zostaną wybrani – będą musieli podejmować decyzje w naszym imieniu, i w naszym interesie. Kwestionariusze wypełnione przez kandydatów zostaną opublikowane na stronie www.mamprawowiedziec.pl, skąd wyborca chcący podejmować decyzje w oparciu o kryteria merytoryczne, a nie fotoszopowane plakaty z infantylnymi hasłami w rodzaju „Inteligentna czwóreczka”, będzie mógł dowiedzieć się wszystkiego o swoim kandydacie, a jeśli kandydat ubiega się o reelekcję, to także sprawdzić jego parlamentarną historię.
 
Słowem – kopalnia wiedzy dla tych, którzy chcą wybierać świadomie. Pytanie tylko czy politycy chcą, abyśmy wybierali świadomie? Sądząc po tym, jak idzie wyciąganie odpowiedzi na pytania – nie bardzo. Bo to i pomyśleć trzeba, i pokalkulować, do których poglądów politycznie będzie się przyznać, i błędy językowe posprawdzać. To może jednak lepiej ograniczyć kampanię do „słit foci” i ustawek z brukowcami. Kandydat na plaży pokazuje klatę, kandydat w księgarni pokazuje przestraszone córeczki – byle dalej od trudnych tematów. Co zresztą jest o tyle uzasadnione, że taki kandydat swoje poglądy może mieć, ale wyborców nie powinny specjalnie obchodzić, skoro nie obchodzą jego partii i jak przychodzi do głosowań, każe mu je schować pod groźbą straaaasznej kary finansowej – 1000 zł. Za taką cenę ostatnio poszło sumienie niektórych posłów PO w głosowaniu o aborcję.

Może więc faktycznie to co kandydat myśli i ma do powiedzenia, nie ma znaczenia, bo w Sejmie myśleć za niego będzie partia. Ja jednak lubię wiedzieć, kto się pcha do władzy, i lubię sobie czytać, co kandydaci odpowiadają w kwestionariuszu Stowarzyszenia 61, zwłaszcza ci mniej znani, którzy jeszcze muszą się przebijać i kwestionariusz wypełniają sami, szczerze, nie konsultując z nikim nawet ortografii. Takie autentyczne, często z błędami językowymi, są najciekawsze. Polecam i zachęcam do wybierania tylko spośród tych, którym się chciało obywatelom na pytania odpowiedzieć. Ja sobie w tym roku obiecałam, że nie zagłosuję na kandydata, któremu się nie chciało wysilić i odpowiedzieć na kilka merytorycznych pytań, bo to znaczy, że albo nie potrafi odpowiedzieć, albo się wstydzi swoich poglądów, albo nie uważa, że jest mi to do wyboru potrzebne – w każdym z tych przypadków nie jest wart mojego głosu. A kiedyś trzeba zacząć go cenić.

Cztery lata temu, żeby zagłosować w wyborach – a w dniu wyborów byłam na Białorusi – musiałam wcześniej wpisać się na listę wyborców w polskiej ambasadzie, pobrać kwitek, załatwić sobie na miejscu transport z wioski do ambasady – żadne wybory wcześniej nie kosztowały mnie tyle zachodu. W tym roku nie chce mi się nawet wyjść z domu i powoli się z tego rozgrzeszam, bo dlaczego moim obywatelskim obowiązkiem ma być wybranie, któremu spośród niestarających się wcale o mój głos kandydatów zafunduję pensję, o jakiej sama mogę tylko marzyć, za którą on przez cztery lata będzie realizował życzenia swojego partyjnego szefa?
08:33, kataryna.kataryna
Link Komentarze (335) »
czwartek, 11 sierpnia 2011
Taśmy Sakiewicza
Niedługo przed śmiercią, kilka miesięcy przed śmiercią, a ostatecznie 1 października ubiegłego roku, czyli prawie rok przed śmiercią Andrzej Lepper powiedział COŚ Tomaszowi Sakiewiczowi. Co konkretnie? Tego nie wiemy, i nawet nie dlatego, że prokuratura zobowiązała Sakiewicza do zachowania tajemnicy, ale dlatego, że ujawnienie taśm opinii publicznej mogłoby zaszkodzić, śmiertelnie zaszkodzić, informatorowi. Więc choć Sakiewicz nie może opublikować taśm, wycinając z nich te kilka słów, które mogłyby komuś zaszkodzić, nie miał problemu z zaniesieniem ich (w całości) prokuratorowi, choć wiadomo, że stamtąd prędzej czy później wyciekną, nawet jeśli nie do dziennikarzy, to do tych, których bać się trzeba.

Wybiórcza dyskrecja Sakiewicza, sprawiająca wrażenie grania tajemnicą, to nie jedyny problem, jaki mam z jego taśmami. Moje wątpliwości budzi wszystko, co tej rozmowy dotyczy, a co przeczy atmosferze sensacji, jaką dzisiaj chce wokół nich wytworzyć Sakiewicz.
 
