pozytywka@gmail.com
piątek, 20 listopada 2009
Draba lobbysta

Radiozet "Lobbing z Kancelarii Prezydenta": Dwa lata temu Kancelaria Prezydenta Lecha Kaczyńskiego lobbowała na rzecz korzystnych rozwiązań hazardowych dla Totalizatora Sportowego. Tak wynika z dokumentów do których dotarł reporter Radia ZET. Lobbującym był zastępca szefa Kancelarii Prezydenta Robert Draba. Proceder odbywał się w świetle jupiterów. To dość niecodzienne zachowanie, bo Kancelaria Prezydenta zabiegała o rozwiązania korzystne dla spółki skarbu państwa i włączyła się w proces, który do niej nie należy. (...) Mimo to w styczniu 2007 roku zastępca szefa Kancelarii Prezydenta Robert Draba przysłał do Minister Finansów Zyty Gilowskiej pismo z prośbą o zajęcie stanowiska wobec uwag Totalizatora.(...) Kolejne pismo minister Draba przysłał Gilowskiej w marcu. Znalazły się w nim opracowania przygotowane przez specjalny zespół powołany tym razem w samym Totalizatorze. Odpowiedz wiceministra finansów była uszczypliwa. Marian Banaś stwierdził, że "niezrozumiałe jest przekazywanie materiałów niejako alternatywnych do prac powołanego w tym celu zespołu". 9 marca na spotkaniu w Kancelarii Premiera Marian Banaś, realizując polecenie premiera, zwrócił się do członków zespołu o uwzględnienie w nowelizacji rozwiązań zakładających likwidację dopłat do wideoloterii.

Dziennik "Ludzie Kaczyńskiego lobbowali za hazardem", Gazeta Wyborcza "Kancelaria Prezydenta interweniowała ws. Totalizatora", TVN24 "Ludzie prezydenta lobbowali ws. ustawy hazardowej".

Ta informacja przebiła się wczoraj na wszystkie czołówki, w przeciwieństwie do "afery czorsztyńskiej", której TVN zdaje się do dzisiaj nie zauważył. Nie sądzę, żeby media pociągnęły temat "prezydenckiego lobbingu", bo sensacyjny news swoje zadanie spełnił i nie będzie potrzeby do niego wracać. Ale jeśli ktoś ciekaw, jak naprawdę wyglądał tak opisany lobbing, to "udało mi się dotrzeć" do obu pism Draby. Wiszą na stronie internetowej prezydenta, więc każdy może sam ocenić zachowanie Draby.

Pismo z 16 stycznia: Uprzejmie przesyłam pismo nadesłane do Kancelarii Prezydenta RP przez prezesa spółki Totalizator Sportowy Sp. z o.o., w sprawie prac nad nowelizacją ustawy o grach i zakładach wzajemnych, z uprzejmą prośbą o przedstawienie stanowiska Ministerstwa Finansów w w/w sprawie oraz powiadomienie Kancelarii Prezydenta RP o zajętym stanowisku.

Pismo z 12 marca: W załączeniu przesyłam przygotowany przez zespół zadaniowy Totalizatora Sportowego komplet opracowań prawnych, finansowych i analiz (...) Materiały te zostały skierowane na moje ręce wraz z informacją, że celem nowelizacji ustawy jest zwiększenie wpływów do budżetu państwa, a szczególnie zagwarantowanie źródeł finansowania projektu budowy Stadionu Narodowego. Przekazuję materiały Totalizatora Sportowego do oceny i ewentualnego wykorzystania przez resort finansów. Będę zobowiązany Pani Premier za poinformowanie Prezydenta RP - za pośrednictwem Szefa Kancelarii - o jakości oraz przydatności przekazanych analiz i opracowań.

To wszystko jeśli chodzi o treść obu pism Draby, z których media zrobiły wczoraj taką sensację. Prawda, jaki skandaliczny lobbing? Zamiast wyrzucić do kosza bez czytania oba pisma z Totalizatora, Draba przesłał je do resortu zajmującego się ustawą, choć przecież prezydent nie powinien się w ogóle ustawami interesować, bo to nie jego działka. Jeśli nie liczyć podpisu wprowadzającego ustawę w życie, ale to przecież nieistotny drobiazg.

Rozumiem Platformę. W jej sytuacji takie rozpaczliwce są zrozumiałe, od półtora miesiąca trwa przetrząsanie wszystkich szuflad po poprzednikach i na razie tylko to z nich wypadło. Bieda. Na szczęście dziennikarskie zuchy, takie jak ten z Zetki, potrafią wyrzeźbić coś z niczego. 

Pisma Draby do Gilowskiej

Powiązane wpisy:

Przepis na newa
Nawiązując do Ziemkiewicza

16:42, kataryna.kataryna , Media
Link Komentarze (12) »
środa, 18 listopada 2009
Zastanawiająca wypowiedź Kapicy o wideoloteriach

TVN24.pl: Definicja hazardu przedstawiona w ustawie firmowanej przez Jacka Kapicę z Ministerstwa Finansów budziła duże kontrowersje wśród posłów PiS. Według nich jest zbyt szeroka. Definicja m.in. wprowadza zakaz urządzania gier na wszelkich automatach poza kasynami. Posłowie pytali o los maszyn, w których metalową łapą można wyłowić maskotę. To gra, w której istnieje element losowości i można wygrać nagrodę - spełnia więc wymagania ustawowej definicji. Jedną z dłuższych dyskusji stoczyli posłanka PiS Aleksandra Natalli-Świat i Jacek Kapica z Ministerstwa Finansów. Problem dotyczył gry w pasjansa w kawiarenkach internetowych. - Zgodnie z ustawą taka gra będzie podlegała ograniczeniom wymienianym w ustawie - dziwiła się posłanka PiS. Teoretycznie w pasjansa internetowego będzie można grać tylko w... kasynie. Członkowie Rządowego Centrum Legislacji i Minister Kapica odpowiadali, że takie zapisy są koniczne. - W przeciwnym razie możnaby próbować obchodzić prawo i organizować wideoloterie w kafejkach internetowych - mówił minister.

Czy mi się zdaje, czy Kapica właśnie potwierdził moje obawy o to, że ustawa wcale nie delegalizuje wideoloterii? Po co dodatkowe zapisy do obrony przed wideoloteriami w kafejkach internetowych, skoro ustawa delegalizuje je wszędzie? Więc może jednak nie delegalizuje, stąd potrzeba wprowadzenia zapisu, który zapobiegnie organizowaniu wideoloterii w kafejkach internetowych, ale w salonach, tam gdzie wszystkie pozostałe gry, wideoloterie będą możliwe?

Ale może się czepiam, bo nie znam kontekstu całej wypowiedzi. Choć przyznam, że jestem coraz bardziej przywiązana do swoich wątpliwości, w Sejmie Kapica na pytania Jackiewicza o wideoloterie, odpowiedział dość mętnie, podobnie rzeczniczka Ministerstwa Finansów zapytana o to przez Wprost. Nikt na razie nie wskazał konkretnego zapisu delegalizującego wideoloterie, nazwa ta co prawda nie pada w katalogu wymieniającym gry hazardowe, ale to nie oznacza jeszcze zakazu, jeśli można je zmieścić w nowej definicji gry na automacie. A po dzisiejszej wypowiedzi Kapicy, mam wrażenie, że można, skoro aby zapobiec urządzaniu wideoloterii w kafejkach internetowych trzeba było w ustawie dodać zapis delegalizujący grę w pasjansa internetowego poza kasynami. To znaczy, że reszta ustawy by do zdelegalizowania wideoloterii w kafejkach internetowych nie wystarczyła. A to z kolei znaczy, że nie może wystarczać do zdelegalizowania jej w kasynach, gdzie pasjans internetowy będzie legalny, a więc i wideoloterie, które mogą się za jego plecami wkraść.

OK, pewnie nie udało mi się jasno wytłumaczyć o co mi chodzi i namąciłam, ale przyznacie, że ta wypowiedź Kapicy jest dziwna. Choć być może wyjaśnienie jest bardziej banalne - ustawa powstawała w tak ekspresowym tempie, że Kapica już sam się gubi.

Powiązane wpisy:

Pytanie o wideoloterie
Jeszcze o wideoloteriach




23:03, kataryna.kataryna
Link Komentarze (32) »
wtorek, 17 listopada 2009
Jeszcze o wideoloteriach

Kilka dni temu we wpisie "Pytanie o wideoloterie" podzieliłam się wątpliwościami, czy nowa ustawa, po usunięciu osobnej definicji wideoloterii i dodaniu "w tym komputerowych" do definicji gier na automatach, nie wprowadza kuchennymi drzwiami wideoloterii. Ku mojemu zaskoczeniu, zupełnie przypadkowo, natknęłam się właśnie na coś co każe mi do tej hipotezy wrócić. W 2008 roku kilka organizacji skupiających biznesmenów od hazardu wystosowało wspólny list do Zbigniewa Derdziuka, w którym oprotestowali różne proponowane w ustawie zapisy. Sami przeczytajcie, co piszą o wideoloteriach. Jednym z sygnatariuszy listu był znany nam ze stenogramów Jan Kosek.

Jan Kosek i koledzy z branży: Wprowadzenie proponowanego przez autorów nowelizacji zapisu [chodzi o niewielką zmianę w definicji wideoloterii] spowoduje, że w wideoloteriach można typować nie tylko liczby, ale i inne znaki i wyróżniki, co skutkuje tym, że wideoloterie stają się grami identycznymi jak gry na automatach, i gry na automatach o niskich wygranych. (...) Należy pamiętać, że wideoloterie zostały zdefiniowane w ustawie o grach i zakładach wzajemnych w 2003 roku. Przed czterema laty automaty do gier były urządzeniami znacznie prostszymi technicznie (głównie elektromechanicznymi), a wideoloterie można było organizować tylko na znacznie bardziej zaawansowanych urządzeniach elektronicznych. Przez ostatie 4 lata postęp technologiczny i obniżenie cen na zaawansowane systemy elektroniczne spowodowały, że prawie wszystkie automaty do gier o niskich wygranych oraz automaty do gier w salonach gier i w kasynach są równie zaawansowanymi technologicznie urządzeniami elektronicznymi, co urządzenia do wideoloterii. (...) Rozróżnienie pomiędzy automatami do gier, a automatami do wideoloterii stało się praktycznie niemożliwe, a kryteria tego rozróżnienia są nieistotne. (...) Dlatego też równie dobrym rozwiązaniem legislacyjnym (o ile nie lepszym ze względów społecznych), co opisane powyżej propozycje ograniczeń dla wideoloterii, może być wykreślenie z ustawy o grach losowych i zakładach wzajemnych odrębnej definicji wideoloterii, jako gry identycznej z oferowanymi obecnie grami na automatach - nic nie stoi na przeszkodzie, by pańtwowi monopoliści na równi z podmiotami prywatnymi ubiegali się na zezwolenia na prowadzenie zaawansowanych technologicznie gier na automatach w ośrodkach gier. (...) Niezależnie od powyższego podtrzymujemy wcześniejsze stanowisko, że w świetle braku możliwości rozróżnienia między automatami do gier, a automatami do wideoloterii aktualne próby proceduralnego uprzywilejowania monopolu państwa uzasadniają zarzut dyskryminacji operatorów sektora prywatnego poprzez nieuzasadnione uprzywilejowanie spółek Skarbu Państwa w działalności tego samego rodzaju.

Czy tylko mi się wydaje, czy w obecnym projekcie rząd właśnie spełnia postulat z tego pisma? Z ustawy usuwa odrębną definicję wideoloterii, a tym samym likwiduje monopol Totalizatora na ich urządzanie, zaś definicję gry na automatach uzupełnia o "w tym komputerowych". Czym zatem będą się różnić legalne automaty od delegalizowanych wideoloterii, skoro nawet spece od hazardu uważają, że w zasadzie niczym się nie różnią? Bo ja mam wrażenie, że niczym, i zamiast zapowiedzianej delegalizacji wideoloterii będziemy mieć likwidację monopolu państwa na nie.

Dużo było głosów, że cała wojna toczyła się tak naprawdę o wideoloterie i ambitne plany inwestycyjne Totalizatora Sportowego, który miał na nie monopol i właśnie przymierzał się do wykorzystania go, co w prasie branżowej było zapowiadane jako śmiertelne zagrożenia dla branży automaciarzy. Być może tą ustawą rząd właśnie wyrównuje szanse, teraz wideoloterie będą mogli urządzać także oni.

No chyba, że się mylę i w ustawie naprawdę jest jakiś zapis delegalizujcy wideoloterie, tylko ja go nie umiem znaleźć.

List biznesmenów hazardowych do Zbigniewa Derdziuka

Powiązane wpisy:

"Pytanie o wideoloterie"
00:09, kataryna.kataryna , Afera hazardowa
Link Komentarze (47) »
niedziela, 15 listopada 2009
Sensacyjne ustalenia "Dziennika"

Dziennik: "... lub przez sieć Internet" - te słowa dopisane do projektu ustawy hazardowej mocno zmieniają zapowiedzi rządu. Choć Donald Tusk deklarował, że zakaże hazardu w sieci, dopisek oznacza, że takie zakłady będą jednak legalne. (...) Rzecznik rządu Paweł Graś nie potrafi wskazać pomysłodawcy nieoczekiwanej nowelizacji. Jego zdaniem przyczyna jej powstania była prozaiczna. "To, co jest legalne w realu, powinno być też legalne w internecie. I na odwrót: to, co jest zabronione w realu, musi być zabronione także w internecie" - powiedział nam Graś. Ale kilka dni temu zupełnie co innego mówił jego kolega z rządu, odpowiedzialny za tworzenie tej ustawy wiceminister finansów Jacek Kapica. Opowiadał, że rząd będzie walczył z każdą formą hazardu w internecie. Dlaczego? "Legalizacja hazardu w internecie w Polsce nie przyniosłaby żadnych wpływów do budżetu, bo właściciele stron internetowych z grami hazardowymi i tak płaciliby podatki w rajach podatkowych, a nie w kraju" - argumentował.

Dziennik sobie znalazł sensację, i już wszystkie portale "grzeją" temat wprowadzonej rzekomo kuchennymi drzwiami internetowej bukmacherki. Tymczasem od piątku na stronie Ministerstwa Finansów wisi projekt nowelizacji ustawy hazardowej, gdzie mowa jest o tym wprost, zarówno w uzasadnieniu, jak i w Ocenie Skutków Regulacji. Przepytywani przez "Dziennik" informatorzy musieli przespać moment podejmowania decyzji w tej sprawie, ale na pewno rząd się z nią nie przyczaił, bo wprowadza ją nie tymi czterema słowami ale całą dużą nowelizacją.

Co innego mnie natomiast uderzyło w tekście Dziennika, a mianowicie nie tak  znowu stara wypowiedź Kapicy. Sprawdziłam, pochodzi z 27 października, kiedy Kapica przekonywał, że legalizacja hazardu w internecie nie ma sensu, bo i tak żadnych dodatkowych wpływów do budżetu nie przyniesie, kilka dni później wypowiadał się w podobnym tonie w wywiadzie dla "Polski". Imponujące, z jaką łatwością Kapica umie w krótkim czasie zmienić opinię w zależności od tego jakich argumentów w danym momencie potrzebuje rząd. Z równym przekonaniem umie dowodzić, że hazard w internecie trzeba zalegalizować, jak i zdelegalizować, że można go opodatkować, i że jest to całkowicie nierealne. Nawet mi zaimponował.

Wrzesień 2008, rząd chce uwolnić internetowy hazard, Jacek Kapica tłumaczy "Chcemy uwolnić hazard w internecie, ponieważ ludzie i tak grają; nie jesteśmy w stanie zamknąć tego rynku. Chcemy, żeby budżet pobierał z tego tytułu podatki".

Koniec października 2009, rząd chce zdelegalizować internetowy hazard w całości, Jacek Kapica przekonuje "Legalizacja hazardu w internecie w Polsce nie przyniosłaby żadnych wpływów do budżetu, bo właściciele stron internetowych z grami hazardowymi i tak płaciliby podatki w rajach podatkowych, a nie w kraju"., "Opodatkować tych firm, które działają w internecie, się nie da, bo działają poza granicami kraju. Gdybyśmy nawet wprowadzili opodatkowanie, licząc, że ktoś zlokalizuje u nas grę, to nie będziemy bardziej atrakcyjni niż kraj zwany rajem podatkowym. Gdybyśmy wprowadzili licencje, zawsze znajdą się w sieci ci, którzy chcą uniknąć jej płacenia. Tak czy inaczej trzeba byłoby stosować działania kontrole wobec tych, którzy oferują hazard, a nie płacą."

Pierwsza połowa listopada 2009, rząd chce zalegalizować internetowe bukmacherstwo, Jacek Kapica uzasadnia w Ocenie Skutków Regulacji "Szacuje się, że łączne dodatkowe wpływy z podatku od gier w skali roku uzyskiwane z zakładów wzajemnych urządzanych przez sieć Internet, mogą wynieść ok. 260 mln. zł."

Inną ciekawostką jest natomiast wypowiedź Grasia. Jeśli rząd ustami swojego rzecznika deklaruje, że to co jest legalne w realu, powinno być legalne w wirtualu, to ani chybi za chwilę pojawi się temat legalizacji innych form internetowego hazardu. Black jack jest legalny w realu, dlaczego ma być nielegalny w wirtualu? Podobnie inne gry, z jednorękimi bandytami, legalnymi w kasynach, włącznie. W nowej ustawie definicja "gry na automatach" została rozszerzona o trzy słowa "w tym komputerowe". Czy nie jest to właśnie furtka do legalizacji innych hazardowych gier w internecie?

Wątki powiązane:

Krótka pamięć Kapicy
Tajemnicze początku "ustawy hazardowej"
3 x Kapica
Pytanie o wideoloterie


22:53, kataryna.kataryna , Afera hazardowa
Link Komentarze (26) »
3 x Kapica

Jacek Kapica (czerwiec 2008): Propozycja zniesienia limitów lokalizacyjnych w ustawie o grach i zakładach wzajemnych została wypracowana przez Komisję Trójstronną do spraw Społeczno-Gospodarczych, składającą się z przedstawicieli rządu, samorządu i pracodawców w ramach likwidacji barier prawnych utrudniających działalność gospodarczą. Wniosek w tej sprawie został przedstawiony ministerstwu na początku lutego 2008 r. Ministerstwo uwzględniło ten wniosek, biorąc pod uwagę zarówno postulat Komisji Trójstronnej, jak i możliwość pozostawienia decyzji lokalizacyjnej na poziomie samorządu z weryfikacją podmiotów urządzających gry pod względem bezpieczeństwa przez Ministerstwo Finansów.