Pod koniec sierpnia ubiegłego roku Lepper został oskarżony o składanie fałszywych zeznań w aferze gruntowej, po czym zaczyna dobijać się do Sakiewicza, próbując przez niego dotrzeć do Kaczyńskiego. Tak przynajmniej twierdzi dzisiaj Sakiewicz, ale przecież Lepper nie potrzebował do tego jego pośrednictwa. Nie dowiemy się już, o co naprawdę chodziło Lepperowi, nie można jednak wykluczać, że chciał coś rozgrywać, może liczył nie na dyskrecję Sakiewicza, ale przeciwnie, na to, że za jego pośrednictwem uda się wysłać sygnał, że jest gotowy sypać, co powinno zmobilizować potencjalnie tym zagrożonych do ratowania go przed kolejnymi kłopotami.

Cała rozmowa - nie telefoniczna, nie przypadkowa, Sakiewicz się na nią przygotował, wziął dyktafon, udał się w umówione miejsce – trwała raptem 6-7 minut. Bardzo krótko jak na tak ważną rozmowę. Jeśli nie wydarzyło się nic, co ją nagle przerwało, to znaczy chyba, że sam Sakiewicz uznał, że Lepper nic ciekawego nie ma mu do powiedzenia. Gdyby miał, tak doświadczony dziennikarz umiałby poprowadzić rozmowę, żeby trwała dłużej i była ciut bardziej obfita w konkrety i fakty. W już ujawnionych fragmentach, i w tym co relacjonuje sam Sakiewicz, nie ma przecież nic sensacyjnego, i, niestety, nie sądzę, że to dlatego, że prawdziwe mięso Sakiewicz zachował tylko do wiadomości prokuratora.
 
O tym, że na taśmach Sakiewicza pewnie nie będzie nic sensacyjnego, świadczą dalsze losy tej kilkuminutowej rozmowy. A raczej ich brak. Nie było kolejnego spotkania, nie było dziennikarskiego śledztwa, z Lepperem nie spotkał się Kaczyński, słowem – nie wydarzyło się nic, a przecież taka sensacyjna rozmowa powinna mieć jakiś ciąg dalszy. Ale najwyraźniej ani Sakiewicz, ani „Gazeta Polska”, ani Kaczyński, ani jego adwokaci nie znaleźli w tym, co Lepper miał do powiedzenia, nic wartego uwagi. Sam Lepper też robił swoje – zeznawał przeciwko Ziobrze, nadawał na Kaczyńskiego, nic nie wskazywało, że coś się tu zmienia. Aż do piątku, kiedy Lepper się powiesił i Sakiewicz dostrzegł wagę rozmowy sprzed roku. I trzeba przyznać, umiejętnie zbudował wokół niej atmosferę grozy, choć ani okoliczności śmierci Leppera, ani to co do tej pory wiemy o rozmowie, tego w żadnym stopniu nie uzasadniają.
Żeby było jasne – nie mam wątpliwości, że Lepper miał się czego bać, nie mam też wątpliwości, że nikt nie miałby skrupułów, aby go „sprzątnąć”, gdyby stał się groźny, nie wątpię też, że bez trudu można byłoby to upozorować na wypadek, a prokuratura niczego by nie ustaliła. Zbyt dobrze znam III RP, żeby uważać polityczne zabójstwo na najwyższym szczeblu za niemożliwe, a historia ostatniego dwudziestolecia pełna jest niewyjaśnionych „wypadków” i „samobójstw”. Problem w tym, że na razie nic nie wskazuje, żeby to był jeden z tych przypadków, a i usunąć Leppera można byłoby dużo łatwiej niż zakradając się przez okno w biały dzień do jego pełnego ludzi biura w centrum miasta, żeby go powiesić. Sama więc na razie skłaniam się ku samobójstwu, dopóki nie będę sobie umiała wyobrazić jak w takich okolicznościach (biały dzień, pełne biuro, centrum miasta) można bezszelestnie zabić silnego mężczyznę, byłego boksera.

Byłabym ostrożna z roztrząsaniem, czy Lepper się zapowiadał na samobójcę, czy też „to nie był ten typ”. Samobójstwo rzadko jest zrozumiałe dla żyjących. Zwłaszcza, jeśli nie wiedzą o zmarłym wszystkiego. W moim otoczeniu miałam wystarczająco dużo samobójstw, żeby nauczyć się pokory wobec mrocznej ludzkiej natury.

Jako że od kilku dni strasznie obrywam za powątpiewanie w sensacje Sakiewicza i mam wrażenie, że jakikolwiek krytycyzm jest traktowany prawie jak zdrada, jeśli ktoś naprawdę uważa, że jestem niesprawiedliwa, może na początek wyjaśni mi dlaczego Sakiewicz po prostu nie opublikuje całej rozmowy, w oryginale, żebyśmy sobie mogli wyrobić opinię. Dlaczego musimy poznawać ją z wykropkowanych wyrywków? Bo przecież nie dla dobra śledztwa. Dlaczego nie opublikował najważniejszych fragmentów, gdy Lepper (podobno) mówił, że boi się o swoje życie, że chce sypać, że ma notesy? Wytłumaczcie mi.
czwartek, 04 sierpnia 2011
Sikorski sprząta w kloace
Radosław Sikorski - któremu chyba bez szkody dla naszej dyplomacji można byłoby zmniejszyć wymiar etatu o połowę (bo zdaje się, że nie ma co robić w ministerstwie, skoro znajduje czas nie tylko na kierowanie kampanią Platformy, ale także uważne śledzenie Internetu i wyławianie kolejnych ofiar, które podrzuca, a to sądowi, a to prokuratorowi) nawet nie ukrywa, że w swojej krucjacie przeciwko internetowej „kloace” chodzi o precedens, jakim niewątpliwie byłoby ukaranie „Faktu” za niewybredne komentarze jego czytelników. Przeczytałam zamieszczony na stronie Sikorskiego pozew i z zainteresowaniem czekam na ostateczne sądowe rozstrzygnięcie tego sporu (a to zapadnie zapewne dopiero w Sądzie Najwyższym, albo wręcz w Strasburgu), sprawa ma bowiem kilka wymiarów i może mieć ogromne znaczenie dla kształtu naszej, i tak już ułomnej demokracji.
 
Po pierwsze, Sikorski żąda ukarania „Faktu” za działanie zgodne z obowiązującym prawem. Ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczną wyraźnie mówi bowiem, że „Nie ponosi odpowiedzialności za przechowywane dane ten, kto udostępniając zasoby systemu teleinformatycznego w celu przechowywania danych przez usługobiorcę nie wie o bezprawnym charakterze danych lub związanej z nimi działalności, a w razie otrzymania urzędowego zawiadomienia lub uzyskania wiarygodnej wiadomości o bezprawnym charakterze danych lub związanej z nimi działalności niezwłocznie uniemożliwi dostęp do tych danych”. Z pozwu nie wynika, aby Sikorski, lub ktokolwiek działający w jego imieniu, interweniował w „Fakcie” w sprawie naruszających dobra osobiste Sikorskiego komentarzy. Sikorski i jego mecenas Giertych uznali po prostu, że obowiązkiem właściciela forum jest monitoring i usuwanie wszystkiego co potencjalnie narusza czyjekolwiek dobra, choć prawo takiego obowiązku na nikogo nie nakłada. Czy to zresztą nie byłaby zakazana w Konstytucji cenzura prewencyjna?
 
Po drugie, Sikorski chce zmieniać prawo wyrokami. A przecież jest posłem, ministrem, jednym z liderów partii rządzącej. Kto jak kto, ale on akurat powinien wiedzieć, jak się zmienia system, jeśli ten, który jest, się nie sprawdza. Nic jednak nie wiadomo o tym, aby Sikorski podjął jakąkolwiek inicjatywę ustawodawczą mającą na trwałe zmienić prawo, tak aby chroniło wszystkich w takim samym stopniu, nie tylko tych, którzy mają czas, pieniądze i dostęp do mediów, żeby walczyć na własną rękę. Zachowanie Sikorskiego jest niepokojące, od polityka partii władzy oczekuję bowiem, że będzie poprawiał rzeczywistość, korzystając z możliwości zmiany prawa, a tego nie zmieni jeden wyrok, bo - o ile wiem - nie ma u nas prawa precedensu. Sikorski więc wykorzystuje swoją pozycję, żeby walczyć dla siebie. Trudno mu mieć to za złe, ale po co w takim razie zasłaniać się interesem publicznym?
 
Po trzecie, Sikorski chce dla władzy większej ochrony. Pisze o tym wprost w swoim pozwie, tłumacząc „Powód jest osobą publiczną, pełni w chwili obecnej funkcję Ministra Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej i ranga piastowanego przez Niego urzędu przesądza, iż opisane naruszenia dóbr osobistych mają szczególnie bezprawny charakter”. Najwyraźniej więc, gdyby w „Fakcie” nazwano ”fiutem”, „śmierdzielem” czy „bucem” Jana Kowalskiego, właściciela hurtowni, to jako osoba niepubliczna zasługiwałby na mniejszą ochronę prawną niż Radosław Sikorski, minister. Czy to zdrowe rozumienie równości wobec prawa? Czy wypada, aby minister wprost mówił, że z samej racji bycia ministrem innym wobec niego wolno mniej niż gdyby ministrem nie był?
 
Po czwarte, Sikorski nie walczy z antysemityzmem. On walczy ze wszystkim. Wbrew temu jak próbuje to przedstawić, nie jest to wcale walka z antysemityzmem i rasizmem, bo jako określenia naruszające jego dobra osobiste wymienia także wspomnianego „buca”, „śmierdziela” czy „fiuta”. Nie ulega wątpliwości, że są to słowa obraźliwe, ale – że tak powiem – rasowo neutralne. Władza wyruszająca na wojnę z obywatelem, który ją nazywa „bucem” staje się śmieszna. I straszna. Zwłaszcza, jeśli pozwom cywilnym towarzyszą monity do prokuratora generalnego domagające się ścigania z oskarżenia publicznego. Monity wysłane także „do wiadomości” szefowi służby specjalnej, która dopiero co wsławiła się wparowaniem o 6-tej rano do autora niesmacznej, ale jednak tylko satyrycznej strony internetowej.
 