Jacek Kapica (sierpień 2008): Proponując zniesienie limitów lokalizacyjnych, w pracach nad ustawą o zmianie ustawy o grach i zakładach wzajemnych oraz niektórych innych ustaw kierowano się rezultatami prac Komisji Trójstronnej. W ramach Komisji Trójstronnej do Spraw Społeczno-Gospodarczych prowadzony był dialog społeczny, podczas którego organizacje pracodawców i organizacje związkowe zostały poproszone o identyfikację barier prawnych znajdujących się w znanych im przepisach. Na podstawie powyższego minister gospodarki przygotował wykaz postulatów zmian przepisów znajdujących się w zakresie właściwości poszczególnych ministrów. W wykazie tym skierowanym do członków rządu przez wiceprezesa Rady Ministrów, ministra gospodarki, przewodniczącego Trójstronnej Komisji do Spraw Społeczno Gospodarczych nr DRE-II-0210-12-AKG/08 z dnia 7 lutego 2008 r. znalazł się m.in. postulat wykreślenia z ustawy o grach i zakładach wzajemnych art. 29 i 30, które wprowadzają limity ilości kasyn i salonów gier w zależności od liczby mieszkańców danej miejscowości i wprowadzają ograniczenia w lokalizacji punktów hazardowych, co ogranicza konstytucyjną zasadę swobody działalności gospodarczej.

Jacek Kapica (listopad 2009): W trakcie prac nad nowelizacją ustawy o grach losowych i zakładach wzajemnych nikt z interesariuszy nie zgłaszał postulatu przeniesienia kompetencji wydawania zezwoleń na prowadzenie salonów gry i kasyn wójtom, burmistrzom i prezydentom. Wcześniej jak i w obecnym stanie prawnym te kompetencje należały i należą do resortu finansów. Nieprawdziwą jest informacja, jakoby taki postulat zgłosiła Trójstronna Komisja ds. Społeczno-Gospodarczych. Nieprawdziwą jest również informacja jakoby postulat taki zgłosiło Ministerstwo Gospodarki. Postulat zniesienia limitów kasyn i salonów gier w zależności od liczby mieszkańców danej miejscowości został zgłoszony przez Business Center Club i przekazany Ministerstwu Finansów przez Wiceprezesa Rady Ministrów Przewodniczącego Trójstronnej Komisji do Spraw Społeczno-Gospodarczych Waldemara Pawlaka 7 lutego 2008 r. - do rozważenia możliwości jego wprowadzenia przez Ministerstwo Finansów .

Business Centre Club: W oświadczeniu z 6 listopada br. podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów Jacek Kapica napisał: "Postulat zniesienia limitów kasyn i salonów gier w zależności od liczby mieszkańców danej miejscowości został zgłoszony przez Business Center Club i przekazany Ministerstwu Finansów przez Wiceprezesa Rady Ministrów Przewodniczącego Trójstronnej Komisji do Spraw Społeczno-Gospodarczych Waldemara Pawlaka 7 lutego 2008 r. - do rozważenia możliwości jego wprowadzenia przez Ministerstwo Finansów." Postulat wykreślenia z ustawy o grach i zakładach wzajemnych artykułów 29 i 30 zawarty był w oficjalnym dokumencie BCC przekazanym najpierw wicepremierowi, przewodniczącemu Trójstronnej Komisji do Spraw Społeczno-Gospodarczych Waldemarowi Pawlakowi na otwartym spotkaniu w Klubie 14 stycznia 2008 r. (później także rozesłanym wybranych członkom rządu i parlamentarzystom), a 6 lutego 2008 r. sejmowej Komisji Przyjazne Państwo. Dokument ten kataloguje najważniejsze naszym zdaniem bariery w rozwoju przedsiębiorczości.

Jak widać Jacek Kapica "trochę" zmieniał zdanie w kwestii autorstwa pomysłu zniesienia limitów lokalizacyjnych. W trakcie całego procesu legislacyjnego przedstawił aż trzy wersje tego, skąd ten zapis wziął się w jego ustawie: Wersja pierwsza - zapis został wypracowany przez Komisję Trójstronną. Wersja druga -  zapis został zgłoszony przez Waldemara Pawlaka na podstawie uwag organizacji członkowskich Komisji Trójstronnej. Wersja trzecia i ostatnia - zapis został zgłoszony przez Business Centre Club i przekazany Kapicy przez Pawlaka. W każdej w trzech wersji pojawia się data 7 lutego i Waldemar Pawlak, więc chodzi o to samo wydarzenie, zmienia się tylko status postulatu - ze wspólnie wypracowanego przez rząd, związkowców i pracodawców, na indywidualny postulat jednej organizacji pracodawców. Oświadczenie Business Centre Club zdaje się potwierdzać najnowszą wersję - postulat jest autorstwa Business Centre Club, który umieścił go w oficjalnym raporcie przekazanym Pawlakowi. Jestem pewna, że w toku prac komisji śledczej potwierdzi się, że Komisja Trójstronna w ogóle nie zajmowała się sprawą hazardu.

Kontrowersyjny zapis uwolnienia limitów hazardowych byłby bardzo trudny do przepchnięcia, gdyby od początku funkcjonował jako indywidualny pomysł jednej z organizacji biznesowych, przedstawienie go jako postulatu wspólnie wypracowanego przez ustawowe ciało ds. dialogu społecznego znacznie zwiększało szanse powodzenia. Pytanie, kto chciał te szanse zwiększyć, sam Kapica, czy ten kto mu te postulaty przedstawił? Innymi słowy, czy Kapica kłamał, czy sam został okłamany? A może było jeszcze inaczej? Jedno jest pewne, Kapica nie jest z nami do końca szczery. A sprawa jest rozwojowa, tym bardziej, że znowu pojawia się nazwisko często przewijające się w sprawach okołohazardowych.

14 stycznia 2008, BCC przekazuje premierowi Pawlakowi swoje postulaty

Wątki powiązane:

Tajemnicze początki "ustawy hazardowej"

19:11, kataryna.kataryna , Afera hazardowa
Link Komentarze (4) »
Tajemnicze początki "ustawy hazardowej"

Wymiana oświadczeń między Jackiem Kapicą, a Business Centre Club na temat tego kto i w jakim trybie zgłosił postulat zniesienia limitów lokalizacyjnych zachęcił mnie do przyjrzenia się bliżej narodzinom niedoszłej ustawy hazardowej. Skoro już Kapica ma być tym herosem walczącym z hazardem, dobrze wiedzieć jak to naprawdę było z tymi spornymi limitami. Nie udało mi się tego ustalić, bo utknęłam na wątku dużo ciekawszym. Okazuje się, że narodziny ustawy hazardowej były równie nagłe, i równie tajemnicze, jak jej niedawny zgon. Kto wie, czy nie powinien to być jeden z ciekawszych wątków dla komisji śledczej. Oto wybrane daty z początku 2008 roku, kiedy w tajemniczych okolicznościach i całkiem znienacka pojawił się projekt nowelizacji ustawy o grach losowych.

5 lutego. Jacek Kapica, dotychczasowy szef Izby Celnej w Szczecinie, zostaje szefem Służby Celnej i wiceministrem finansów, zastępując na tym stanowisku Jacka Dominika, który po bodaj miesiącu zrezygnował.

20 lutego. Rzeczpospolita publikuje artykuł "Hazard czeka na ustawę", na temat problemów branży i jej zapowiedzi przejęcia inicjatywy, jest też wypowiedź rzecznika prasowego Ministerstwa Finansów.

Rzeczpospolita: Obecnie Ministerstwo Finansów nie prowadzi prac nad nowym projektem. Mogą się one rozpocząć nie wcześniej niż w drugim kwartale 2008 r.  poinformował “Rz” Jakub Lutyk, rzecznik resortu finansów. Firmy mają jednak dość czekania, postanowiły same wyjść z inicjatywą. – Jesteśmy w trakcie opracowywania najważniejszych postulatów. Dokument liczy już 30 stron. W przyszłym tygodniu chcemy go wysłać do komisji “Przyjazne państwo” oraz do Ministerstwa Finansów – mówi Jan Kosek, wiceprzewodniczący Związku Pracodawców Prowadzących Gry Losowe i Zakłady Wzajemne. Najbardziej narzeka na biurokrację i tysiące kontroli. (...) Najbardziej niezadowoleni z obecnej ustawy są jednak bukmacherzy. – Borykamy się z dużą konkurencją ze strony firm internetowych nieujętych w polskim prawie. Jeśli tak pozostanie, to czarno widzę naszą przyszłość – mówi Zdzisław Ludwik, prezes STS, największej spółki bukmacherskiej w Polsce.

28 lutego. Ministerstwo Finansów rozesłało do firm zajmujących się eksploatacją automatów pismo ws. wyroków Naczelnego Sądu Administracyjnego dotyczących m. in. zmiany lokalizacji punktów gier na automatach o niskich wygranych. NSA uznał, iż dokonanie takiej zmiany zezwolenia na prowadzenie działalności w zakresie gier na automatach o niskich wygranych w trybie art. 155 kpa nie jest dopuszczalne. Branżowy portal e-play informację o tym tytułuje "Wyrok na automaty".

15 kwietnia. "Puls biznesu" relacjonuje odległe plany Ministerstwa Finansów odnośnie nowelizacji ustawy o grach losowych.

Puls Biznesu: Czy w Polsce będzie można przez Internet legalnie wytypować wynik meczu piłkarskiego lub zagrać w wirtualnym kasynie? Ministerstwo Finansów zapowiada, że tak. - Chcemy uwolnić hazard w Internecie, ponieważ ludzie i tak grają. Nie jesteśmy w stanie zamknąć tego rynku. Chcemy, żeby budżet pobierał z tego tytułu podatki – mówi Jacek Kapica, wiceminister finansów. Przyznaje przy tym, że nowelizacja ustawy o grach i zakładach wzajemnych przygotowana będzie dopiero w drugiej połowie roku. Ewentualna realizacja planów resortu przywróci równą konkurencję wśród bukmacherów.

21 kwietnia. Branżowy portal e-play kontynuuje wątek "wyroku na automaty" w tekście "Wyrok na automaty - ciąg dalszy".

Portal e-play: 18 kwietnia Izba Gospodarcza Producentów i Operatorów Urządzeń Rozrywkowych, zgodnie z ustaleniami podjętymi w trakcie spotkania ministra z przedstawicielami sektora gier w Polsce w dniu 15 kwietnia 2008 roku, przekazała na jego ręce opinię prawną sporządzoną przez Zrzeszenie Prawników Polskich - Centrum Ekspertyz Prawnych. Wymienione opracowanie stanowi analizę stanu prawnego stanowiska Ministerstwa Finansów z dnia 28 lutego 2008 roku w sprawie wyroków NSA dotyczących m.in. zmiany lokalizacji punktów gier na automatach o niskich wygranych. Opinia prawna odpowiada na pytanie, czy zgodne z prawem jest ww. stanowisko Ministerstwa Finansów. (...) Czekamy na ruch MF...

Autorem wspomnianego opracowania jest niejaki Waldemar Gontarski, którego może kojarzycie ze sprawy Wielgusa. To ten prawnik, który wydał "ekspertyzę" dotyczącą rzekomo fałszywego podpisu TW Grey, i w efekcie sprowokował Zrzeszenie Prawników Polskich do wydania oświadczenia odcinającego się od niego i jego ekspertyz.

28 kwietnia. To data widniejąca na pierwszej wersji nowelizacji ustawy o grach losowych. Dwa tygodnie po tym, jak Kapica zapowiadał, że dopiero w drugiej połowie roku przygotowana będzie nowelizacja ustawy, a jej celem będzie legalizacja hazardu internecie, ma już gotowy projekt ustawy. A w niej ani słowa o internetowym hazardzie, za to wśród licznych kosmetyczno-porządkujących zapisów są prawdziwie rewolucyjne rozwiązania, a mianowicie całkowite zniesienie limitów lokalizacyjnych dla kasyn i salonów gier. W obecnie obowiązującej ustawie jedno kasyno może przypadać na 250 000 mieszkańców, a jeden salon z automatami na 100 000 mieszkańców, Kapica zaproponował całkowite uwolnienie tego rynku. Przeczytajcie jak to wtedy uzasadniał dzisiejszy likwidator hazardu.

Uzasadnienie projektu ustawy: Istniejące przepisy w znaczący sposób ograniczają możliwości lokalizowania kolejnych ośrodków gier, szczególnie w dużych miastach, w których istnieje faktyczne zainteresowanie tą formą rozrywki. Konsekwencją powyższego jest ograniczenie realnych możliwości funkcjonowania w nich kolejnych ośrodków gier, jako miejsc mających zaspokajać potrzeby ludności w zakresie rozrywki.

Nie brzmi jak Kapica, prawda? Skąd zatem ten niespodziewany ultraliberalny zapis w projekcie, którego na razie miało nie być, a jeśli był w planach na przyszłość, to głównie po to, żeby uregulować hazard internetowy, o którym ostatecznie nawet się nie zająknął?

16 maja. "Puls Biznesu" w artykule "Żadnych barier  dla hazardu" komentuje projekt Kapicy.

Puls Biznesu: Czy grozi nam, że od 1 stycznia 2009 r. nowe kasyna i salony gier zaczną w Polsce rosnąć jak grzyby po deszczu? Tak. Dzięki nowelizacji ustawy hazardowej, przygotowanej przez Ministerstwo Finansów (MF), która właśnie została przekazana do uzgodnień międzyresortowych. (...) — Resort zapowiadał uregulowanie kwestii hazardu internetowego, a zamiast tego mamy totalną zmianę polityki państwa wobec hazardu. I to wprowadzaną po cichu. Ciekawy jestem, kto stoi za tym pomysłem. Na pewno jest on na rękę producentom sprzętu i zagranicznym operatorom kasyn, którzy chcą wejść na nasz rynek — mówi lobbysta uczestniczący w pracach nad poprzednimi nowelizacjami.

9 czerwca. W reakcji na sprzeczne informacje w mediach na temat szokujących planów całkowitego zniesienia limitów lokalizacyjnych, Ministerstwo Finansów wydało oświadczenie, które jest "nieco" niespójne z tym co na ten temat pisze w swoich oświadczeniach dzisiaj, różnica (zaznaczyłam ją podkreśleniem) jest zasadnicza, jeśli ten wątek okaże się rozwojowy, wrócę do niego.

Ministerstwo Finansów: Postulat zniesienia limitów lokalizacyjnych w ustawie o grach i zakładach wzajemnych, w ramach likwidacji barier prawnych utrudniających działalność gospodarczą, został wypracowany i zgłoszony 7 lutego 2008, przez Komisję Trójstronną do Spraw Społeczno – Gospodarczych, skupiającą oprócz przedstawicieli rządu, reprezentantów organizacji pracodawców i organizacji związkowych.

Dzisiejszy wódz tuskowej wojny z hazardem, wcale nie chciał zrobić krzywdy branży hazardowej, w pierwszym projekcie zaproponował całkowite zniesienie limitów lokalizacyjnych, gdyby ten projekt wszedł w życie, salony z automatami mogłyby powstawać wszędzie, w dowolnej liczbie. Nie planował też dopłat. Dopiero później, podczas uzgodnień międzyresortowych, projekt został "popsuty" - pojawiły się nieszczęsne dopłaty, a zniesienie limitów lokalizacyjnych zostało oprotestowane i w efekcie zniknęło z projektu. No i zaczęły się wielomiesięczne problemy branży hazardowej z ustawą, a Kapicy z branżą.

Przesłuchanie Kapicy może być bardzo ciekawe, może dowiemy się kto go zainspirował do takiej łaskawości. Jeśli oczywiście komisji śledczej starczy czasu między ustalaniem kto zdecydował o kolorze kul w multilotku, a przeliczaniem ile nas kosztuje leczenie jednego uzależnionego na głowę mieszkańca. Kapica powinien być pierwszym przesłuchanym przez komisję świadkiem, nie zdziwię się jednak jeśli będzie jednym z ostatnich, jego zeznania mogą pogrążyć wszystkich po kolei, z nim samym włącznie. Zbyt dużo jest niejasności wokół decyzji i wypowiedzi samego Kapicy, żeby mógł myśleć bez lęku o perspektywie grillowania przez Arłukowicza, Wassermana i Kempę. 

A opozycja, która się dała zaszantażować i nie ma odwagi spytać Tuska dlaczego właściwie z powodu jego osobistych poaferalnych problemów wizerunkowych wszyscy się mają nagle tak strasznie spieszyć z nową ustawą, powinna się dobrze zastanowić czy na pewno chce robić za maszynkę do głosowania. Jeśli teraz klepnie bez dyskusji i głębszej refleksji to co jej rząd podsunie, a za krótszą lub dłuższą chwilę okaże się, że nowa ustawa jest bublem albo nieoczekiwanie ma negatywne skutki, nikt nie będzie chciał słuchać tłumaczeń, że zagłosowali bo Tusk prosił. Jeśli chcą wziąć odpowiedzialność za motywowaną wyłącznie chęcią ratowania wizerunku ustawę, niech biorą, byle świadomie. Bo w tej sprawie zbyt wiele rzeczy z czasem okazuje się innymi niż się na początku wydawało.



08:49, kataryna.kataryna , Afera hazardowa
Link Komentarze (8) »
sobota, 14 listopada 2009
Nawiązując do Ziemkiewicza

Rafał Ziemkiewicz: Kłamliwe media stały się częścią systemu władzy.

Ten fragment bardzo smutnego tekstu Ziemkiewicza z dzisiejszej Rzepy ośmielił mnie do przedrukowania własnego tekstu dla Kultury Liberalnej sprzed dwóch tygodni, czyli jeszcze zanim Wojciech Mazowiecki w swojej słynnej odezwie do kolegów-dziennikarzy postawił kropkę nad "i". Możecie nie wierzyć, ale bardzo się staram ograniczać marudzenie, średnio mi to wychodzi, a w ostatnich tygodniach, gdy obserwowałam jak media gorliwie wyręczają władzę w jej rozprawie z niewygodnym urzędnikiem, bezkrytycznie publikując kolejne podsuwane przez nią kwity i nie zadając żadnych pytań, całkiem się zniechęciłam.

Dyskusja, w której wzięłam udział, odbyła się pod hasłem "Cenzura nasza powszednia", ja swój głos zatytułowałam "Cenzura jest zbędna", dzisiejszy tekst Ziemkiewicza uświadomił mi, że niedługo obecnej władzy przestaną być potrzebni także PR-owcy bo i tę robotę za nich odwalają media.