Po piąte, Sikorski walczy bardzo wybiórczo. Pomijam już taki drobiazg, że nagłe wyczulenie na agresję autora uroczego wezwania do „dorżnięcia watahy” jest dość zabawne, warto zauważyć, że jego walka z agresją i antysemityzmem jest bardzo wybiórcza i ogranicza się wyłącznie do mediów nie sprzyjających władzy. Nic nie wiadomo o jakichkolwiek krokach mających utemperować użytkowników forów TVN24 czy „Gazety Wyborczej”, a na obu agresji, rasizmu i antysemityzmu nie jest wcale mniej niż gdzie indziej. Trudno nie odnieść wrażenia, że chodzi bardziej o ukaranie wydawcy niepokornej gazety, niż o cokolwiek innego. I choćby już to powinno zapalić czerwoną lampkę także u tych, którzy dzisiaj Sikorskiemu kibicują. Naprawdę chcielibyście, żeby - po ewentualnej wygranej Sikorskiego - także Kaczyński mógł pozwać właścicieli forów za każdy wpis na swój temat? Obawiam się, że niektórzy wydawcy mogliby tego zwyczajnie nie wytrzymać finansowo.
 
Jestem ostatnią osobą, która by broniła chamstwa w sieci, także dlatego, że sama wielokrotnie padłam i ciągle padam jego ofiarą. Nie mam też nic przeciwko karaniu autorów oszczerczych czy obraźliwych komentarzy, ale odpowiedzialność za słowo powinna spoczywać wyłącznie na jego autorze, nie zaś na tym, kto tylko stwarza możliwość wypowiedzenia się. Gdyby prawo funkcjonowało tak jak sobie to wyobraża Sikorski, mogłabym się nieźle obłowić, pozywając każdego wydawcę i właściciela forum, który z własnej inicjatywy nie wykasował obraźliwych dla mnie wpisów. W tej walce jednak muszę kibicować „Faktowi”. Wyłącznie dlatego, że niepokoi mnie wizja Internetu, w którym każdy właściciel forum będzie żył w strachu przed ministrem pozywającym za niewykasowanie (nie za opublikowanie, ale za niezauważenie i niewykasowanie!) „buca” czy innego „śmierdziela” bo nieuchronnie musi to prowadzić do ograniczenia wolności słowa, wydawcy będą zamykać fora lub wprowadzać ostrą moderację, żeby nie ryzykować pozwów ze strony przewrażliwionych bufonów u władzy. Sama mam tylko dwa blogi, ale za komentarze pod nimi – nie mojego autorstwa, o których często nawet nie wiem – pewnie zebrałoby się na kilkadziesiąt pozwów przeciwko mnie. A może przeciwko Agorze, za to, że pozwala mi tu pisać, a moim gościom komentować. Więc choć bardzo mi się to nie podoba, muszę w tej sprawie kibicować „Faktowi”, zanim przyjdzie kolej i na mnie. 
niedziela, 24 lipca 2011
Twój brzuch, twoja sprawa. Twój problem.
Stefan Niesiołowski: PiS chce kazać kobietom rodzić dzieci, o których wiadomo, że są kalekie? To coś nieprawdopodobnego! Miałem wujka inwalidę, wiem, jak wyglądają takie sytuacje w życiu.
 
Niewiele wypowiedzi mnie ostatnio zszokowało równie mocno jak ta, tym bardziej, że padła z ust chrześcijanina. Rzeczywiście, bardzo po chrześcijańsku, niepełnosprawny wujek posła na pewno poczuł się doceniony, mogąc posłużyć za przykład ,dlaczego takim jak on nie powinno się pozwolić urodzić. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, jak się musieli poczuć niepełnosprawni koledzy partyjni Niesiołowskiego, choćby poseł Libicki, o niepełnosprawnych wyborcach Platformy nie wspominając.
 
W latach 90-tych mówiło się, że najkrótsza droga do dechrystianizacji wiedzie przez ZChN, i Niesiołowski, zdaje się, pokazuje na własnym przykładzie, jak ona wygląda. Bo argumentu z żywym niepełnosprawnym człowiekiem, członkiem rodziny nawet, nie używał do tej pory jeszcze chyba nikt, kto się powołuje na najbardziej choćby liberalną wersję chrześcijaństwa. Niesiołowski znowu w awangardzie, tylko pogratulować, nawet środowiska proaborcyjne się bardziej krygują z eugenicznymi argumentami.
 
Nie znaczy to bynajmniej, że projekt zaostrzenia ustawy aborcyjnej mi się podoba. Nie podoba mi się, przeraża mnie nonszalancja, z jaką podpisani pod projektem posłowie chcą zakazać aborcji w sytuacjach tak skrajnych, z jaką musiała się zmierzyć kilka lat temu Agata Mróz. Wszyscy kibicowaliśmy jej wtedy w heroicznej, ostatecznie przegranej, walce z rakiem, ale nie wyobrażam sobie, żeby państwo mogło kogokolwiek zmuszać do wybrania cudzego życia ponad swoje. A w którymś momencie taki wybór miała Agata. Podziwiam ją, ale gdyby ostatecznie wybrała inaczej, poszła za radami niektórych lekarzy i usunęła ciążę, przyspieszając swoje leczenie, nie byłabym w stanie nazwać jej morderczynią. W takim przypadku trudno nie uznać aborcji za działanie w obronie własnej, a tę nawet obecne prawo dopuszcza. Strach pomyśleć, co będzie, jeśli się za jego poprawianie wezmą posłowie oczekujący od każdego bezwzględnego poświęcenia swojego życia, nawet w sytuacji najbardziej ekstremalnej z możliwych.
 
To jednak zupełnie inna kategoria niż to o czym z taką lekkością mówi Niesiołowski. Zaskakuje mnie lekkość, z jaką wszystkie strony sporu o aborcję podchodzą do tematu. Ciekawe czy feministyczne środowiska proaborcyjne zastanawiają się czasami, jakie są długofalowe konsekwencje prowadzenia proaborcyjnej kampanii pod hasłem "Mój brzuch, moja sprawa” i przekonywania, że aborcja to nic nie znaczący zabieg, coś jak obcinanie paznokci. I komu taka retoryka służy. Bo moim zdaniem najbardziej mężczyznom, pozbawiając kobiety chcące urodzić dzieci prawa, by wymusić na swoich partnerach współodpowiedzialność za nie. Jeśli aborcja to nic, zabieg bezpieczny i nie pozostawiający śladu w psychice, to każdy mężczyzna może powiedzieć „Twój brzuch, twoja sprawa”, traktując opory partnerki przed wygodnym, szybkim i tanim rozwiązaniem problemu jako fanaberie, które jego właściwie dotyczyć nie powinny.
 
Sądząc po lekturze samopomocowych forów dla kobiet po aborcji, jest to ogromna trauma, często ślad na całe życie. Dopóki aborcja jest postrzegana jako poważna, ekstremalna ingerencja w życie kobiety i dziecka, jako zabójstwo po prostu, dopóty kobiety są jakoś tam chronione przed męskimi oczekiwaniami, że w razie czego problem się łatwo rozwiąże. Środowiska proaborcyjne robią jednak co mogą, żeby kobiety chcące urodzić dzieci, lub choćby wahające się, pozbawić ostatniego argumentu w sporze z partnerem lub rodzicem (patrz: przypadek Agaty z Lublina, na której matka i opinia publiczna wymusiły aborcję, której wcale nie chciała). 
 
To straszne, że spór o aborcję toczy się między tymi, którzy chcieliby zmusić Agatę Mróz, aby za swoje dziecko umarła, a tymi, którzy chcieliby zmusić Agatę z Lublina, aby swoje dziecko zabiła. Trudno uwierzyć, że wojna toczona z takich pozycji ma na uwadze czyjeś dobro.
piątek, 08 lipca 2011
Tłumacz opóźnia raport Millera :)
Onet: Są kłopoty z tłumaczeniem raportu komisji szefa MSWiA Jerzego Millera ws. katastrofy smoleńskiej. - Mała szansa, by został ujawniony w przyszłym tygodniu – ustaliła "Gazeta Wyborcza" w źródłach rządowych. Jak wyjaśnia inny informator gazety, lingwiści mają kłopot ze słownictwem technicznym. W przełożonej już części są błędy wynikające z nieznajomości techniki lotniczej. - Na przykład jest problem, jak przetłumaczyć termin ILS na rosyjski i czy w ogóle go tłumaczyć? - relacjonuje rozmówca dziennika.

Nie rozumiem co prawda dlaczego polski rząd z ujawnieniem polskiej opinii publicznej polskiego raportu z katastrofy polskiego samolotu musi czekać na przełożenie go na język rosyjski, ale nawet gdyby było to z jakiegoś powodu uzasadnione, to i tak ta informacja "ze źródeł rządowych" jest po prostu śmieszna i wygląda na wielką ściemę.

W googlach bez problemu można znaleźć raport MAK po rosyjsku, a w nim na pierwszych kilkunastu stronach tłumaczenia wszystkich użytych terminów, w tym tego podobno strasznie problematycznego ILS. Uprzejmie informuję więc tłumaczy za grube pieniądze tłumaczących raport Millera i skarżących się, że nie wiedzą co zrobić z ILS, że sam MAK w rosyjskiej wersji raportu zostawia skrót ILS, tłumacząc go w słowniczku jako "instrumentalnaja sistiema zachoda za pasadku" (sorry, nie chce mi się szukać cyrylicy). 