***

Kiedy w 2002 roku Janina Paradowska w wywiadzie z ówczesnym premierem Leszkiem Millerem zadała mu niewygodne pytanie o aferę Rywina, ten poskarżył się Michnikowi, który interweniował u redaktora naczelnego „Polityki” i pytanie zostało z wywiadu wykreślone. Trudno to nawet nazwać cenzurą, bo odbyło się za obopólną zgodą, tak jak przez pół roku, zgodnie i solidarnie, politycy i dziennikarze utrzymywali aferę Rywina w tajemnicy przed społeczeństwem. Dzisiaj żyjemy w ulepszonej wersji tamtego państwa i żadne interwencje nie są już potrzebne, bo prawdziwie niewygodne pytania po prostu nie padają. Nawet jeśli są one oczywiste, a niezadanie ich naraża dziennikarza na kompromitację.

„Afera hazardowa” i „afera stoczniowa” uświadomiły władzy – jeśli jeszcze miała jakieś wątpliwości – że media są dla niej całkowicie niegroźne. A skoro są niegroźne, nie ma żadnej potrzeby uciekania się do cenzury, dziennikarze świetnie dyscyplinują się sami, to prawdopodobnie grupa społeczna, która jako ostatnia odwróci się do Platformy – ją najtrudniej będzie rozczarować. W każdym razie na tyle, żeby zrobiła cokolwiek, co mogłoby obecnej władzy realnie zaszkodzić. Nie mam oczywiście na myśli wszystkich dziennikarzy, ale ich sporą część, na tyle liczną i wpływową, że z powodzeniem dominującą w debacie publicznej zarówno jeśli chodzi o dobór tematów, jak i sposób ich przedstawiania. A ta mniejszość, która jeszcze nie zrozumiała, że pewnych pytań nie ma sensu zadawać, może być z powodzeniem neutralizowana w inny sposób, na przykład bojkotem. Premier czy minister mogą sobie przecież wybierać rozmówców. I jak mają problemy, pójdą się z nich tłumaczyć tam gdzie będą bezpieczni, gdzie dziennikarz da się wygadać, a to, co się mu nagada, przyjmie ze zrozumieniem. Po akcji ABW w sprawie „afery aneksowej” rok temu, gdy Jerzy Jachowicz zapytał ministra Ćwiąkalskiego, czy prokurator generalny nie powinien tego wyjaśnić z trybuny sejmowej, Ćwiąkalski odpowiedział:

Zbigniew Ćwiąkalski: Była na ten temat konferencja prasowa Prokuratury Krajowej. Z tego, co widziałem w telewizji, pytania zadawali tylko przedstawiciele „Naszego Dziennika”, „Rzeczpospolitej”, chyba „Gazety Polskiej”, „Misji specjalnej” TVP. Natomiast dziennikarze innych środków masowego przekazu wysłuchali oświadczenia prokuratorów i odnieśli się do tego ze zrozumieniem – pytań nie mieli. [...] Ja nie dzielę dziennikarzy na dobrych i złych. Tylko na rzetelnych i nierzetelnych. Ci drudzy nie chcą nawet wiedzieć, jak było naprawdę, i chcę tylko podkreślić, kto zadawał pytania.

Władzy, której dziennikarze tylko „wysłuchują i odnoszą się ze zrozumieniem”, żadna cenzura nie jest potrzebna, bo i tak nie byłoby, czego cenzurować. A przypominam, że mówimy o bardzo dziwnej akcji służb specjalnych z użyciem dziennikarzy i przeciwko dziennikarzowi. Dzisiaj okazuje się, że jej odpryskami obrywają kolejni „przypadkowo” nagrani dziennikarze, których prywatne rozmowy stają się dowodem w prywatnych procesach wiceszefa służb specjalnych. I o ile wiem, nikt się premierowi nie każe z tego tłumaczyć. A przecież gdy wybuchła „sprawa Sumlińskiego”, dziennikarka „Rzeczpospolitej” Małgorzata Subotić pisała w polemice ze mną:

Małgorzata Subotić: W dramatycznej historii Sumlińskiego dostrzegam nie tylko atak na niego, lecz przede wszystkim na całe środowisko dziennikarzy śledczych. To taki cyniczny sygnał wysyłany przez ludzi służb: jak nie będziecie grzeczni, to zrobimy z wami to, co zrobiliśmy z Sumlińskim.

I nawet trudno mieć pretensje do dziennikarzy, że wybierają grzeczne kariery. W Polsce dziennikarz niepokorny i zbyt dociekliwy jest skazany na funkcjonowanie na marginesie, bez szans na prawdziwą karierę i dziennikarskie laury, bo chcąc dociec do prawdy, co jest zawsze czasochłonne, będzie dużo mniej płodny niż jego kolega, którego praca sprowadza się do opatrywania pełnymi oburzenia wykrzyknikami „kwitu” podesłanego przez władzę (patrz: wałkowana od kilku dni sprawa „kłamstwa” Kamińskiego). A im bardziej poważnych rzeczy się dokopie, tym mniejsza szansa na cytowalność, bo media coraz częściej adresują swój przekaz do mało wybrednych i niewiele wymagających czytelników, których nie można męczyć wymagającymi samodzielnego myślenia tematami. Stąd krzykliwe „Kamiński kłamie!”, podparte przysłowiowym kwitem z pralni, zawsze będzie miało większą siłę przebicia niż nudna i żmudna analiza akcji wprowadzania córki biznesmena od hazardu do państwowej konkurencji.

Po ostatnich aferach jeszcze bardziej rośnie poczucie alienacji czytelnika, który media śledzi, i używa przy tym mózgu. Bo prędzej czy później musi dojść do wniosku, że ci, za pośrednictwem których poznaje świat, są albo głupsi od niego, albo świadomie nim manipulują. Nie wiadomo, co gorsze. Jedynym miejscem, gdzie z czasem cenzura będzie potrzebna, jest Internet, którego rosnące znaczenie jest poważnym zagrożeniem dla mediów. Nie dlatego, że blogerzy będą w stanie zastąpić dziennikarzy, bo to jest raczej niemożliwe. Mogą oni jednak – i coraz skuteczniej to robią – podważać zaufanie do mediów, wskazując ich manipulacje i zadając niezadane pytania. Im większe zaufanie do internetowych komentatorów, tym powszechniejsza świadomość przekłamań i przemilczeń mainstreamowych mediów. I tym mniejsza ich skuteczność w ogłupianiu i manipulowaniu. Myślę, że z czasem będziemy świadkami kolejnych ataków polityków i dziennikarzy na internautów – władza nie ma już problemu z mediami, ale władza i media mogą mieć coraz większy problem z obywatelami.
16:18, kataryna.kataryna , Media
Link Komentarze (15) »
piątek, 13 listopada 2009
Pytanie o wideoloterie


W przesłanym właśnie do Sejmu projekcie ustawy hazardowej zastanawia mnie jedna, prawie niezauważalna zmiana definicyjna. W obowiązującej ustawie wideoloterie stanowią monopol państwa i są zdefiniowane następująco:

Wideoloterie, które są urządzane w sieci terminali wideo połączonych z centralnym systemem sprawozdawczym i monitorującym, a uczestniczy się w nich poprzez nabycie losu lub innego dowodu udziału w grze, przy czym gracz może typować liczby , znaki lub inne wskaźniki, a podmiot urządzający wideoloterię oferuje wyłącznie wygrane pieniężne.

Natomiast automaty są zdefiniowane tak:

Grami na automatach są gry o wygrane pieniężne lub rzeczowe na urządzeniach mechanicznych, elektromechanicznych i elektronicznych.

Złożony właśnie w Sejmie projekt ustawy hazardowej nie zawiera już definicji wideoloterii, zaś definicja gry na automatach nieznacznie się zmieniła i obecnie wygląda tak:

Grami na automatach są gry na urządzeniach mechanicznych, elektromechanicznych i elektronicznych, w tym komputerowe, o wygrane pieniężne lub rzeczowe, w których gra zawiera element losowości.

Jak widać do obecnej definicji gry na automatach dodano tylko "w tym komputerowe". W kasynach zawsze interesowały mnie wyłącznie karty, gier na automatach nie czuję, nie mam pojęcia jak dokładnie wygląda automat do wideoloterii. Na stronie firmy handlującej takimi automatami znalazłam ich opis i zdjęcia terminali:

VLT (Video Lottery Terminal) to terminal (automat) zwykle wyposażony w dotykowy ekran LCD i umożliwiający prowadzenie gier poprzez zdalne połączenie z centralnym serwerem videoloteryjnym (serwerem gier). Serwer gier wyposażony jest w generator losowy służący do określania wyników kolejnych gier na wszystkich przyłączonych do niego terminalach. Centralizacja serwera gier umożliwia łatwe zarządzanie całą siecią terminali, określanie ich konfiguracji, parametrów, a także dostęp do zbiorczych zestawień, statystyk i bilansów.

VLT wyprodukowane przez firmę Vegas charakteryzuje się:
  • użyciem bezpiecznej komunikacji sieciowej z użyciem 128-bitowego klucza,
  • dostępem do danych statystycznych dowolnego automatu lub całej sieci z możliwością użycia wspólnego Jackpota,
  • wykorzystaniem najnowszych rozwiązań graficznych,
  • rozbudowaną możliwością konfiguracji gier i terminali,
  • możliwością użycia terminali wolnostojących (automaty) oraz oprogramowania instalowanego na PC czy urządzeniach mobilnych (w przyszłości).
Zdjęcia terminali do wideoloterii

Nie wiem jaki jest powód dodania "w tym komputerowe" do definicji gry na automatach, być może jest jakieś proste wytłumaczenie. Ale czy nie jest tak, że za sprawą tej  pozornie niewielkiej zmiany, i jednoczesnego usunięcia osobnej definicji wideoloterii, wideoloterie po prostu zaczną się mieścić w definicji gry na automatach?

Podobno nowa ustawa delegalizuje wideoloterie. Delegalizacja może mieć dwie formy, albo wyrażony wprost zakaz urządzania takiej gry, albo jej brak na zamkniętej liście gier legalnych. Zakazu nie znalazłam. Pozostaje zatem pytanie, czy wideoloterie na pewno nie spełniają kryteriów wskazanych w uzupełnionej o "w tym komputerowe" definicji gry na automatach.

Nie znam się, nie wiem, może ktoś mnie oświeci skąd wiemy, że nowa ustawa zdelegalizuje wideoloterie?


11:08, kataryna.kataryna , Afera hazardowa
Link Komentarze (26) »
środa, 11 listopada 2009
"Afera stoczniowa". Co z odszkodowaniem?


Zdzisław Gawlik, podsekretarz stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa: Pan przewodniczący mówił, że inwestor pozostawi stocznie, bo wpłacił tylko niewielką kwotę. Nie będę dyskutował o wielkości tych środków. Ale proszę zauważyć, że w każdym przypadku zawarte są umowy zobowiązujące. Chciałbym podkreślić, że umowa zobowiązująca ma określone skutki. Skoro Qatar Islamic Bank udziela gwarancji na sfinansowanie tej transakcji, to gdyby okazało się, że inwestor po wyeliminowaniu przeszkód nie chce zawrzeć umowy o charakterze rozporządzającym, możemy wyegzekwować zapłatę pełnej kwoty i odszkodowania. (fragment stenogramu posiedzenia sejmowej Komisji Skarbu Państwa)

Tak 17 czerwca mówił posłom z Komisji Skarbu Państwa przedstawiciel Ministerstwa Skarbu Państwa, wiceminister Gawlik, osoba od początku osobiście zaangażowana w proces sprzedaży stoczni i mająca do niego bardzo emocjonalny stosunek, odnotowany zresztą w stenogramach w postaci niezapomnianego "Kurwa mać! Przepraszam, ja pierdolę".

Niecały miesiąc przed tym, jak zapewniał posłów o wiążących umowach i łatwych do wyegzekwowania gwarancjach, minister Gawlik dał się nagrać jak wspólnie z szefem Agencji Rozwoju Przemysłu próbuje dojść kto właściwie kupił te stocznie.

Zdzisław Gawlik, podsekretarz stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa: No to co Walenczak mówił, że ku...., to by trzeba jak on to mówił, szukał gdzieś na jakichś specjalnych wyszukiwarkach, mówił, że…, nie no zrobisz co się da, ku...., trzeba coś zmontować bo to pójdzie w eter! To oni będą szukać, dziennikarze to trzeba wszystko w sposób wyważony zrobić i bezpieczny (…) tylko nazwa, forma prawna, oficjalna nazwa, miasto, data powołania yyyyyyy adres, adres korespondencji, członek zarządu i jeszcze mam jako członek zarządu mam UIT (…) no zgoda tylko wiesz, nie możemy też wyjść i powiedzieć, że ku.... jest ta yyyyyyyy, że jest yyyyyy informacja tak skąpa, że nie wiemy nic. (fragment stenogramu nagrań z CBA)

Być może między 20 maja a 17 czerwca minister Gawlik zdołał się wszystkiego o inwestorze dowiedzieć. Musiało tak być, przecież już tydzień po jego sejmowym wystąpieniu  Ministerstwo  Spraw Wewnętrznych i Administracji wydało "katarskiemu inwestorowi" pozwolenie na zakup nieruchomości, a żeby to zrobić  w zgodzie z wymogami bardzo restrykcyjnej ustawy, musiało dokładnie kupca prześwietlić, do czego zaangażowało wszystkie -  poza CBA - służby powołane do dbania o bezpieczeństwo państwa.

Skoro więc wiceminister Skarbu Państwa, w oficjalnym wystąpieniu przed posłami, oświadczył, że nawet jeśli "katarski inwestor" się wycofa z transakcji to pełną wylicytowaną przez niego kwotę, być może nawet powiększoną o odszkodowanie, będzie można bez problemu wyegzekwować od Qatar Islamic Bank, należy to potraktować poważnie.

Jeśli dzisiaj zostaliśmy tylko z wadium, to możliwości są dwie. Albo Ministerstwo Skarbu Państwa w czerwcu okłamało posłów i opinię publiczną mówiąc o gwarancji umożliwiającej wyegzekwowanie pełnej kwoty nawet w przypadku wycofania się kupującego, albo taka gwarancja faktycznie istniała ale z jakiegoś powodu odstąpiono od wyegzekwowania jej, zadowalając się tylko wadium. Każda z tych wersji jest dla rządu zabójcza, ale trzeciej niestety nie ma.

Może jakiś dziennikarz, z tych, co to kupili narrację "o urzędnikach starających się za bardzo" zapytałby ministra Grada dlaczego ci sami ludzie, którzy na etapie przeprowadzania przetargu i finalizowania umowy byli gotowi na uszach stanąć i nagiąć wszystkie procedury, żeby stocznie "uratować" i sprzedać mitycznemu "katarskiemu inwestorowi", nie skorzystali później z okazji, żeby wyegzekwować pełną wylicytowaną kwotę. Przecież zgodnie z oficjalnym stanowiskiem ministerstwa przedstawionym posłom, nie tylko wylicytowane za stocznie kilkaset milionów, ale nawet dodatkowe odszkodowanie, były na wyciągnięcie ręki.

11:56, kataryna.kataryna , Afera stoczniowa
Link Komentarze (32) »
niedziela, 08 listopada 2009
Dziwne losy wniosku Karpiniuka

24 czerwca komisja śledcza "naciskowa" przegłosowała wniosek "o wystąpienie do prokuratora generalnego z prośbą o przesłanie pisemnej informacji o aktualnym stanie śledztw będących w zainteresowaniu komisji". Przewodniczący Karpiniuk nie zgłosił wniosku o zwrócenie się do rzeszowskiej prokuratury o przesłanie projektu postanowienia o przedstawieniu zarzutów Kamińskiemu, musiał wiedzieć jednak, że taka informacja nie znajdzie się w odpowiedzi jaką komisja dostanie na wniosek właśnie przegłosowany. Gdyby projekt przedstawienia zarzutów miał się zawierać w "informacji o aktualnym stanie śledztw", Karpiniuk nie musiałby pisać w tej sprawie osobnego, prywatnego pisma, tego samego dnia kiedy komisja upoważniła go do złożenia wniosku jak wyżej.

24 czerwca Karpiniuk pisze prywatny wniosek do Prokuratury Apelacyjnej w Rzeszowie "zwracam się z zapytaniem czy do Prokuratury Apelacyjnej wpłynął projekt postanowienia o przedstawieniu zarzutów Mariuszowi Kamińskiemu. Jeśli taki dokument wpłynął proszę o przesłanie jego kopii Komisji wraz z informacją o planowanych działaniach prokuratury w tej sprawie". Wniosek jest prywatny, bo pismo nie jest napisane na żadnym papierze firmowym (ani poselskim, ani komisyjnym), nie ma żadnej sygnatury, nie ma też pieczęci. Po prostu goły tekst, podpisany "Przewodniczący SKSS Sebastian Karpiniuk" i opatrzony nieczytelnym autografem posła. Po co Karpiniuk pisał do Prokuratury Apelacyjnej w Rzeszowie prywatnie, tego samego dnia kiedy komisja uchwaliła, że w imieniu komisji wystąpi oficjalnie do Prokuratury Krajowej?

3 lipca Karpiniuk realizując uchwałę komisji z 24 czerwca występuje do Prokuratury Krajowej o informacje na temat interesujących komisję śledztw, ta nadaje wnioskowi bieg i przekazuje sprawę Prokuraturze Okręgowej w Rzeszowie.

6 lipca Prokuratura Apelacyjna w Rzeszowie przekazuje prywatne pismo Karpiniuka z 24 czerwca Prokuraturze Okręgowej. Jak widać, Prokurator Apelacyjna, do której Karpiniuk skierował swój nieformalny wniosek potraktowała go całkiem poważnie, zamiast zrobić z nim to, co potem zrobił prokurator Kiliański - zapytać w jakim trybie, jakim prawem, w czyim imieniu i dlaczego bez żadnej sygnatury.

9 lipca Prokurator Okręgowy w Rzeszowie, Robert Kiliański, spławia Karpiniuka w odpowiedzi na jego prywatny wniosek z 24 czerwca. Obszerne fragmenty cytowałam w ostatnim wpisie, gwoli uzupełnienia zacytuję jeszcze jego początek, żeby nie było wątpliwości, że to na ten wniosek odpowiedział prokurator:

Prokurator Okręgowy w Rzeszowie do Karpiniuka: Uprzejmie informuję Pana Posła, że w dniu 6 lipca 2009 r. za pośrednictwem Prokuratury Apelacyjnej w Rzeszowie wpłynął do tut. Prokuratury wniosek Pana Posła o nadesłanie projektu postanowienia o przedstawieniu zarzutów Mariuszowi Kamińskiemu. Z pisma Pana Posła wynika, że projekt taki miał zostać opracowany w ramach prowadzonego przez Prokuraturę Okręgową w Rzeszowie śledztwa.