Tłumacz, który się tłumaczy zleceniodawcy nieznajomością terminów specjalistycznych, a nie pofatygował się nawet zajrzeć do łatwo dostępnego oficjalnego dokumentu dotyczącego sprawy, którą się zajmuje, jest tak nieprofesionalny, że aż mi się nie chce wierzyć, że to naprawdę tłumacz się tak usprawiedliwia. Dzisiejszego newsa traktuję więc raczej jako ściemę autorstwa samej władzy, która ma kolejny - po rzekomej konieczności przetłumaczenia go na dwa obce języki przed upublicznieniem po polsku - pretekst do odwlekania pokazania raportu. Zwalanie opóźnienia na tłumacza, gdy rozwiązanie jest na wyciągniecie myszki, ośmiesza rząd - bo to on jest przecież autorem przecieku do mediów.

czwartek, 30 czerwca 2011
Bezmiar niesprawiedliwości
Jarosław Kaczyński: To niebywała i niespotykana decyzja. Szykuje się tu putinada. Mamy do czynienia z politycznym prześladowaniem ludzi, którzy mają inne poglądy, radykalnie odmienne od tych, które głosi dzisiejsza ekipa rządząca in spe i radykalne odmienne niż większość mediów.
 
To komentarz sprzed ponad trzech lat do decyzji sądu o zatrzymaniu na 48 godzin i doprowadzeniu przez policję Katarzyny Hejke i Tomasza Sakiewicza, dziennikarzy „Gazety Polskiej”, na proces karny o pomówienie, jaki im wytoczył TVN. Sędzią wydającym tę kontrowersyjną decyzję był Maciej Jabłoński, ten sam, który właśnie wysyła autora krytycznych słów pod swoim adresem na badania psychiatryczne.
 
Nie rozumiem, jak to możliwe, że sędzia wydający decyzje kontrowersyjne nawet dla tych, którym powinny być na rękę – a przypominam, po tej decyzji sądu TVN zdecydował się wycofać pozew karny przeciwko Hejke i Sakiewiczowi – dostaje do sądzenia kolejne sprawy o takiej wadze, może funkcjonujący w tym sądzie system przydzielania spraw jest całkowicie ślepy i nie ma w tym niczyjej decyzji – los lub kolejność zdecydowały, że akurat sędzia Jabłoński dostał kolejną okazję popisania się w trudnym, kontrowersyjnym i bardzo medialnym procesie. Ale są chyba – a na pewno powinny być – jakieś procedury korygowania ślepego losu, jeśli w jego wyniku sprawa trafia nie tylko do kogoś kto już pokazał, że sobie nie bardzo radzi, ale przede wszystkim do kogoś, kto ma tu tak wyraźny konflikt interesów. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, danie sędziemu niedawno tak brutalnie ocenionemu przez Kaczyńskiego tak poręcznej pałki na oponenta, i to w trakcie kampanii wyborczej, jest proszeniem się o kolejne kłopoty. Bo jako się rzekło, jesteśmy tylko ludźmi. I nawet gdyby decyzja Jabłońskiego w sprawie przymusowej psychuszki dla Kaczyńskiego była jak najbardziej uzasadniona (osobiście uważam, że nie jest ani trochę) to i tak każdy miałby prawo powątpiewać, że to merytoryczne względy za nią stoją, a nie złośliwa chęć odegrania się za tamte słowa.

Być może fakt przypisania sprawy Kaczyńskiego tak dziwnemu sędziemu jak Jabłoński ma jakieś racjonalne wytłumaczenie, może nawet po ludzku można zrozumieć, że człowiek, mając w ręku ogromną władzę, może ulec pokusie nadużycia jej. Od biedy można sobie jakoś tłumaczyć komentarze niektórych dziennikarzy, nawet nie kryjących radości z upokorzenia Kaczyńskiego. Najtrudniej mi zrozumieć jednak tych, którzy jeszcze wczoraj apelowali, żeby „stanąć przy królu”, a dzisiaj mają wyraźną radochę z tego, że jakiś ewidentnie nadużywający władzy sędzia zamierza „króla” przeczołgać.
 
Marek Migalski: Nie żal mi szefa PiS, bo ginie od własnej broni. Tak nieopatrznie machał cepem, że się w końcu sam nim walnął w głowę. (…) Nieczysto faulując sam podciął sobie nogi. Dlatego mi go nie żal - ma za swoje. (…) Decyzja sędziego z Warszawy pokazuje, co w dzisiejszej Polsce wymiar sprawiedliwości może zrobić z człowiekiem. Jeśli w ten sposób pewien sędzia bawi się z osobą tak znaną i znaczącą jak Kaczyński, to proszę sobie wyobrazić, co jego kolega po fachu może w jakimś powiatowym mieście zrobić ze zwykłym Kowalskim! Może go zniszczyć, wsadzić do więzienia, zrujnować, pozbawić majątku, zdrowia i wolności. W swojej woli i samowoli jest całkowicie bezkarny, bo w tej bezkarności wspierać go będą jego kumple. Tak, jak znanego lekarza będą zaciekle bronić jego kumple lekarze, a ubeckiego profesora jego kumple profesorowie. Znaczy to więc tyle, że Kaczyński miał rację, walcząc w czasach swojego premierostwa z koteriami, mafiami i korporacjami. Ale we wszystkich tych wojnach przegrał z kretesem - za dużo gadał, za mało robił. Dzisiaj ci, których wszechwładzę chciał ograniczyć, odpłacają mu pięknym za nadobne. Gaduła zostaje upokorzony przez tych, których rozpasanie i bezczelność chciał ograniczyć.
 
Migalski, podobnie jak Jabłoński, jest tylko człowiekiem i ma prawo do małych ludzkich radości. Takich jak ta, że ktoś skopał kogoś, komu się samemu chciało dokopać. Choć więc jest wpis Migalskiego obrzydliwy, na poziomie ludzkim byłby może zrozumiały, ale na poziomie politycznym jest po prostu żałosny. Bo partia Migalskiego w żadnym ze swoich pięćdziesięciu punktów programu nie zająknęła się o tym co zamierza zrobić z patologią, którą sam Migalski w tak ostrych słowach opisuje. Więc najwyraźniej nie zamierza zrobić nie. Może to i słuszna decyzja, może jest tak źle, że naprawdę nic się nie da zrobić i nie warto nawet próbować. I choć zgadzam się z Migalskim, że Kaczyński przegrał tę walkę, to przynajmniej do niej stanął i za to dzisiaj płaci. Partia Migalskiego nawet nie próbuje. Dlatego bez względu na to jak długa będzie lista powodów, dla których powinnam głosować na PJN, dopóki nie znajdzie się tam ani słowo o walce z patologią wymiaru sprawiedliwości, nie będę rozważać głosowania na nią. Bo to dużo ważniejsze dla ludzi, których nikt nie obroni niż zmniejszenie liczby posłów o połowę.
czwartek, 23 czerwca 2011
Jak Kaczor Blidę wykluczał

Ryszard Kalisz: Jarosław Kaczyński jako premier realizował stworzoną przez siebie koncepcję wykluczenia dużych grup obywateli i stworzył system eliminowania konkretnych przedstawicieli tych grup przy zastosowaniu przepisów prawa karnego. Jedną z tych osób była Barbara Blida.

Zapowiada się dłuższy serial, Stanu, warto więc przypomnieć czytelnikom jak to z „wykluczaniem” Blidy było. Historia męczeństwa Barbary Blidy, pisana cytatami z Gazety Wyborczej, wygląda „nieco” inaczej niż chce nam to sprzedać „Tęczowy Rysiek”.

Była sobie kobieta interesu...

„Śląska policja zatrzymała Barbarę K., szarą eminencję branży węglowej. Powołując się na znajomość z posłanką SLD i wiceministrem gospodarki, próbowała wyłudzić 700 tys. zł z rządowej dotacji (...) Śląska policja przesłuchała pracowników ministerstwa. Zeznali, że K. namawiała ich do przekazania pieniędzy z dotacji, powołując się na znajomości wśród polityków. Wymieniała Blidę, o której mówiła per "Basia", "Jacka", czyli wiceministra Piechotę, oraz posła SLD Andrzeja Szarawarskiego. (...)Blida z kolei tłumaczy się, że pisała do Piechoty dla dobra rodzinnego miasta: - Nie wiedziałam, że ktoś załatwia przy tej okazji swoje interesy. Co do oceny postępowania pani Barbary, proszę nie kazać mi oceniać kogoś, kogo znam od dłuższego czasu.” (Gazeta Wyborcza, „Szkoda Alexis”, 10 luty 2005).

To tylko jeden przykład przedsiębiorczości „Alexis”, i tylko jeden przykład jej dziwnej relacji z Barbarą Blidą. Oto przekręciara powoływała się na Barbarę Blidę, a Blida - której nazwisko w tak haniebny sposób wykorzystano - zdaje się wcale nie mieć pretensji do „koleżanki” i odmawia oceniania jej. Czy dlatego, że faktycznie słała w jej sprawie pisma do ministerstwa? Nieeeee, Blida była przecież kryształowo uczciwa.

Kobieta interesu miała możnych przyjaciół...

"Alexis" spędziła za kratami tylko miesiąc, bo katowicki sąd - ku zaskoczeniu prokuratury - uchylił decyzję o jej aresztowaniu. Na Śląsku spekulowano wtedy, że wyciągnięto ją ze strachu, aby nie poszła na współpracę z policją. - Gdyby zechciała zeznawać, to problemy mogłyby mieć osoby z pierwszych stron gazet - przyznaje jeden z oficerów policji.” (Gazeta Wyborcza, „Przekręt na ściek”, 21 lipca 2005)

Czy jedną z osób „z pierwszych stron gazet”, które miałyby mieć kłopoty gdyby „Alexis” zaczęła sypać mogła być Blida? Są powody sądzić, że tak. Oto bowiem jak sama „Alexis”, już po śmierci Blidy, opisuje pewną transakcję.