16 lipca Karpiniuk ponawia wniosek o przekazanie projektu postanowienia o przedstawieniu zarzutów Kamińskiemu. Tym razem wniosek sprawia wrażenie formalnego, bo jest napisany na papierze firmowym komisji śledczej, ma sygnaturę i wygląda poważniej, choć nie powołuje się na żadną uchwałę komisji. Nie wiadomo też kiedy o tym wystosowanym w imieniu komisji piśmie dowiedziała się sama komisja, ale o tym przy datach październikowych.

Karpiniuk do Prokuratora Okręgowego w Rzeszowie: W nawiązaniu do wystąpień Komisji Śledczej: z dn. 5 maja 2008 oraz 26 września 2008 kierowanych do Prokuratora Generalnego o nadesłanie uwierzytelnionych kopii akt głównych i podręcznych (...) uprzejmie proszę - w trybie art. 14 ust. 1 ustawy o sejmowej komisji śledczej - o przekazanie projektu postanowienia o przedstawieniu zarzutów Szefowi CBA, Mariuszowi kamińskiemu, opracowanego w ramach prowadzonego śledztwa. (...) Zobowiązany będę za potraktowanie sprawy jako piknej.

? lipca (data dzienna nieczytelna) Prokurator Okręgowy w Rzeszowie odpisuje Karpiniukowi na oba pisma, to z 3 lipca przekazane za pośrednictwem Prokuratury Krajowej, i to z 16 lipca wysłane bezpośrednio. W pierwszej sprawie prokurator spełnia prośbę, w drugiej odmawia, uzasadnienie odmowy cytowałam w poprzednim wpisie.

Prokurator Okręgowy w Rzeszowie do Karpiniuka: Uprzejmie informuję, że przedmiotowa sprawa jest w dalszym ciągu prowadzona "w sprawie" i do chwili obecnej nie przedstawiono w niej zarzutów żadnym osobom. Śledztwo w tej sprawie jest przedłużone do dnia 23 sierpnia 2009 (...). Dalsze decyzje co do kolejnych czynności procesowych w tej sprawie zostaną podjęte w terminie zakreślonym w postanowieniu o przedłużeniu okresu śledztwa tj. do dnia 23 sierpnia 2009.

23 sierpnia mija termin na jaki przedłużone było rzeszowskie śledztwo, najpóźniej tego dnia powinny być podjęte decyzje o dalszych losach śledztwa. Na pewno do tego czasu nie została podjęta decyzja o postawieniu zarzutów, ani o umorzeniu śledztwa. Nic natomiast nie wiadomo o tym, czy została podjęta decyzja o kolejnym przedłużeniu trwającego już dwa lata śledztwa, a jeśli tak, to jakie było jej uzasadnienie. Uzasadnienie kolejnego wydłużenia śledztwa byłoby bardzo ciekawe, bo przecież śledztwo było dość nietypowe - wszystkie fakty były znane, dowody zgromadzone, a to co się zarzuca Kamińskiemu nigdy niekwestionowane. Jedyną wątpliwością było to, czy czyny te stanowiły przestępstwo. To z tym, a nie z materiałem dowodowym, czy ustaleniem stanu faktycznego nie umieli sobie przez dwa lata poradzić prokuratorzy. I nie poradzili sobie do 23 sierpnia.

25 sierpnia odbyła się w Warszawie pięciogodzinna narada sześciu prokuratorów, na której podjęto decyzję o postawieniu Kamińskiemu zarzutów. Z niezrozumiałych względów, informacja o niej była chyba niewygodna dla prokuratury, bo sam minister Czuma mówi prasie "A skąd wiadomo, że Olewiński był w ogóle w sierpniu w Prokuraturze Krajowej? Ja nie jestem tego pewien".

22 października posłowie z komisji śledczej po raz pierwszy dowiadują się o piśmie Karpiniuka z 24 czerwca, ale jeszcze nie zwracają na tę informację uwagi.

Poseł Leszek Deptuła (PSL): Chciałem jeszcze państwu przeczytać wniosek, który złożył poseł na Sejm pan Arkadiusz Mularczyk. Oświadczenie. W związku ze złożeniem w dniu dzisiejszym wniosku o sporządzenie i wydanie kserokopii postanowień Sądu Rejonowego Warszawy-Mokotów...To nie to? Biuro troszeczkę pomyliło dokumenty. Wniosek. Prokurator apelacyjny w Rzeszowie Anna Habało. W związku z informacjami  (...) Z poważaniem. Przewodniczący Komisji Śledczej Sebastian Karpiniuk. Jest to wniosek z 24 czerwca 2009 r. Chciałem...Dzisiaj złożony, tak? Dobrze. To jest informacja, oczywiście.

28 października do posłów z sejmowej komisji śledczej dociera, że Karpiniuk za ich plecami słał pisma, o których im nie mówił.

Poseł Marzena Wróbel (PiS): Szef sejmowej Komisji Śledczej do spraw nacisków Sebastian Karpiniuk w rozmowie z PAP podkreślił, że zarzuty przedstawione Kamińskiemu są dużo poważniejsze, niż się spodziewał. Jak poinformował, w czerwcu zwrócił się do rzeszowskiej prokuratury, aby ta przekazała mu projekt zarzutów wobec szefa CBA. I teraz cytat: Jednak tego nie otrzymałem; prawdopodobnie prokuratura finalizowała prace i obawiała się przecieku – zaznaczył. Mam pytanie do pana posła Karpiniuka: Czy autoryzował tę wypowiedź? Co to znaczy, że zarzuty przedstawiane panu Kamińskiemu są dużo poważniejsze, niż się spodziewał? Z informacji medialnych, które ja uzyskałam, wynika, że zarzuty, które zostały postawione panu Kamińskiemu, ministrowi Kamińskiemu, są zarzutami niejawnymi. Chciałabym się dowiedzieć więc, skąd pan poseł Sebastian Karpiniuk ma wiedzę, jak rozumiem, szczegółową wiedzę, dotyczącą zarzutów postawionych szefowi CBA. Bo ja nie jestem w stanie ocenić, czy one są poważniejsze, niż się pan poseł spodziewał, czy nie. Kolejna rzecz, sprawa pisma. Pan poseł Karpiniuk wielokrotnie w wywiadach telewizyjnych, ale także to wynika z kontekstu zacytowanej przeze mnie wypowiedzi, pan poseł Karpiniuk wielokrotnie stwierdzał, że wystąpił w czerwcu br. do prokuratury rzeszowskiej z wnioskiem, aby ta przekazała mu projekt zarzutów wobec szefa CBA. Co więcej, pojawiły się także informacje, że ten projekt zarzutów został sformułowany już w maju br. Chciałabym się dowiedzieć, skąd pan poseł Karpiniuk miał takie informacje, że te zarzuty zostały sformułowane, projekt zarzutów został sformułowany już w maju br., bo ja takiej wiedzy jako członek Komisji Śledczej nie mam, a zakładam, że dysponujemy tymi samymi materiałami, ja i pan poseł Karpiniuk. To jest pierwsze pytanie. Druga kwestia. W dniu, kiedy przeglądałam akta sprawy rzeszowskiej, to jest dzień przed pierwszym posiedzeniem komisji, w tygodniu wcześniejszym, prawdopodobnie był to, prawdopodobnie był to 20 październik, dokładnie nie sprawdzałam wpisów, takie pismo nie znajdowało się w pismach, którymi dysponuje sekretariat Komisji Śledczej. Być może już w tej chwili ono jest, ale chciałabym zapytać, w jakim trybie pan poseł Karpiniuk w czerwcu br. występował do prokuratury rzeszowskiej i jako kto występował do prokuratury rzeszowskiej, skoro pisma tego nie było w pismach wychodzących z Komisji Śledczej.

Niestandardowe zachowanie Karpiniuka wskazuje, że wokół Kamińskiego zrobiło się tego lata bardzo gorąco. Na tyle gorąco, że przewodniczący sejmowej komisji śledczej oprócz oficjalnych pism jakie słał do prokuratury na mocy uchwał komisji, równolegle wysyłał swoje własne, prywatne, nieformalne prośby starając się wyciągnąć z prokuratury  dodatkowe informacje o przyszłych losach Kamińskiego. I do końca ukrywał to przed kolegami z komisji, których o piśmie z czerwca poinformował dopiero po czterech miesiącach. Ciekawe, prawda?

Najciekawsze są jednak losy rzeszowskiego śledztwa między 23 a 25 sierpnia. Co się stało z rzeszowskim śledztwem 23 sierpnia, kiedy minął termin na jaki zostało przedłużone. Czy, kiedy, przez kogo i na czyj wniosek została podjęta decyzja o jego kolejnym przedłużeniu, a przede wszystkim - czym była uzasadniona. Odpowiedź na to pytanie rzuci nowe światło na prawdziwe przyczyny problemów Kamińskiego. Choć co do tego jakie były, trudno mieć wątpliwości, jeśli się uważnie prześledzi kalendarium zdarzeń i zachowanie głównych aktorów.

Naprawdę, chciałabym poznać decyzję na mocy której rzeszowskie śledztwo toczyło się nadal po 23 sierpnia. A zwłaszcza datę jej podjęcia i uzasadnienie.


14:14, kataryna.kataryna
Link Komentarze (20) »
piątek, 06 listopada 2009
Karpiniuk pisze do prokuratora

Paweł Graś: Absolutnie nieuprawniona jest próba łączenia przez ministra Kamińskiego kwestii postawienia mu zarzutów i kwestii tzw. afery hazardowej. Chcę wyraźnie podkreślić, że pierwszy projekt zarzutów wobec ministra Kamińskiego został sformułowany 25 maja tego roku, na długo przed tym zanim pojawiły się kwestie tzw. afery.

Z intensywnej korespondencji jaką w sprawie Kamińskiego prowadził z rzeszowskimi prokuratorami Sebastian Karpiniuk wynika, że jeszcze w lipcu sami prokuratorzy nie wiedzieli w jakim kierunku potoczy się śledztwo. Oto skrót:

Karpiniuk do Prokuratury Apelacyjnej w Rzeszowie (24 czerwca)

Zwracam się z zapytaniem czy do Prokuratury Apelacyjnej wpłynął projekt postanowienia o przedstawieniu zarzutów Mariuszowi Kamińskiemu. Jeśli taki dokument wpłynął proszę o przeslanie jego kopii Komisji wraz z informacją o planowanych działaniach prokuratury w tej sprawie.

Prokurator Okręgowy w Rzeszowie do Karpiniuka (9 lipca)

Po analizie nadesłanego wniosku uznać należy, że nie może on stanowić merytorycznej podstawy do jego realizacji. (...) Z pisma Pana posła takie uzasadnienie tak faktyczne jak i prawne nie wynika albowiem:
- nie wskazuje Pan Poseł jakie przepisy prawa uzasadniają zawarty w piśmie wniosek,
- nie podaje Pan Poseł w imieniu jakiej instytucji Pan występuje, czy jako Poseł czy też przewodniczący komisji sejmowych, a jeżeli tak to jakich,
- z pisma nie wynika co może oznaczać użyty przy nazwisku Pana posła skrót cyt. "Przewodniczący SKKS",
- pismo nie jest opieczętowane ani nie ma żadnej sygnatury.

Karpiniuk do Prokuratora Okręgowego w Rzeszowie (16 lipca)

Uprzejmie proszę (...) o przekazanie projektu postanowienia o przedstawieniu zarzutów Szefowi CBA, Mariuszowi Kamińskiemu, opracowanego w ramach prowadzonego przez  Prokuraturę Okręgową w Rzeszowie ślwedztwa.

Prokurator Okręgowy w Rzeszowie do Karpiniuka (? lipca)

Nawiązując do przesłanego za pośrednictwem Prokuratury Krajowej pisma z dnia 3 lipca 2009 (...) uprzejmie informuję, że przedmiotowa sprawa jest w dalszym ciągu prowadzona "w sprawie" i do chwili obecnej nie przedstawiono w niej zarzutów żadnym osobom. Śledztwo w tej sprawie jest przedłużone do 23 sierpnia 2009. (...) Dalsze decyzje co do kolejnych czynności procesowych zostaną podjęte w terminie zakreślonym w postanowieniu o przedłużeniu okresu śledztwa tj. do dnia 23 sierpnia 2009. (...) Uprzejmie informuję, że przesłanie na potrzeby Komisji projektu postanowienia o przedstawieniu zarzutów Szefowi CBA Mariuszowi Kamińskiemu nie jest możliwe. (...) Podnieść więc należy, że przygotowany projekt zarzutów jest tylko i wyłącznie próbą opisania w formie postanowienia o przedstawieniu zarzutów jednej z przyjmowanych w sprawie wersji śledczych. Ponieważ jest to tylko nie podpisany przez referenta sprawy projekt takiej decyzji, nie może on być uznany za dokument, z którym związane jest jakiekolwiek prawo, czy też dowód prawa, i może być zmieniony w każdej chwili. Może także nie nastąpić przekształcenie tego "projektu" w dokument w postaci postanowienia o przedstawieniu zarzutów. Poza tymi argumentami wskazać też należy na podstawową zasadę kodeksu postępowania karnego, z której wynika, że treść ewentualnego zarzutu jako pierwszy zawsze poznaje podejrzany i ta zasada musi być przestrzegana także w tej sprawie.

Jak widać, jeszcze w połowie lipca rzeszowscy prokuratorzy informowali, że śledztwo w sprawie Kamińskiego może jeszcze pójść w każdym kierunku, z umorzeniem włącznie. Widać też, że z niezrozumiałych względów Karpiniuk męczył w tej sprawie kolejnymi pismami aż trzy prokuratury - okręgową, apelacyjną i krajową. Z jakiegoś powodu  w wakacje Karpiniuk bardzo pilnie potrzebował wiedzieć co prokuratura zamierza z Kamińskim zrobić.

Od Jacka Cichockiego wiemy, że służby i rząd już w maju dowiedziały się, że Kamiński węszy wokół Agencji Rozwoju Przemysłu i sprzedaży stoczni. Musiały sobie  też zdawać sprawę, że mógł coś wywęszyć, bo świetnie wiedzieli jak ten przetarg wyglądał. Tyle, że raporty Kamińskiego dla Cichockiego były "ogólnikowe i zdawkowe", trudno się więc było z nich zorientować, czego Kamiński szuka i co już znalazł. Transakcja stoczniowa była tak trefna, że odpowiednio nagłośniona mogła wysadzić rząd. Smrodu wokół stoczni już w maju zaczął się bać Grad, tak w każdym razie tłumaczył posłom dlaczego nie pozwolił Bumarowi sfinalizować ugody, którą jego zdaniem Bumar dla własnego dobra sfinalizować powinien:

Aleksander Grad:  Jeśli Bumar chce odzyskać tamte rynki, będzie musiał wreszcie na tych rynkach być rzetelnym kontrahentem. Wynegocjowali od maja 2008 r. ugodę na 13 mln dolarów. Zbiegły się w czasie sprzedaż stoczni i moja decyzja, która miała zapaść, zatwierdzająca im tę ugodę. Oczywiście, że jej nie zatwierdziłem, bo wiem, co byście ze mną zrobili, gdybym zatwierdził. Cała wasza urojona teza by się według was sprawdziła. Urojona teza.  W związku z tym nie zatwierdziłem tego. Powiem więcej, Bumar dla swojego dobra powinien tę ugodę zawrzeć i zrealizować, ale nie zrobiłem tego, żeby nie dać wam satysfakcji, że właśnie taka urojona teza jest prawdziwa. Tego nie zrobiłem.

W maju Grad jeszcze nie mógł wiedzieć, że opozycja w październiku będzie miała "urojone tezy", nie wiedział nawet, że z transakcji stoczniowej nic nie wyjdzie. Przecież zgodnie z tym co słyszymy od tygodni, w maju i czerwcu wszystko było na najlepszej drodze, poważny katarski inwestor finalizował transakcję, miał budować statki, a minister triumfował na kolejnych konferencjach prasowych. Mając w perspektywie tak wielki sukces rządu, nie miał powodu podejmować, niekorzystnych dla państwowej firmy decyzji, aby się zabezpieczyć przed "urojonymi tezami" opozycji, bo też nie miał żadnego powodu się ich spodziewać. Miał być sukces, a obie transakcje nie były ze sobą związane, skąd zatem ta zapobiegliwość?

W tym samym wystąpieniu, Grad zdaje się  przyznawać, że obie transakcje były ze sobą ściśle powiązane, a faktycznym inwestorem stoczni był wierzyciel Bumaru. Czyli El Assir.

Aleksander Grad: Skutkiem tego nieudanego procesu sprzedaży - nad czym bardzo ubolewamy, bo wolelibyśmy, żeby to było sprzedane i żeby tam były produkowane statki - gdzie to fiasko jest z winy inwestora, który ostatecznie nie zdecydował się na zapłacenie całej ceny, jest to, że mamy 40 mln zł więcej do podziału. Inwestor stracił na tym całym postępowaniu. Gdybyście chcieli jeszcze to zsumować, to nie otrzymał również pieniędzy z Bumaru.

Wiedząc jak wyglądała transakcja stoczniowa, i wiedząc, że Kamiński wokół stoczni węszy, nie można się było go nie bać. Teza, że rzeszowskie zarzuty były reakcją na afery jest zatem jak najbardziej uzasadniona, na jednym ogniu udało się upiec trzy pieczenie. Unieszkodliwiono CBA, uzyskano wgląd w zebrane materiały, i wmówiono opinii publicznej, że Kamiński odpalił afery bo wiedział o przygotowanych zarzutach. Tymczasem nie ma żadnego powodu sądzić, że Kamiński już w maju mógł się spodziewać zarzutów, bo wtedy nie spodziewał się ich nawet prokurator.

20:42, kataryna.kataryna
Link Komentarze (18) »
wtorek, 03 listopada 2009
"Tarcza antykorupcyjna" czyli spławianie Kamińskiego

Gdy wybuchła wielodniowa awantura o "tarczę antykorupcyjną" nad stocznią, zaczęłam szukać kilku informacji, których mi brakowało dla właściwej oceny całego zamieszania. Wiemy na pewno, że w grudniu Kamiński dostał długą listę przeznaczonych do prywatyzacji spółek, przy stoczniach było zaznaczone, że  prywatyzacja odbędzie  się w drodze rokowań, w 2008 roku, który się za chwilę kończył.  I tyle.

Gdy Ministerstwo Skarbu Państwa napisało na stronie "W związku z licznymi wypowiedziami publicznymi byłego Szefa CBA, Pana Mariusza Kamińskiego, sugerującymi m.in., że nie zwracano się do CBA o monitoring prywatyzacji Stoczni, Ministerstwo przedstawia korespondencję w tej sprawie..." i zamieściło swoje pisma do Kamińskiego, zastanowiło mnie dlaczego nie opublikowano całości korespondencji, a więc także listów Kamińskiego, w odpowiedzi na które odpisano to co odpisano. Mam już oba brakujące pisma Kamińskiego, i nie dziwi mnie, że ministerstwo nie opublikowało pełnej korespondencji. Wygląda ona bowiem tak:

Kamiński do Ministerstwa Skarbu, 30 grudnia 2008

Uprzejmie informuję, że Centralne  Biuro Antykorupcyjne realizuje zadania wynikające z polecenia prezesa Rady Ministrów, dotyczącego stworzenia tarczy antykorupcyjnej dla najważniejszych procesów prywatyzacyjnych i zamówień publicznych (...) W związku z powyższym, proszę o udostępnienie następujących danych:
- dokumentacji opisujących przyjętą strategię prywatyzacyjną,
- analiz sytuacji ekonomicznej i finansowej spółek, wykonanych dla potrzeb prywatyzacji,
- materiałów i opracowań wykonanych przez doradców prywatyzacyjnych uczestniczących w procesie prywatyzacji spółek,
- informacji dotyczących podjętych decyzji odnośnie sposobu ich prywatyzacji,
- kopii ogłoszenia stanowiącego zaproszenie do udziału w przetargu lub rokowaniach, w przypadku prywatyzacji w drodze przetargu lub rokowań,
- list podmiotów, które zgłosiły chęć uczestnictwa w przetargu lub rokowaniach wraz z nadesłanymi  przez nie ofertami,
- inwestorów, z którymi prowadzone są rokowania oraz na jakim etapie się one znajdują,
- podmiotów uczestniczących w przetargu z zaznaczeniem inwestora, którego oferta została przyjęta.

(...). Proszę o rozważenie możliwości spotkania, które miałoby na celu omówienie zakresu i zasad współdziałania oraz wskazanie przedstawiciela Ministerstwa Skarbu Państwa, odpowiedzialnego za kontakty z CBA.

Ministerstwo Skarbu do Kamińskiego, 22 stycznia 2009

W nawiązaniu do pisma CBA z 30 grudnia 2008, w sprawie stworzenia tarczy antykorupcyjnej dla najważniejszych procesów prywatyzacyjnych informuję, że zakres ochrony służb, oraz listę podmiotów (...) MSP określiło w piśmie z dn. 16.07.2008 skierowanym do Sekretarza Kolegium ds. Służb Specjalnych. Wskazano w tym piśmie, że procesy prywatyzacji spółek ujętych w załączniku do w/w pisma powinny uzyskać ochronę służb specjalnych w zakresie:
1) wsparcia informacyjnego obejmującego m.in:
- informacje o potencjalnych inwestorach,
- informacje o istotnych dla procesu prywatyzacji zmianach w otoczeniu prywatyzowanych firm, w tym w otoczeniu branżowym,
- informacje o działaniach wewnątrz prywatyzowanych spółek mających wpływ na proces wyłaniania inwestorów,
- informacje o ewentualnych uczestnikach procesu prywatyzacji ze strony firm doradczych, z punktu widzenia zabezpieczenia interesów Państwa.
2) przeciwdziałania procesom korupcyjnym w prywatyzowanych spółkach.

Działanie służb w w/w zakresie rozpoczynałoby się od przekazania służbom informacji o rozpoczęciu procesu prywatyzacji i opracowanej dla realizowanego projektu tzw. "karty prywatyzacyjnej" zawierającej wszystkie podstawowe dane dotyczące procesu prywatyzacyjnego. Szczegółowe zasady współdziałania powinny być wypracowane, stosownie do potrzeb, z komórką organizacyjną MSP odpowiedzialną za współpracę ze służbami.

Jak widać, Mariusz Kamiński napisał do Ministerstwa Skarbu Państwa prośbę o dostarczenie szeregu informacji w związku z osłoną antykorupcyjną kluczowych prywatyzacji i został zwyczajnie spławiony. Wiceminister odpisał mu, że zakres ochrony służb ministerstwo określiło pół roku wcześniej w piśmie do Cichockiego, pouczył o tym jak taką ochronę sobie wyobrażało, i - co najważniejsze - poinformował, że ma się ona zacząć dopiero od przekazania służbom przez ministerstwo "informacji o rozpoczęciu procesu prywatyzacji i opracowanej dla realizowanego projektu tzw. "karty prywatyzacyjnej" zawierającej wszystkie podstawowe dane dotyczące procesu prywatyzacyjnego".

Zapytałam w ministerstwie, cytując ten fragment pisma wiceministra Żuka, czy w odniesieniu do obu stoczni takie informacje inicjujące ochronę prywatyzacji zostały do CBA przekazane i poprosiłam o kopię pisma w tej sprawie. Otrzymałam następującą odpowiedź:

Ministerstwo Skarbu Państwa: Pamiętajmy, że w przypadku Stoczni Gdynia i Stoczni Szczecińska Nowa nie mieliśmy do czynienia z prywatyzacją, a sprzedażą majątku postoczniowego, na podstawie specjalnie w tym celu stworzonej ustawy. Co więcej oba procesy były prowadzone przez Agencję Rozwoju Przemysłu. Nie mniej jednak stocznie znalazły się wśród siedemdziesięciu dziewięciu spółek w stosunku do sprzedaży których MSP wystąpiło o nadzór Centralnego Biura Antykorupcyjnego.

A zatem, po tym jak Kamiński mając w ręku listę 79 przeznaczonych do prywatyzacji spółek, uprzejmie poprosił o szczegółowe informacje potrzebne CBA do skutecznej ochrony antykorupcyjnej, dostał odpowiedź, że ma czekać na pismo inicjujące, ale nigdy się go nie doczekał.

Dzisiaj spławionego w ten sposób Kamińskiego próbuje się obciążyć klęską "tarczy antykorupcyjnej", która w przypadku stoczni nie zadziałała, choć Kamiński nic więcej nie mógł zrobić. Kazali czekać na znak, to czekał. Dopiero przyglądając się Agencji Rozwoju Przemysłu z jakiejś innej okazji, zainteresował się stocznią.

Zabawne, że tak potraktowanego Kamińskiego wskazuje się teraz jako bumelanta, który się obijał. Zapytane o "tarczę antykorupcyjną" Centrum Informacyjne Rządu odpowiedziało:

Centrum Informacyjne Rządu: „Tarcza antykorupcyjna” jest mechanizmem określającym działania służb specjalnych w zakresie zapobiegania korupcji. Natomiast nigdy nie istniał żaden formalny dokument zatytułowany „Tarcza antykorupcyjna” i nigdy nie było intencji opracowania takiego dokumentu. (...) Działania resortów i służb specjalnych są koordynowane przez sekretarza stanu w KPRM Jacka Cichockiego. (...) Stocznie w Gdyni i Szczecinie od samego początku znajdowały się na liście 79 najważniejszych prywatyzacji, które powinny zostać objęte „tarczą antykorupcyjną”. W okresie od marca do września 2009 r. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego przekazała do KPRM 11 informacji dotyczących tych prywatyzacji, natomiast Agencja Wywiadu trzy informacje. Szczegółowe dane dotyczące działań ABW i AW są niejawne. Natomiast CBA przekazywała, począwszy od maja 2009 r., zdawkowe i ogólnikowe informacje na temat swojego zainteresowania przetargiem na majątek stoczni w Gdyni i Szczecinie,  w comiesięcznych sprawozdaniach przesyłanych do KPRM (ze względu na klauzulę tajności nie jest możliwe udostępnienie tych informacji). Obszerniejszy materiał na ten temat sporządzony w CBA dotarł do Premiera po raz pierwszy dopiero 6 października 2009 r.

Dzisiaj Jacek Cichocki jest wyraźnie niezadowolony, że CBA informacje o swoim zainteresowaniu stocznią przekazywało dopiero od maja, a na dodatek były zdawkowe i ogólnikowe. Tymczasem po piśmie Żuka wystosowanym w odpowiedzi na wyraźną prośbę o konkretne informacje, Kamiński w ogóle nie miał powodu interesować się stoczniami. Mógł czekać na zapowiadane "karty prywatyzacyjne". I nie doczekałby się ich do dzisiaj.

21:53, kataryna.kataryna , Afera stoczniowa
Link Komentarze (31) »
poniedziałek, 02 listopada 2009
Chlebowski już nie płacze

Zbigniew Chlebowski: [Sobiesiak] chciał porozmawiać ze mną o sytuacji w jednej ze spółek, w której toczyła się jakaś wojna o władzę.

Kolejny wywiad Chlebowskiego, i kolejny rąbek tajemnicy uchylony. Moja intuicja była chyba dobra, w sobotę Chlebowski powiedział, że na cmentarzu rozmawiał z Sobiesiakiem o jakichś sprawach związanych z Czorsztynem, dzisiaj dorzucił szczegóły. Jeśli Czorsztyn i wojna o władzę w jednej ze spółek, to musi chodzić o Zespół Elektrowni Wodnych, spółkę Skarbu Państwa, która po wyborach w całości padła łupem Platformy, na czym bardzo dobrze wyszedł przyjaciel ministra Grada, a być może jakieś nadzieje z nią wiązał także Sobiesiak, bo bardzo się zaangażował w sprawę, która teoretycznie nijak go nie dotyczy i nie ma powodu się w związku z nią szlajać po cmentarzach ze swoim niezbyt dobrym znajomym, który nic tylko wstręt czuje i spławia.

Czy Chlebowski rozmawiał z Sobiesiakiem o konflikcie w nowotarskiej Platformie, jaki miał miejsce pod koniec czerwca i zakończył się wystąpieniem z partii Lecha Janczego, kumpla Sobiesiaka i pełnomocnika zarządu ZEW ds. dzierżawy i wynajmu?

Tygodnik Podhalański: Trzęsienie ziemi w nowotarskiej Platformie Obywatelskiej - z członkostwa w zarządzie powiatowym partii zrezygnował Lech Janczy. Zarząd powiatowy przyjął dymisję wiceprzewodniczącego w ubiegłym tygodniu. Jan Smarduch, szef powiatowych struktur PO, nie ukrywa, że Janczy dostał „propozycję nie do odrzucenia”. – Gdyby sam nie zrezygnował, zostałby odwołany. Sam postawiłbym taki wniosek – zaznacza. Co poróżniło Janczego, wiceprzewodniczącego i szefa koła PO w Czorsztynie z powiatową wierchuszką? Konflikt narasta od dawna, jednak kroplą, która przelała czarę goryczy, był opisywany przez Tygodnik skok działaczy pienińskiego koła na stanowiska w Zespole Elektrowni Wodnych „Niedzica”.

Niewykluczone, to by tłumaczyło rozmowę Janczego z Sobiesiakiem, a potem Sobiesiaka z zakopiańsko-czorsztyńskim biznesmenem Andrzejem Stochem, na dwa dni przed wyprawą na cmentarz.

Rzeczpospolita: 29 sierpnia do Ryszarda Sobiesiaka dzwoni Andrzej Stoch, małopolski biznesmen. Stoch w rozmowie dotyczącej małopolskiej PO pyta o spotkanie Chlebowskiego z Drzewieckim i jego wyniki. Ryszard Sobiesiak: "W tym tygodniu mieli się spotkać. (...) Dzisiaj jest sobota, no to może dzisiaj wieczorem albo jutro rano zadzwonię do tego do domu i zapytam, co jest grane".

Być może Janczy po odejściu z hukiem z Platformy zaczął się bać o swój stołek w ZEW i za pośrednictwem Sobiesiaka szukał wsparcia Chlebowskiego, który miał o tym rozmawiać z Drzewieckim. Czorsztyńska spółka to świetny partner do interesów dla kogoś kto ma przełożenie na jej decydentów,  coś o tym może powiedzieć przyjaciel państwa Gradów, o którym  wspomniałam w poprzedniej notce. Zarówno Sobiesiak, jak i Stoch zarabiają na turystyce, a ZEW dzierżawi wyciągi w bardzo atrakcyjnym turystycznie miejscu. Nie tak dawno wydzierżawił jeden spółce, której nie mogę znaleźć w KRS-ie.

Ja wiem, że Sobiesiak lobbując za usunięciem dopłat z ustawy hazardowej troszczył się wyłącznie o budżet państwa i proponował rozwiązania dzięki którym on i jego koledzy będą mogli zasilać go większymi niż przy dopłatach kwotami, ale czysto hipotetycznie warto też rozważać inne scenariusze. Na przykład takie, że biznesmeni czasami uruchamiają polityków w swoim własnym interesie. Jaki interes chcieli ubijać w Czorsztynie i potrzebowali do tego Chlebowskiego, który, jak sam szczerze wyznaje "przez dwa lata mógł wszystko, miał nieograniczoną władzę"? Jedno jest pewne, związek Sobiesiaka z Platformą wykraczał poza relacje natrętnego petenta narzucającego się jednemu politykowi, w sprawie jednej ustawy.

Drugi w tak krótkim czasie wywiad Chlebowskiego jeszcze bardziej sprawia wrażenie ostrzeżenia pod adresem partyjnych kolegów. Chlebowski przestał się mazać i zaczyna  swojej partii przypominać, że sam co nieco wie, a jak będzie miał iść na dno, to może sobie przypomnieć. "Jest coś niemoralnego, że ktoś, kto nie potrafi rozliczyć się ze swojej kampanii wyborczej...", "Wiem tylko, że [Schetyna i Drzewiecki] znają się [z Sobiesiakiem] dużo dłużej niż ze mną", "[Sobiesiak] spotykał się z wieloma politykami, nie tylko ze mną, Drzewieckim czy Schetyną", "Oni [Szejnfeld i Drzewiecki] tworzyli dokumenty wewnątrz rządu, które spowalniały prace [nad ustawą]", "Uważam, że toczyły się jakieś gry w Ministerstwie Finansów". Kozioł ofiarny najwyraźniej nie chce polec sam, a ten utrzymany w bojowym tonie wywiad świadczy, że ma świadomość, że partia go skreśliła i nie ma już nic do stracenia - musi zagrać ostro. Jeśli tymi wywiadami uda mu się wymóc na kolegach lojalną obronę, to znaczy, że ma na nich mocniejsze karty, niż CBA na niego.

***

Ciekawą puentą dla obu wywiadów Chlebowskiego jest komentarz do nich Palikota.

Janusz Palikot: Jeśli Zbyszek nie rozumie, że mój wniosek o usunięcie go z partii uratował mu głowę, to naprawdę niech założy firmę pogrzebową z Sobiesiakiem i handluje trumnami, bo do polityki się nie nadaje.

Gdyby obciążony "aferą hazardową" Chlebowski odszedł z partii, byli koledzy pozwoliliby mu spokojnie funkcjonować na marginesie polityki, a jego sprawa byłaby wyciszana. Niestety, on się uparł i nie chce się dać amputować, więc partia będzie musiała go zniszczyć. Jak bardzo groźne dla Platformy jest dalsze funkcjonowanie w niej Chlebowskiego? Zaraz po wybuchu afery Palikot był dla Chlebowskiego bardzo wyrozumiały.

Janusz Palikot: To była niefrasobliwa, dupowata wypowiedz Chlebowskiego, który się popisuje bez żadnego realnego działania. Znam Chlebowskiego, to czysty człowiek. Szpanował, co wynikało ze słabości.

Janusz Palikot: To jest żenujące. Powinien sam zrezygnować z obecności w partii. To nie jest żaden problem, żeby to się stało. Poczekajmy jeszcze dwa tygodnie na decyzję w tej sprawie klubu. Jeśli tak będzie trzeba, mogę to zrobić.

Obie wypowiedzi dzieli ledwie trzy tygodnie ale coś jeszcze. W międzyczasie Platforma przejęła CBA i dostała wgląd we wszystko co zgromadzono w "aferze hazardowej". Może to tłumaczy dziwną woltę Palikota i gorączkowe próby pozbycia się kolegi, za którego czystość jeszcze niedawno osobiście ręczył.

Pomysł Platformy aby przed komisję śledczą wezwać prezydenta i pytać go o nieznaną nikomu sprawę sprzed 10 lat, świadczy o ogromnej desperacji dworu Tuska, i na pewno jej powodem nie jest fakt, że w partii trafił się jeden niefrasobliwy. Tusk panicznie się boi komisji, choć ma w niej większość, do tego kibiców w najważniejszych mediach i przewagę w sondażach. Ale z jakiegoś powodu czuje, że nawet to może nie wystarczyć. Pomysł z Kaczyńskim to objaw paniki. 
23:13, kataryna.kataryna , Afera hazardowa
Link Komentarze (22) »
niedziela, 01 listopada 2009
Sami swoi i nie ma mocnych - cd.
Wczorajszy wywiad z Chlebowskim nie wnosi wiele do naszej wiedzy o samej "aferze hazardowej", bo Chlebowski przyszedł zrealizować swój scenariusz "na Sawicką", a dziennikarze nie bardzo mu w tym przeszkadzali. Trzy fragmenty były jednak cenne. Jeden cytowałam w poprzednim wpisie, drugi sprowokowal mnie do odświeżenia sobie spraw czorsztyńskich, a trzeci to ten, gdzie Chlebowski mówi, że w propozycji Tuska jest to, o co jemu samemu chodziło w walce o ustawę hazardową.

Zbigniew Chlebowski: Mam jednak stenogram z tej konferencji [chodzi o konferencję prasową Chlebowskiego, na której tłumaczył się ze swojego zaangażowania w lobbing przy ustawie] i moja wersja pokrywa się z przyjętymi przez rząd założeniami do nowej ustawy hazardowej - zakaz wideoloterii, podniesienie podatków i walka z internetowym hazardem.