„Była tylko jedna taka sytuacja, gdy poprosiłam ją o pomoc. W 1997 roku chciałam, żeby mojej spółce umorzono część odsetek. Poprosiłam o pomoc Basię. Zrobiła to dla mnie. Dałam jej wtedy pieniądze, żeby przekazała je odpowiedniemu człowiekowi, ale to nie były pieniądze dla Basi. To było kilkadziesiąt tysięcy złotych dla jednej ze spółek węglowych, której byłam winna pieniądze. Ona tam znała więcej ludzi niż ja. Opowiedziałam o tym w prokuraturze” (Gazeta Wyborcza, „Alexis: nie odpowiadam za śmierć Basi”, 28 kwietnia 2007)

Czy tylko mnie ta transakcja wydaje się mocno podejrzana? Czy ktoś słyszał o przekazywaniu za pośrednictwem polityka kilkudziesięciu tysięcy w gotówce, ot tak sobie, bo polityk „zna tam więcej ludzi”? Ja tego nie kupuję, nie kupili też chyba prokuratorzy. Tym bardziej, że ta dziwna transakcja zbiega się w czasie z inną, równie niecodzienną. „Alexis” wyłożyła bowiem 100 000 zł na remont basenu w domu „Basi”. Co prawda w prokuraturze panie przedstawiły umowę na te 100 000 zł, okazało się, że była to zapłata za...wynajem przez „Alexis” jednego pokoju w domu „Basi”, ale śledczy mogli tego nie łyknąć, zwłaszcza, że umowa była datowana na 29 lutego, a w tamtym roku luty miał 28 dni. „To może oznaczać, że umowa została spisana wiele lat później lub ktoś się po prostu pomylił” – komentował dla Gazety Wyborczej oficer śląskiej policji (Gazeta Wyborcza, „Biznesy Barbar dwóch”, 27 maja 2005).

I wtedy przyszedł ten straaaaaszny PiS...

Czy zwróciliście uwagę na daty przy cytowanych artykułach? Tak, tak, pierwsza połowa 2005 roku, kiedy jeszcze w najlepsze rządziło SLD, a sam „Tęczowy Rysiek”, dzisiejszy niezłomny mściciel Blidy był ministrem spraw wewnętrznych, odpowiedzialnym za policję i służby. Nie jest więc prawdą, że to Kaczyński zasadził się na Blidę, bo jej kłopoty zaczęły się za rządów SLD, które zresztą nie chciało jej potem wpuścić na listy (syn Blidy twierdzi, że „Warszawa” ją skreśliła), choć Blida to przecież taki skarb dla Śląska i Polski. Pewnie gdyby rządy SLD trwały dalej, kłopoty Blidy rozeszłyby się po kościach., jak to zazwyczaj z kłopotami prominentnych osób z postkomunistycznego establishmentu bywa. Pech chciał, że śledztwu nie dało się ukręcić łba przed wyborami, a po wyborach nie było już ani klimatu, ani możliwości. I stąd całe nieszczęście.

Jeśli jest choć trochę prawdy w przeczuciach policjantów, że „Alexis” może za sobą pociągnąć inne SLD-owskie szyszki, nie zdziwiłabym się wcale, gdyby owe szyszki naradzały się nad strategią. Nie zdziwiłabym się też, gdyby ktoś wpadł na genialny pomysł rozwiązania problemu efektownym pozorowanym samobójstwem. Nie oszukujmy się, gdyby Blida postrzeliła się i przeżyła, w tamtej atmosferze medialnej i tak trzeba by jej było odpuścić, taki byłby jazgot. Otwarte pozostaje pytanie czy i kto Blidzie podpowiedział taki sprytny pomysł na wybrnięcie z kłopotów. Ktokolwiek to był, podpowiedział, zachęcał, przeczuwał, wiedział – to on ma krew Blidy na rękach. Jeśli zaś nikogo takiego nie było, a wszystko od początku do końca było pomysłem samej Blidy i jej niesłodką tajemnicą, to krew Blidy ma na rękach wyłącznie sama Blida.

Nie zmienia to jednak faktu, że prawdopodobnie jedyną osobą skazaną za przekręty SLD-owskich polityków i „Alexis” będzie Kaczyński. Kogoś skazać trzeba, a „Tęczowy Rysiek” nie po to pracował trzy lata w komisji, żeby teraz ktoś wracał do grzebania w interesach, które kurz nieustannie wzniecany na grobie Blidy ma pokryć. Jedyna nadzieja Kaczyńskiego w sędzi, który go dzisiaj na badania psychiatryczne wysłał. Może okaże się niepoczytalny (bo czemu nie, nie takie cuda się w tym kraju dzieją, gdy trzeba) i mu samobójstwo Blidy ujdzie na sucho. Łobuzowi.

 

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30