Podhale24.pl: Drugie dno podhalańskiego wątku
Tygodnik Podhalański: PO-ZEW
Newsweek: Dzierżawa dla kolegi ministra Grada
Rzeczpospolita: Spółka żony i kolegi ministra
Dziennik: 400 milionów za usługi firmy żony Grada
Dziennik Polski: Chmury nad imperium
Uchwała ws. pilotowanego przez Rosoła lokalu na Mickiewicza
15:45, kataryna.kataryna , Afera hazardowa
Link Komentarze (7) »
Sami swoi i nie ma mocnych

Polska: To co Pan chciał załatwić z nim na cmentarzu? (...) Przecież to sceneria jak z gangsterskiego filmu. (...) Zachowują się Panowie jak przestępcy: spotykacie się na cmentarzu, a informacje o spotkaniu przekazujecie sobie przez osoby trzecie. (...) O czym rozmawiał Pan z Sobiesiakiem na cmentarzu?

Zbigniew Chlebowski: Rozmawialiśmy o jakichś sprawach dotyczących Czorsztyna i konflikcie między PO a PiS. (...) Po tygodniu Sobiesiak zadzwonił do mnie z zupełnie innego numeru telefonu. Mówił dokładnie o tej samej sprawie co na spotkaniu na cmentarzu w Marcinowicach.

Rozmówców Chlebowskiego nie zainteresował wpleciony przez niego wątek "jakichś spraw dotyczących Czorsztyna", szkoda, bo odpowiedź mogłaby rzucić nowe światło na zakres interesów jaki Sobiesiak załatwiał z Chlebowskim, i skalę jego zaangażowania w  życie Platformy. Wywiad Chlebowskiego był zapewne autoryzowany przez jego prawnika i speców od PR-u, nic co się w nim pojawiło nie jest przypadkowe, także ten rzucony mimochodem Czorsztyn. 

Dziennikarze zignorowali podrzucony im przez Chlebowskiego temat Czorsztyna, uznając, że to zmyłka, a jedyne co powinno ich interesować w relacjach Sobiesiak-Chlebowski, to ustawa hazardowa. Tymczasem może się okazać, że to co pominęli, jest równie ciekawe. Nie wiem jeszcze co to może być, ale niewykluczone, że mają z tym związek dwie inne znane ze stenogramów rozmowy Sobiesiaka, zarejestrowane na kilka dni przed spacerem na cmentarz.

***

26 sierpnia Ryszard Sobiesiak dzwoni do Lecha Janczy, małopolskiego działacza PO, w sprawie niezwiązanej z ustawą o grach losowych.

Ryszard Sobiesiak: Ja mam teraz zakaz dzwonienia, bo tam jakieś sprawy załatwialiśmy i nie chcę dzwonić, żeby nas k... nie kojarzyli.

29 sierpnia do Ryszarda Sobiesiaka dzwoni Andrzej Stoch, małopolski biznesmen. Stoch w rozmowie dotyczącej małopolskiej PO pyta o spotkanie Chlebowskiego z Drzewieckim i jego wyniki.

Ryszard Sobiesiak: W tym tygodniu mieli się spotkać. (...) Dzisiaj jest sobota, no to może dzisiaj wieczorem albo jutro rano zadzwonię do tego do domu i zapytam, co jest grane.

***

Najwyraźniej Sobiesiak zgodnie z obietnicą zadzwonił zapytać "co jest grane" i co wynikło z rozmów Chlebowskiego z Drzewieckim w sprawie, którą interesował się Stoch (a być może też wcześniej Janczy) i umówili się na spotkanie na cmentarzu w celu spokojnego omówienia sprawy. Gdyby chodziło o Czorsztyn, to faktycznie splatają się tam interesy wielu wpływowych osób, w tym Janczego, Stocha i Sobiesiaka, a wszystko powiązane jest ściśle z lokalną Platformą. Nie siedzę w temacie, i nie zamierzam się wgryzać, więc tylko wrzucę kilka głośnych niedawno spraw, które zdają się mieć wspólny punkt zaczepienia, a razem układają się w bardzo ponury obraz, którego mottem może być inny cytat z Chlebowskiego, o tym, że wpływowy partyjny działacz jak chce, to może w Polsce wszystko.

Portal Podhale24.pl: Zarówno Stoch jak i Janczy tłumacząc się z tych kontaktów potwierdzili, że znają Sobiesiaka, ale ta znajomość na charakter towarzyski. (...)  Te znajomości nie mają charakteru wyłącznie towarzyskiego - twierdzi tymczasem poseł PiS z Raby Wyżnej Edward Siarka. - To nie są przypadkowe kontakty - tak wyjaśnia fakt, że biznesmen dzwonił do Janczego i Stocha. - Tak na dobrą sprawę chodzi o tereny wokół Jeziora Czorsztyńskiego. Nie jest tajemnicą, że Sobiesiak mocno działa w branży turystyczno-rekreacyjnej i jest zainteresowany takimi terenami jak te wokół jeziora. Za przykład tego, że jest w tym wiele prawdy, służą fakty, że Stoch i Janczy są albo interesami, albo swoją pracą związani z jeziorem i terenami wokół jeziora. Stoch jest byłym właścicielem Osady Turystycznej Czorsztyn - terenu nad jeziorem z kompleksem zabytkowych budynków (przekazał ją córce), którą kupił od gminy Czorszyn i właścicielem terenów nad jeziorem. Janczy jest z kolei byłym wicewójtem gminy Czorsztyn i to za czasów jego władzy w gminie sprzedano udziały OT Stochowi. Obecnie zaś Lech Janczy jest pełnomocnikiem zarządu Zbiorników Elektrowni Wodnych Czorsztyn Niedzica ds. dzierżawy i wynajmów.

Tygodnik Podhalański: Zespół Elektrowni Wodnych Niedzica – łup wyborczy Platformy Obywatelskiej. Działacze partii Tuska wzięli wszystkie kluczowe stanowiska w państwowej spółce. Jaki klucz partyjny? Skąd te przypuszczenia? (...) – obrusza się Grzegorz Podlewski, od niespełna roku prezes Zespołu Elektrowni Wodnych Niedzica – wartej ponad 220 milionów złotych spółki skarbu państwa, a od niedawna – ochronki dla wierchuszki pienińskich działaczy Platformy Obywatelskiej. (...) Osoby związane z ZEW nie mają wątpliwości, że prezes został przysłany w Pieniny z partyjnego nadania. – Jeszcze zanim został ogłoszony konkurs, jeden z dobrze rozstawionych w PO kierowników rozpowiadał w firmie, że szefem będzie człowiek ze Śląska. (...) Od wielu miesięcy w ZEW krążyły pogłoski, że kolejnym „pewniakiem” do objęcia wysokiego stanowiska w spółce jest również szef pienińskich struktur PO, były wójt Czorsztyna, Lech Janczy. Domysły ziściły się w ubiegłym tygodniu, kiedy to lider partyjny odebrał nominację na pełnomocnika zarządu do spraw „dzierżawy i wynajmów”. (...) Zespół Zbiorników Wodnych Niedzica SA – spółka skarbu państwa (...) Spółka prowadzi zakrojoną szeroko działalność turystyczną. Do ZEW należy zespół wyciągów narciarskich Polana Sosny w Niedzicy, a także szereg hoteli, pensjonatów, restauracji i miejsc biwakowych, położonych na atrakcyjnych działkach wokół Zbiornika Czorsztyńskiego.

Newsweek: Spółka związana z przyjacielem ministra Aleksandra Grada dostała w dzierżawę atrakcyjny obiekt sportowy na Podhalu. A dostała go od skarbu państwa, którym zawiaduje Aleksander Grad. Podlegająca Gradowi spółka Zespół Elektrowni Wodnych (ZEW) zarządza słynnym zalewem czorsztyńskim. To jedno z najbardziej malowniczych miejsc w Polsce, a zarazem rentowna firma energetyczna. Gdy po wyborach rozpoczęło się przejmowanie spółki przez ludzi Platformy, prezesem został Grzegorz Podlewski, szef koła PO w Tychach. Czemu? W rozmowie z „Newsweekiem” minister Grad stwierdził, że zależało mu, by prezesem ZEW był ktoś spoza „układów podhalańskich”. Padło na swego — okazuje się, że Podlewski był kiedyś pełnomocnikiem spółki Agemark, której głównym udziałowcem jest Niemiec Paul Rogler. O tej firmie było ostatno głośno — jest ona właścicielem podkrakowskiej willi, w której za darmo mieszka rzecznik rządu Paweł Graś. Podlewski szybko wziął się do pracy. Część majątku ZEW wynajął firmie związanej z przyjacielem ministra Grada. Otóż do ZEW — obok tamy — należą także malowniczo położone tereny turystyczne. Jest tam m.in. oświetlony stok narciarski z wyciągami. Przez ostatnie lata wyciąg obsługiwała spółka dwóch pracowników ZEW. Prezes Podlewski podjął jednak decyzję o wydzierżawieniu wyciągów firmie Czorsztyn-ski, której wieloletnim udziałowcem i członkiem rady nadzorczej był Franciszek Gryboś, bliski kolega Grada od czasu studiów. Gryboś to także główny biznesowy partner rodziny Gradów. Jest udziałowcem i prezesem potężnej firmy geodezyjnej MGGP, w której udziały ma równocześnie żona ministra — Małgorzata Grad. (...) Gryboś zakładał MGGP wraz z Gradem. Minister przepisał udziały na źonę w 1997 r., kiedy zajął się polityką. Jednak jeszcze do 2002 roku Grad był przewodniczącym rady nadzorczej MGGP. A członkiem tej rady był jego syn Paweł.Jak ustalił „Newsweek” Gryboś i inni szefowie MGGP to główni sponsorzy kampanii wyborczych Aleksandra Grada. W 2005 r. wpłacili na jego kampanię 80 tys. zł (z czego 20 tys. złotych Małgorzata Grad). W roku 2007, kiedy limity wpłat były mniejsze, datki wyborcze od ludzi MGGP sięgnęły 42 tys. zł (w tym od żony — 14 tys. zł). Wpłaty od darczyńców spoza MGGP były sporadyczne.

Rzeczpospolita: Firma geodezyjno-projektowa MGGP wygrywa przetargi organizowane przez agencje rządowe i spółki Skarbu Państwa. Udziały w niej mają żona Aleksandra Grada i jego kolega. (...) Dominują kontrakty podpisane z państwowymi agencjami i urzędami centralnymi oraz spółkami Skarbu Państwa (...) MGGP realizuje też duże kontrakty dla samorządów. (...) Prezes spółki MGGP Franciszek Gryboś zaprzyjaźnił się z Aleksandrem Gradem jeszcze podczas studiów na krakowskiej AGH. (...) Media sugerowały, że dynamiczny rozwój spółka zawdzięczała ówczesnemu posłowi Aleksandrowi Gradowi. MGGP zarzucano m.in., że wygrywa przetargi organizowane przez ARiMR, gdy Grad był szefem sejmowej podkomisji monitorującej wdrażanie dla ARiMR Zintegrowanego Systemu Zarządzania i Kontroli (IACS). (...) W ostatnich dwóch latach tylko z oddziałami Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad w Łodzi, Krakowie, Rzeszowie i Warszawie MGGP podpisała 11 kontraktów o wartości ponad 50 mln zł. (...) MGGP jest też jednym z głównych wykonawców dla ARMiR na kontrolę gospodarstw rolnych, które korzystają z unijnych dopłat. W 2007 r. spółka za kontrolę w województwach małopolskim i łódzkim dostała ponad 5,5 mln zł.

Dziennik: Spółka MGGP - której udziałowcem był Aleksander Grad, a teraz jest jego żona - ma milionowe kontrakty od państwa, m.in. na wykonywanie map lotniczych. Z powodu nieprawidłowości przy wykorzystaniu tych map do rozdzielania unijnych dopłat, Unia nałożyła na Polskę 400 milionów złotych kary - pisze "Najwyższy Czas". Polska musi zapłacić 400 milionów złotych kary za to, że źle przygotowała mapki lotnicze do wniosków o dopłaty rolne. Okazuje się, że najwięcej nieprawidłowości było tam, gdzie zdjęcia wykonywała spółka MGGP, założona przez Aleksandra Grada - pisze tygodnik. Spółka MGGP zarobiła 11 milionów złotych na wykonaniu map lotniczych. Okazało się jednak, że są one nieprawidłowe, dlatego Unia ukarała Polskę. Choć resort rolnictwa zapowiedział, że Polska odwoła się od wyroku, to małe są szanse na wygranie. Według Unii najwięcej nieprawidłowości zanotowano w Małopolsce i województwie łódzkim. Tam, gdzie według "Najwyższego Czasu" działała MGGP.

***

Przepraszam, trochę odbiegłam od tematu Sobiesiaka, ale włączył mi się ciąg skojarzeń, zresztą może nie tak całkiem bez sensu. Niech to będzie uzupełnienie poprzedniej notki o wszechmocy partii, niby to wszystko wiemy, ale zestawione razem daje ponury obraz.

Nie wiem o jakich czorsztyńskich sprawach mógł rozmawiać Chlebowski z Sobiesiakiem, nie rozumiem też dlaczego wrzucił w swój pierwszy wywiad po wybuchu afery nowy wątek, który może sprowokować niepotrzebne węszenie wokół i tak już zagrożonych wspólnych interesów. A przecież, jako się rzekło, wywiad był z pewnością autoryzowany, więc gdyby się Chlebowskiemu spontanicznie wyrwało co było przedmiotem tajnych podaguch z Sobiesiakiem, miał okazję to wyciąć, tym bardziej, że dziennikarze nie wyrazili żadnego zainteresowania tematem (przez chwilę się nawet zastanawiałam, czy Czorsztyn nie został wręcz dopisany w autoryzacji i stąd całkowity brak reakcji dziennikarzy). Może to jakiś mesydż Chlebowskiego do kolegów. Bo czy mogą ryzykować porzucenie kolegi, któremu mogłoby się zebrać na większą szczerość w sprawie rozmaitych czorsztyńskich interesów i interesików? Zacytowałam tylko kilka znanych spraw, które szczęśliwie nigdy nie wzbudziły większego zainteresowania, ale odpowiednio nagłośnione i pospinane ze sobą mogłyby ułożyć się w obraz nawet dla wiernych wyborców nieciekawy.

Kończę zanim sama uwierzę w scenariusze jakie prowokuje dziwny charakter rozmów i spotkań Chlenowskiego. Trudno jednak nie zauważyć, że Sobiesiak był obecny w życiu Platformy w dużo większym stopniu niż tylko jako natrętny i konsekwentnie spławiany interesant w sprawie jednej ustawy. Dużo o Platformie wiedział, chętnie z nim o niej rozmawiano, w ogóle był bardzo zaopiekowany, jak na przelotną, nieistotną i wstydliwą znajomość. A to Drzewieckiemu kije podrzucił i przy okazji lokalizację "orlika" skonsultował, a to Rosołowi zlecał pilotowanie lokalnej sprawy pozwolenia na salon gier na Żoliborzu, a to szefa klubu parlamentarnego partii rządzącej wtajemniczał w szczegóły swoich problemów z koncesją, o omawianiu ustawy hazardowej nie wspominając. A wkrótce okaże się pewnie, że miał też interesy w opanowanym przez Platformę Czorsztynie.
15:44, kataryna.kataryna , Afera hazardowa
Link Komentarze (3) »
sobota, 31 października 2009
Partia silniejsza niż państwo

Zbigniew Chlebowski: Naprawdę nie wiem, co mogłem Sobiesiakowi wyprostować. Mam zresztą na to dowód: w spółce, w której udziały ma córka Sobiesiaka, Golden Play, w lipcu 2008 roku zmieniony został statut. Dlatego minister finansów odmówił przedłużenia jej zezwolenia na prowadzenie salonu gier na automaty, chociaż miał taki obowiązek. Spółka odwołała się do wojewódzkiego sądu administracyjnego i po siedmiu miesiącach sąd nakazał ministrowi wydanie zezwolenia. Czy myślicie, że przy mojej pozycji w Platformie, przy tym, że jestem szefem komisji finansów, gdybym był lobbystą, nie mógłbym tego załatwić? Sobiesiak musiałby czekać aż siedem miesięcy? Bzdura.

Polska: Skoro toczyło się postępowanie administracyjne, nie mógł Pan nic załatwić.

Zbigniew Chlebowski: Nie żartujcie. To dam inny przykład, dotyczący Jana Koska. W 2008 roku Ministerstwo Finansów zorganizowało konkurs na prowadzenie salonu gier w Warszawie. Wygrała firma Koska z Krakowa. Co zrobił minister finansów? Unieważnił ten konkurs i ogłosił nowy, w którym wygrała zupełnie inna firma. Przecież przy moich możliwościach mógłbym wywierać na kogoś naciski.

Ten fragment obficie podlanego łzami wywiadu Zbigniewa Chlebowskiego jest świetnym uzupełnieniem tego wszystkiego czego przez ostatnie tygodnie dowiedzieliśmy się o kondycji naszego  państwa. Przewodniczący klubu parlamentarnego partii rządzącej bez cienia zażenowania mówi dziennikarzom, że gdyby tylko chciał, mógłby interweniować w dowolnej sprawie, nawet mimo toczącego się postępowania administracyjnego, i według uznania odwracać niekorzystne dla "Ryśka" decyzje na różnych, teoretycznie przejrzystych i regulowanych prawem, etapach procesu koncesyjnego. I pewnie wie co mówi, bo już to testował, albo testowali koledzy. Nie ma powodu by mu nie wierzyć, zwłaszcza, że od kilku tygodni wszystko potwierdza, że państwo z jego prawem, instytucjami i procedurami, to w dużej mierze iluzja. Bo i tak zawsze przegrywa z wolą partii rządzącej, czego w "aferze hazardowej" mieliśmy tyle przykładów, że mówienie o kryzysie państwa jest całkowicie uzasadnione. Bo nic w nim nie działa tak jak powinno.

Prawo i procedury

Ustawa o działalności lobbingowej w procesie stanowienia prawa zawiera cały rozdział pt. "Zasady jawności działalności lobbingowej w procesie stanowienia prawa", regulujący zasady tworzenia prawa w sposób zapewniający przejrzystość procesu. Zgodnie z ustawą zatem, Rada Ministrów musi opracowywać półroczne plany prac legislacyjnych, ogłaszać je w Biuletynie Informacji Publicznej, a potem zamieszczać w nim wszystkie dokumenty dotyczące danego projektu, tak aby każdy zainteresowany mógł na bieżąco śledzić jak wygląda stan prac nad ustawą.

W praktyce okazało się jednak, że można bez żadnego uzasadnienia, jedną rzuconą w  jakiejś rozmowie decyzją, unieważnić cały proces legislacyjny i zacząć pisać ustawę od nowa, według całkiem odmiennych założeń, utrzymując to przez kilka miesięcy w tajemnicy nie tylko przed opinią publiczną i wszystkimi podmiotami, które wzięły udział w konsultacjach społecznych skrycie uśmierconej ustawy, ale nawet przed własnymi kolegami z rządu i partii. W poprzedniej notce przedstawiłam wybór cytatów z najbardziej prominentnych członków partii i rządu, świadczących, że do samego końca nie mieli oni bladego pojęcia o losach ustawy. W Biuletynie Informacji Publicznej Ministerstwa Finansów do dzisiaj nie ma żadnego dokumentu oficjalnie zamykającego prace nad starą ustawą, choć od kilku dni wiszą już założenia nowej. Żadnych reguł, żadnej przejrzystości. Z nową ustawą będzie jeszcze śmieszniej bo narzucony przez rząd pilny tryb wymusi ominięcie jeszcze większej ilości niewygodnych procedur, które w założeniu mają gwarantować przejrzystość procesu legislacyjnego.

Ustawa  o dostępie do informacji publicznej i gwarantowane nią prawo obywatela do informacji okazało się być w dużej mierze fikcją. Nie tylko dlatego, że - jak widać z losów ustawy hazardowej - nikt się nie przejmuje ustawowym obowiązkiem udostępniania informacji o zamierzeniach i działaniach władzy. Dużo ciekawsze są bowiem losy wniosku o udzielenie informacji publicznej skierowanego przez Antykorupcyjną Koalicję Organizacji Pozarządowych w sprawie "tarczy antykorupcyjnej". Okazuje się, że grupa szacownych organizacji pozarządowych może przez wiele miesięcy odbijać się od ściany prosząc o należną jej jak psu zupa informację publiczną, może sobie nawet zaskarżać premiera do sądu, a i tak nic nie ugra. Wystarczy jednak nagłośnienie sprawy przez dziennikarzy i zadanie premierowi kilku pytań, aby okazało się, że dokumenty, które przez wiele miesięcy były tajne i nie do pokazania, w jednej chwili stają się jawne. Zagwarantowane w ustawie prawo obywatela do informacji okazało się być prawem martwym, do czasu kiedy rząd został zmuszony dziennikarskimi pytaniami do ratowania twarzy.

Ustawa o Centralnym Biurze Antykorupcyjnym to kolejna ustawa, która przegrała z wolą partii. Zgodnie z ustawą, za którą głosowała także Platforma, Szefa CBA można odwołać tylko w siedmiu przypadkach, z których Tusk mógł wykorzystać tylko jeden, mianowicie ten, że Szef CBA "wykazuje nieskazitelną postawę moralną, obywatelską i patriotyczną". To przepis worek, wszystko tu jest względne, na upartego można odwołanie uzasadniać nawet tym, że Szef CBA jest rozwodnikiem a rozwody są niemoralne. Ale premierowi nawet tak dętego pretekstu się nie chciało szukać i we wniosku do prezydenta o wyrażenie opinii nie podał żadnego uzasadnienia. A na samą opinię nie czekał, uznając, że "zasięgnięcie opinii" oznacza samo zadanie pytania, bez czekania na odpowiedź. To co Tusk zrobił odwołując Kamińskiego to klasyczne "nie mamy pana płaszcza i co pan nam zrobi", nawet prorządowi dziennikarze wiedzieli, że to zemsta a nie merytoryczna  decyzja, ale jedyne co ich martwiło to to, jak wpłynie ona na wizerunek premiera. A wśród tych, którzy premiera za tę decyzję krytykowali, przeważali ci, którzy uważali, że zrobił źle bo odwołał dwa lata za późno. Choć w 2007 nie było przecież nawet tak dętego pretekstu jakim premier posłużył się teraz. Ale w takiej sprawie, gdy ważą się losy kolejnych potencjalnych uczciwych ofiar pułapek Kamińskiego, nie czas na rozterki czy prawo pozwala.

Kadry

Do tego, że w prokuraturze zawsze znajdzie się ktoś, kto przerażony perspektywą zesłania do Gołdapii, obstaluje dowolny akt oskarżenia na życzenie władzy już żeśmy się przyzwyczaili. Naciągane, zarzuty wobec Kamińskiego nikogo więc nie dziwią, dwa lata zajęło prokuratorom klecenie zarzutów, w sprawie, w której wszystkie dowody od zawsze były a czynów nikt się nie wypierał. Jedynym problemem było uzasadnienie ich nielegalności i to zajęło aż dwa lata, i stało się możliwe dopiero po burzy mózgów z szefostwem w Warszawie, kiedy zrobiło się gorąco i trzeba było na gwałt montować linię obrony przed nieuchronnym wybuchem "afery hazardowej". A jedyną jaką znaleziono było zwalenie wszystkiego na Kamińskiego (do dzisiaj nie ma żadnej spójnej narracji na temat tego co się stało). Nic nie słychać  natomiast o działaniach prokuratury w sprawie samej '"afery", żadnych przesłuchań, żadnych komunikatów, mam wrażenie, że w tej sprawie nic się nie dzieje. Ale też nikt nie dopytuje.

Prawdziwym odkryciem ostatnich tygodni jest jednak następca Kamińskiego, Paweł Wojtunik, który już w pierwszych dniach urzędowania udowadnia, że partia postawiła na właściwego człowieka. Tu gdzie interes partii kłóci się z interesem kierowanej przez niego instytucji, wybiera interes partii. Platforma postanowiła się bronić, atakując Mariusza Kamińskiego, kolejni ministrowie wyciągają mniej lub bardziej błahe kwity, a pozbawiony dostępu do dokumentów CBA Kamiński nie ma żadnej możliwości obrony, nie tylko swojego dobrego imienia, do czego - choć wyklęty - też ma prawo, ale przede wszystkim dobrego imienia kierowanej przez siebie, a obecnie przez Wojtunika, instytucji. Wojtunik ma prawo zakazać swoim podwładnym występów publicznych, ale całkowite milczenie gdy nie tylko media, ale także rząd, niszczą reputację jego instytucji jest zwyczajnie nielojalne wobec niej, i wobec pracujących dla niego ludzi. Przez ten cały czas, kiedy odbywa się medialny lincz na Kamińskim, o agencie Tomku nie wspominając, Wojtunik nie zrobił nic, aby wyjaśnić zarzuty wobec swoich podwładnych, choć wie, że sami nie mogą się bronić. Kamiński, bo nie ma dostępu do dokumentów, a agent Tomek, bo jest agentem ciągle jeszcze teoretycznie tajnym i trudno sobie wyobrazić, że nagle zjawi się w "Teraz My" ze swoją narracją. Nowy Szef CBA pozwala mieszać z błotem kierowaną przez siebie instytucję i pracujących w niej ludzi, tylko dlatego, że taki jest obecnie interes partii rządzącej. Czy ktoś kto zaczyna jako bierny świadek rozwalania reputacji swojej instytucji, którego jedyną interwencją była próba zakneblowania swojego pracownika, który tej reputacji chciał bronić, może w ogóle zaszkodzić władzy?

Standardy

"Afera hazardowa" to bardzo dziwny proces legislacyjny, to także nielegalny lobbing na rzecz branży hazardowej, ostatecznie zakończony utrąceniem niewygodnej dla niej ustawy. To także działanie na szkodę spółki Skarbu Państwa, poprzez próbę obsadzenia kierowniczego stanowiska w niej osobą oddelegowaną tam przez konkurencję, do czego niezbędna była - świadoma lub nie - współpraca Ministerstwa Skarbu Państwa, oraz całkiem jawna wspólpraca asystenta ministra Drzewieckiego. To także krętactwa innych ważnych osób, Grzegorz Schetyna został przyłapany na kłamstwie w sprawie spotkania z Sobiesiakiem, inne osoby kręcą w sprawie kalendarium prac nad nową ustawą, jeszcze inne "tylko" usprawiedliwiają umoczonych lub oskarżają Kamińskiego. Z długiej listy osób, które naprawdę mają się z czego tłumaczyć, prawie żadna nie poniosła poważnej kary. Mirosław Drzewiecki - jego "prośba o dymisję" została uwzględniona, ale wcale nie dlatego, że zrobił coś złego, tylko dlatego, że źle wypadł na konferencji prasowej. Marcin Rosół - ponieważ w porę uciekł z konferencji prasowej więc nie miał okazji źle wypaść, nie spotkała go żadna kara, choć jego udział w ustawianiu córki Sobiesiaka jest świetnie udokumentowany a on sam nawet nie próbuje się go wypierać. Adam Szejnfeld - również "poprosił o dymisję" i jego kłopoty się na tym skończyły, nawet się tłumaczyć nie musi.

Zupełnie inaczej potoczyły się losy tych, którzy się do ich niezasłużonych kłopotów przyczynili. Mariusz Kamiński jest tego najlepszym przykładem. Niestety, mimo intensywnych poszukiwań nie udało się wygrzebać sprawy sprzed 10 lat, w której wjechał w wyjeżdżający na niego na czerwonym świetle samochód, którego pasażerka zapomniała zapiąć pasy, wyleciała przez szybę i zginęła na miejscu. Takie szczęście Platforma miała tylko w stosunku do agenta Tomka, który okazał się być nie tylko prowokatorem wykorzystującym naiwność zakochanych w nim kobiet ("Kurwa mać, tyle mam układów teraz wypracowanych i to wszystko w łeb weźmie, bo nie problem byłby, gdybyśmy my wzięli władzę", "W politykę się nie musicie mieszać, tylko kasę dajcie", "chciałabym to doprowadzić do końca, jeżeli coś z tego mielibyśmy oboje albo ty. Ale jeżeli jest tylko za friko, to to pieprzę" - to fragmenty miłosnych wyznań jednej z jego skrzywdzonych ofiar), ale także mordercą.

Te standardy partii rządzącej podziela większość komentatorów i dziennikarzy, nikt nikogo nie wzywa do odejścia z polityki, nikt nie żąda głów, nikt nawet nie stawia naprawdę trudnych pytań. Media skutecznie stworzyły alternatywną rzeczywistość, w której "afera hazardowa" to tylko nieeleganckie rozmowy Chlebowskiego, a "afera stoczniowa" to po prostu nadludzki wysiłek urzędników próbujących uratować miejsca pracy dla stoczniowców. A ponieważ włożyły tyle wysiłku w przekonywanie nas, że tak właśnie jest, wbrew faktom i zdrowemu rozsądkowi, a przede wszystkim wbrew swojej kontrolnej roli bardzo trudno będzie im teraz zmienić zdanie i zobaczyć w obu aferach coś więcej. Wielu dziennikarzy na ochotnika znalazło się z władzą na jednym wózku, uzależniając swoją reputację i wiarygodność od jej losów. Bo jeśli okaże się, że "afera stoczniowa" jednak była, to na kogo wyjdzie Maziarski czy Fąfara? Dziennikarze, którzy z góry rozgrzeszyli władzę będą teraz walczyć o  jej tyłek, bo walczą przy tym o swoją twarz.

Nie rozumiem więc łez Chlebowskiego, nic mu nie grozi bo przecież nic się nie stało. Trzeba tylko jeszcze trochę poczekać, aż wszyscy to zrozumieją. Albo przynajmniej znudzą się powtarzaniem, że może jednak coś było. Państwo okazało się słabsze od partii, a władza przekonała się, że nie ma nad sobą żadnej kontroli. Obecna władza okazała się silniejsza od państwa i jego procedur. Jedynym co ją ogranicza są wewnętrzne standardy, a te jakie są, właśnie się przekonujemy. Chlebowski wie to lepiej niż ja, niech się więc nie maże bo nic mu ze strony partii nie grozi, a cała reszta mu może skoczyć. Twarz co prawda stracił, ale na co ona komu w polityce?
16:29, kataryna.kataryna , Afera hazardowa
Link Komentarze (18) »
piątek, 30 października 2009
Jaka "słynna rozmowa Chlebowskiego"?

Michał Boni: I rozmowa u pana premiera 30 lipca była rozmową z jednej strony w kontekście budżetu, z drugiej strony w kontekście tego pytania moralnego, społecznego. Stąd te dwa wątki: jak pogodzić w nowych rozwiązaniach to co jest jakąś potrzebą budżetu, a z drugiej strony zrealizować - i to na pierwszym miejscu - to co ograniczałoby negatywne skutki tak rozrośniętego hazardu.

Jacek Żakowski: Czyli to było wcześniejsze niż słynna rozmowa pana Chlebowskiego?

Michał Boni: Tak, to było wcześniejsze.

Zgłupiałam. Jaka "słynna rozmowa Chlebowskiego" na temat ustawy miała miejsce po 30 lipca? Wydaje mi się, że uważnie śledzę "aferę hazardową", ale nie kojarzę żadnej rozmowy Chlebowskiego, która miała miejsce po 30 lipca, i - co wynika z kontekstu tego wywiadu - dotyczyła bezpośrednio ustawy hazardowej. Czyżby miało się potwierdzić moje przeczucie, że data 30 lipca została dorzucona do kalendarium po to, żeby decyzja o rezygnacji z dopłat znalazła się w nim przed jakąś rozmową, której uczestników i treści jeszcze nie poznaliśmy? Ten fragment dzisiejszego wywiadu Żakowskiego z Bonim jest bardzo intrygujący, bo ostatnie znane nam "słynne rozmowy Chlebowskiego" są chyba z maja. Trzeba by zapytać Jacka Żakowskiego jaką późniejszą niż 30 lipca "słynną rozmowę Chlebowskiego" miał na myśli, Boni go chyba zrozumiał, ja nie bardzo.

Przejrzałam sobie agendy wszystkich posiedzeń Rady Ministrów po 14 lipca, wygląda na to, że ustawa hazardowa nie była tematem aż do 6 października, kiedy minister Boni relacjonował kolegom kalendarium prac. I tak się zastanawiam, czy i kiedy premier poinformował kolegów z rządu o zawieszeniu ustawy, i pisaniu jej całkiem od nowa, według radykalnie innych założeń. Wygląda na to, że do końca ukrywał swoją decyzję nie tylko przed nami, ale także przed najbliższymi współpracownikami.

14 sierpnia o decyzji premiera nie wiedział chyba jeszcze Mariusz Kamiński, odpowiedzialny za walkę z koprupcją, choć przyszedł do premiera rozmawiać o zagrożonym procesie legislacyjnym nad tą właśnie ustawą. Czy to nie był dobry moment, żeby mu napomknąć o planach zmian, które podobno już wtedy miały realny kształt, a ustawa, którą Kamiński chciał wspólnie z premierem chronić była już dawno w koszu?

26 sierpnia o decyzji premiera nie wiedział chyba jeszcze nawet sam premier, w każdym razie nie poruszył tego tematu w czasie spotkania z Kapicą, które przebiega tak, jakby rozmawiali o ciągle jeszcze aktualnym projekcie. Premier zadaje Kapicy pytania o nieaktualną podobno ustawę i dopłaty w czasie teraźniejszym, nie pada ani jedno słowo na temat tego, że rozmowa dotyczy już trupa ustawy.

27 sierpnia o decyzji premiera nie wiedział chyba jeszcze Jacek Kapica, który przygotowując tego dnia notatkę dla premiera prezentującą "Harmonogram procedowania nad projektem ustawy o grach losowych i zakładach wzajemnych" kończy swoje kalendarium wpisem o piśmie Adama Szejnfelda z 31 lipca, choć przecież powinien dodać jeszcze dwie daty - tę kiedy rozmawiał z ministrem Bonim o zmianie planów, no i tę kiedy dostał od premiera bezpośrednie polecenie wyrzucenia starej ustawy i szybkiej pracy nad nową.

2 września o decyzji premiera nie wiedział chyba jeszcze Minister Sportu Mirosław Drzewiecki, skoro nieświadomy rewolucyjnych zmian w koncepcji pisał do Kapicy pismo w sprawie przywrócenia dopłat do ustawy, która od miesiąca była już historią.

30 września o decyzji premiera nie wiedział chyba jeszcze rzecznik przygotowującego od dwóch miesięcy nową ustawę Jacka Kapicy Witold Lisicki. Gdyby wiedział, nie powiedziałby dziennikarzom "Projekt ustawy jest znany od wiosny 2008 r. i wszystko pod względem legislacyjnym jest klarowne i czytelne".

1 października o decyzji premiera nie wiedział chyba jeszcze nawet Wiceminister Finansów Jacek Kapica, co jest o tyle zaskakujące, że  - jak się miało wkrótce okazać - osobiście od ponad miesiąca tę decyzję w pocie czoła realizował. Tymczasem zapytany przez TVN24 o ustawę zaraz po wybuchu "afery" mówił "Ministerstwo Finansów na żadnym etapie nie odstąpiło od wprowadzenia dopłat do gier. Ostatni projekt tej ustawy z moją akceptacją, wiszący na stronie internetowej Ministerstwa Finansów zawiera te dopłaty. Porównywanie tej sprawy do afery Rywina, to jest hucpa polityczna, bo w tamtym przypadku doszło do zmiany przepisów, a w tym nie doszło i to jest diametralna różnica". Tymczasem w chwili gdy wypowiadał te słowa, od ponad miesiąca (w wersji Cichockiego) lub dwóch (w wersji Boniego) pisał już całkiem nową ustawę.

6 października o decyzji premiera nie wiedział chyba nawet rzecznik rządu Paweł Graś, który przekonywał w wywiadzie, że po spotkaniu z Kamińskim Tusk skutecznie zabezpieczył proces legislacyjny, ten sam proces, który - jak się dzisiaj okazuje - dwa premier przerwał na dwa tygodnie zanim go zaczął zaalarmowany przez Kamińskiego zabezpieczać. "Pan premier podejmuje skuteczne działania, które prowadzą do ochrony procesu legislacyjnego i w efekcie - to jest najważniejsze i o tym należy przede wszystkim pamiętać - żadne zmiany do ustawy nie zostają wprowadzone, takie które byłyby niekorzystne dla państwa".

8 października szef klubu Platformy Grzegorz Schetyna jest przekonany, że wkrótce pod obrady Rady Ministrów trafi ustawa, która ma początki jeszcze w czasach PiSu, czyżby i on do tej pory nie usłyszał o nowej, całkiem zmienionej, autorskiej ustawie Donalda Tuska? "Także ustawę, którą PiS przygotował, a która teraz jest procedowana przez ministerstwo i przygotowywana na Radę Ministrów, też ma swoją bardzo  burzliwą historię z udziałem największych polityków PiS-u".

23 października o tym co 30 lipca postanowił premier, a od tamtego czasu wypracowywał Kapica, ciągle nie wiedział chyba były wicepremier, szef klubu Platformy Grzegorz Schetyna, przekonujący w wywiadzie, że żadnej zmiany ustawy za Platformy nie było, zmieniał tylko SLD i PiS. "Bo chcę powiedzieć jeszcze raz: tu afery hazardowej żadnej nie ma, dlatego że nie było żadnej zmiany prawa, nie było żadnego konkretu. Konkretne prawo, ustawy zmieniali posłowie SLD i posłowie PiS-u. Tu dzisiaj jesteśmy na etapie uzgodnień międzyresortowych, jak ma wyglądać nowa ustawa, której jeszcze nie było i nie ma. Zmiany nastąpiły wcześniej".
17:30, kataryna.kataryna , Afera hazardowa
Link Komentarze (11) »
Przybyłowicz ostrzegł Tuska


Pod poprzednim wpisem ktoś przypomniał (dziękuję!) o liście jaki 14 lipca 2009 Marek Przybyłowicz wysłał do premiera. Nie zwróciłam wcześniej na ten list uwagi, wiedziałam, że jest i że jest w nim wzmianka o piśmie Drzewieckiego wycofującym się z dopłat. Teraz przyjrzałam mu się bliżej, i okazuje się, że jest o wiele ciekawiej niż myślałam.

W "Teraz My" zobaczyliśmy tylko jedną stronę tego listu, a cytowany był tylko fragment dotyczący pisma Drzewieckiego. Tymczasem jak się wczytać w pełną treść tej jednej strony, widać wyraźnie, że list Przybyłowicza wcale nie dotyczył tylko wycofania dopłat, ale zwracał uwagę także na inne elementy "projektu", w tym ten całkowicie ignorowany przez media, czyli wątek córki Sobiesiaka. Mam nadzieję, że docenicie moje poświęcenie, spisałam z ekranu resztę, którą dziennikarze zlekceważyli, dopiero ona pozwala ocenić wagę tego listu w kontekście innych wydarzeń. A jeśli ktoś ma pełny list Przybyłowicza, będę wdzięczna za podrzucenie mi go.

Marek Przybyłowicz: "Przypadkowo", w tym samym dniu 30 czerwca minister sportu pan Mirosław Drzewiecki wystosował pismo do pana Jacka Kapicy, wiceministra finansów, w którym niewątpliwie pod wpływem działań lobbingowych wycofał się z propozycji objęcia dopłatą zasilającą Fundusz Rozwoju Kultury Fizycznej innych gier, niż gry objęte monopolem państwowym"Skutecznie wprowadzona przez ministra Grada "niepisana zasada", iż do władz spółki Totalizator Sportowy spółka z o.o. powoływać należy wyłącznie osoby, które nigdy nie miały nic wspólnego z zakładami wzajemnymi została i tym razem zachowana. I chociaż żadna z powołanych osób nie spełnia wymogów postawionych przez Ministra Skarbu, który - jak czytamy w ogłoszeniu o naborze - posiadałyby zarówno znajomość przepisów o grach i zakładach, jak i znajomość rynku hazardu w Polsce - to ich powołanie stało się faktem. Szanowny Panie Premierze! Wydaje się, iż w tak trudnej sytuacji budżetu naszego państwa czas najwyższy zakończyć to żenujące pasmo niekompetencji Członków Pańskiego Rządu w zakresie sprawowania nadzoru właścicielskiego nad spółką Skarbu Państwa Totalizator Sportowy.

Do czego odnosi się Przybyłowicz pisząc o "przypadkowej" zbieżności pisma Drzewieckiego z innym wydarzeniem, które miało miejsce 30 czerwca 2009? Z dalszej części listu wynika niezbicie, że chodziło mu o decyzję Grada, który tego dnia wykonując uprawnienia właściciela, powołał do Rady Nadzorczej Totalizatora Sportowego "dziewczynę od Drzewka", czyli Monikę Rolnik, i odwołał członka zarządu ds. sprzedaży i marketingu, na które to stanowisko później wystartowała Magdalena Sobiesiak, a której CV już kilka dni wcześniej asystent Drzewieckiego Marcin Rosół wysłał do Ministerstwa Skarbu Państwa, z adnotacją, że to osoba rekomendowana przez Ministerstwo Sportu i pytaniem kiedy może nastąpić jej wybór (odsyłam do moich wcześniejszych wpisów na ten temat, tam będzie dokładne kalendarium "projektu" i cytaty).

14 lipca premier nie został poinformowany o dziwnej rezygnacji z dopłat, ale o całym kontekście, został ostrzeżony przed "projektem". Przybyłowicz nie wiedział, i prawdopodobnie nie pisał o zakulisowych przygotowaniach do wprowadzenia Magdaleny Sobiesiak do Totalizatora Sportowego, ale dostarczył wystarczająco dużo niepokojących informacji, żeby premier miał powód aby szczegółowo odpytać Grada z jego decyzji dotyczących zmian personalnych w Totalizatorze, a Drzewieckiego o dopłaty. Przypuszczam zresztą, że w niepokazanych opinii publicznej częściach listu, Przybyłowicz rozwija swoje wątpliwości, a zatem premier wiedział (lub mógł i powinien podejrzewać) dużo więcej. Pytanie o reakcję na list Przybyłowicza jest  kolejnym z coraz dłuższej listy pytań, na które Tuskowi trudno byłoby przekonująco odpowiedzieć. Gdyby oczywiście ktoś je zadał.

Z tego co się wokół Totalizatora działo w lipcu i wrześniu, wyraźnie widać, że premier nie podjął żadnych kroków, żeby niepokojący ilst Przybyłowicza zweryfikować u Drzewieckiego i Grada (a przecież przeczytał on całość, nie tylko ten znany nam fragment, choć on sam powinien wystarczyć do podjęcia działań). Plan wprowadzenia wtyki branży hazardowej do Totalizatora Sportowego był spokojnie realizowany przez Sobiesiaka i Rosoła, a umożliwiła to decyzja Grada, który dla Sobiesiakówny zrobił miejsce odwołując poprzednika, a do Rady mającej dokonać ostatecznego wyboru powołując "dziewczynę od Drzewka". Jeszcze 24 sierpnia Magda Sobiesiak spokojnie przygotowywała się do rozmowy kwalifikacyjnej.

25 sierpnia, dzień przed szczęśliwym finałem, Magdalena Sobiesiak "wycofała się z projektu". Marcin Rosół tłumaczył to tak:

Marcin Rosół: Powiedziałem jej, żeby się wycofała. Że zostaniemy doklejeni do jakiejś mafii hazardowej, że jeśli wystartuje, to ten Marek Przybyłowicz zrobi z tego aferę. I ona się wycofała.

List Przybyłowicza leżał u Tuska już ponad miesiąc i do tej pory nikt się nim nie przejmował, Sobiesiakówna papiery złożyła, wszystko było na najlepszej drodze. Jeśli więc dopiero 25 sierpnia Rosół zaczął się niepokoić, że osoba Sobiesiakówny posłuży Przybyłowiczowi do powiązania z mafią hazardową Rosoła i jego szefa (tak rozumiem obiekcje Rosoła), to znaczy chyba, że właśnie tego dnia dowiedział się o liście Przybyłowicza, który w dopiero kontekście węszącego wokół Sobiesiaka CBA był prawdziwym zagrożeniem.

Jutro w "Polsce" Zbigniew Chlebowski będzie wypłakiwał swoje krzywdy. W dzisiejszym wydaniu jest zajawka, a w niej cytat, który tu chyba świetnie pasuje, jeśli ktoś jeszcze nie rozumie o co chodziło w walce o stanowisko członka zarządu ds. sprzedaży i marketingu dla wybitnie uzdolnionej i niebiednej Magdaleny Sobiesiak, której tato wymarzył dla niej nudną posadę objętą ustawą kominową.

Zbigniew Chlebowski: Nie wiem, jakie były ich [Sobiesiaka i Koska] intencje. Ale wiem, że dopłaty są jedynie zasłoną dymną. Rzecz idzie o wideoloterie, one są właśnie największym zagrożeniem.W nowelizowanej ustawie hazardowej prawdziwa gra toczyła się o organizację wideoloterii. Totalizator Sportowy chciał takiego sformułowania przepisów, które pozwalałoby na nieograniczony rozwój wideoloterii. (...) Znam szczegóły umowy z 2001 roku zawartej między amerykańską firmą a Totalizatorem na dostarczenie systemu umożliwiającego przyjmowanie zakładów w czasie rzeczywistym i dostarczenie lottomatów. Ta umowa jest bardzo niekorzystna, bo daje amerykańskiej firmie prowizję od dochodów Totalizatora. Była ona akceptowana i forsowana przez polityków lewicy i prawicy. Umowa obowiązuje do 2011 roku, czyli niebawem wygasa. Gdyby nowa ustawa hazardowa o wideoloteriach weszła w życie, to amerykańska firma, która obsługuje Totalizator, mogłaby dostać nowy kontrakt opiewający na 2-3 mld zł. To za tym kontraktem chodzą prawdziwi lobbyści (...) Sprawa jest znacznie poważniejsza niż to, że Chlebowski powiedział Sobiesiakowi, że coś mu załatwi i te nieszczęsne dwa zdania.

Chlebowski ma rację, sprawa jest dużo poważniejsza niż te dwa nieszczęsne zdania. Gdyby nie Kamiński, to Magdalena Sobiesiak zajmowałaby się dzisiaj w Totalizatorze Sportowym przygotowywaniem tej nowej umowy, a kto będzie lepszym gwarantem, że nowa wieloletnia umowa będzie dla Totalizatora niesamowicie korzystna, jak nie jego bezpośrednia konkurencja?

Najpóźniej 14 lipca Tusk dostał sygnał tak poważny, że absolutnie nic nie usprawiedliwia późniejszej bierności premiera. Jego bezradność wobec tego co się za sprawą jego podwładnych działo w ustawie i w spółce Skarbu Państwa jest naprawdę porażająca. Tak porażająca, że zaczyna wyglądać na przyzwolenie.

List Przybyłowicza w "Teraz My"
Kataryna: "Projekt"

08:02, kataryna.kataryna , Afera hazardowa
Link Komentarze (4) »
czwartek, 29 października 2009
14 lipca 2009

Przedstawiając w Sejmie kalendarium prac rządu nad nowelizacją ustawy hazardowej, minister Boni zapomniał o jednej dacie, która ma zasadnicze znaczenie dla zrozumienia kontekstu decyzji Donalda Tuska o wyrzuceniu poprzedniej ustawy do kosza. Ta data to 14 lipca 2009.

14 lipca  2009 na posiedzeniu rządu minister Boni przedstawił przygotowany przez siebie "Program prac rządu na II półrocze 2009", w którym na okres lipiec-wrzesień przewidziano zakończenie prac nad nowelizacją ustawy o grach losowych, jako jej cel wskazano "zapewnienie skuteczniejszego nadzoru nad rynkiem gier i zakładów (...) wprowadzenie dopłat na niemalże wszystkie gry, nieznaczne zmiany podatkowe". Na stronie Kancelarii Premiera wciąż znajdziemy przyjęty wtedy przez rząd dokument, zapowiadający zakończenie prac nad ustawą hazardową najpóźniej we wrześniu. Zgodnie z nim, dzisiaj powinna być już dawno w Sejmie, a kto wie, może nawet u prezydenta, z dużą szansą na finisz przed 30 listopada. Tak w każdym razie musiał myśleć Michał Boni, wpisując tę ustawę do planu pracy na trzeci kwartał bieżącego roku. Nic dziwnego, bowiem od maja była uzgodniona.

Data 14 lipca ma kluczowe znaczenie, tym bardziej, że jest potwierdzona dokumentem, dowodzącym, że jeszcze 14 lipca intencją rządu było uchwalenie ustawy Kapicy, i zrobienie tego w miarę szybko. Stenogram z posiedzenia Rady Ministrów powiedziałby nam, czy i jaka dyskusja odbyła się nad tym punktem przedstawionego przez Boniego harmonogramu.

Co więc się stało między 14 a 30 lipca? Jeśli wierzyć Boniemu, dwa tygodnie po tym jak rząd przyjął harmonogram prac, szef rządu osobiście polecił usunąć z niego jedną pozycję.

Michał Boni: 30 lipca 2009 r. odbyło się spotkanie poświęcone pracom nad budżetem na rok 2010, w którym to spotkaniu wzięli udział pan premier Donald Tusk, pani wiceminister finansów Elżbieta Suchocka-Roguska oraz minister szef komitetu stałego Michał Boni. Dyskusja dotyczyła konkretnych prac nad budżetem, ale również wniosku, jaki zgłosił pan premier Donald Tusk, aby w trybie pilnym wobec przedłużającej się pracy nad  ustawą o grach i zakładach wzajemnych podjąć działania, by przygotować szybko nową ustawę (...) W wyniku tego spotkania z 30 lipca 2009 r. na początku sierpnia przez ministra Kapicę, mnie, w połowie sierpnia także przez pana ministra Cichockiego ze względu na potrzebę zapewnienia swoistej tarczy antykorupcyjnej dla całego procesu przygotowywania tych rozwiązań prace zostały rozpoczęte. (...) Chcielibyśmy bardzo szybko wszystkie te rozwiązania, które na spotkaniu 30 lipca pan premier Donald Tusk postulował, wprowadzić w życie.

Przytaczam to chyba trzeci raz, ale w zestawieniu z tym co się stało 14 lipca, z udziałem premiera przecież, stawia w jeszcze ciekawszym świetle polecenie z 30 lipca. Tusk wiedział, bo dowiedział się od samego Boniego dwa tygodnie wcześniej, że ustawa jest na ukończeniu, wpisana w harmonogram na najbliższe trzy miesiące, wszystko jest więc na dobrej drodze. Polecenie polecenia pisania ustawy od nowa, bo prace nad nią się przedłużają było więc 30 lipca całkowicie nieuzasanione, bo Tusk (i jego rozmówcy) świetnie wiedzieli, że to już finisz. Przyspieszenie zakończenia pracy poprzez rozpoczęcie jej od nowa? Oryginalne.

Najciekawsze jest jednak to, że na spotkaniu 30 lipca Tusk przedstawił swoją własną koncepcję nowej ustawy, konkretne propozycje rozwiązań. Z sejmowego wystąpienia Boniego odniosłam wrażenie, że Tusk zaproponował konkretny kierunek prac, a nawet postulował rozwiązania. Dzisiaj już znamy założenia, i wiemy, że nowa ustawa idzie w zupełnie innym kierunku niż stara, nie jest jej modyfikacją, ulepszeniem lub zaostrzeniem, to zupełnie inna ustawa. I bardzo jestem ciekawa czyja. Nie Kapicy, bo wizja Kapicy była inna i walczył o nią półtora roku, zresztą i Boni, i Cichocki przypisują autorstwo koncepcji Tuskowi. Na pewno on jako pierwszy ją zgłosił kolegom z rządu, ale pytanie o inspirację i faktycznego autora pozostaje na razie bez odpowiedzi, wygląda na to, że nie był to nikt z rządu. Nie był to też raczej sam Tusk, bo chyba nikt nie uwierzy, że po 14 lipca usiadł nad projektem Kapicy, przemyślał go dogłębnie i doszedł do wniosku, że on jednak widzi to inaczej.

Kto jest autorem koncepcji i jak trafił do Tuska? Pewnie się nie dowiemy, choć niewykluczone, że jakieś wskazówki będą w podsłuchach CBA. W tych, które już znamy, nie ma żadnej rozmowy z lipca, ale są z maja i sierpnia, a to znaczy, że z czerwca i lipca też będą. Tylko jeszcze nie teraz. Sądząc po błyskawicznym odbiciu CBA i linczu prewencyjnym na Mariuszu Kamińskim, nie jest to jeszcze taki trup, jakim by go chcieli widzieli. A lista pytań jakimi można zapędzić w kozi róg Donalda Tuska skróciła się do jednego. Dlaczego dwa tygodnie po przyjęciu planu pracy podjął pan decyzję o wyrzuceniu z niego pozycji nr 7? Tylko kto je zada? Na pewno nie dziennikarze, bo nikt Tuska teraz nie wypuści do takich, którzy by go mogli skrzywdzić niewygodnymi pytaniami. I chyba nie komisja śledcza, bo nawet autorytet prawno-moralny w osobie Kwaśniewskiego wyszedł z cienia na tę okoliczność i już Tuskowi radzi, żeby lepiej na komisję nie szedł, bo nie musi. Tusk jest na razie bezpieczny, ale wcale nie dlatego, że się ze wszystkiego będzie w stanie przekonująco wytłumaczyć, tylko dlatego, że na razie nikt od niego tłumaczeń nie oczekuje.

***

Rzuciłam okiem na założenia nowej ustawy, nie bardzo chce mi w nie wgryzać, bo jestem przekonana, że ustawę w takim kształcie nieprędko zobaczymy. Oprócz różnych mniej lub bardziej sensownych rozwiązań, wrzucono do niej coś, co szybko okaże się kotwicą tej ustawy. Chodzi mi o delegalizację hazardu internetowego, która w wersji zaproponowanej przez Tuska ma jedną niewątpliwą zaletę. Jest całkowicie nierealna i skutecznie opóźni, jeśli nie uniemożliwi, wejście w życie ustawy. Nawet jeśli nieszczęśnikowi Kapicy uda się wymyślić odpowiedni zapis, pierwsze problemy pojawią się na etapie uzgodnień międzyresortowych, bo okaże się, że wiąże się to z rozmaitymi problemami, od technicznych do prawnych, a kontrola przelewów jest nieuzasadnioną inwigilacją. Pojawi się więc mnóstwo różnych, i zazwyczaj uzasadnionych, uwag do tego zapisu, a każdą trzeba będzie rozważyć, uwzględnić lub nie, a czas ucieka. Szybko też okaże się, że przepis ten jest niezgodny z prawem unijnym, a na pewno jest problematyczny, o czym Kapica musia wiedzieć, bo w jednym z wywiadów powiedział:

Jacek Kapica: Z ministrem Bonim rozmawiałem przez telefon na początku sierpnia, kiedy to przekazał mi swoją prośbę o to, abym przeanalizował całą legislację w obszarze gier, wzorce unijne, i że tak powiem przemyślał to, jak należałoby uregulować ten rynek kompleksowo. Taką analizę podjąłem i tylko tyle.

Jeśli Kapica dostał polecenie przyjrzenia się przepisom unijnym i je wykonał, musiał trafić na informacje o tym, jak Unia traktuje takie ograniczanie wspólnego rynku. To, że przyczepi się do nowej ustawy mamy jak w banku. Wsadzenie do ustawy, którą rząd chce przepchnąć w trybie superekspresowym przepisu, który nie przepchnąłby się nawet w zwykłym, sprawia wrażenie celowego zamontowania hamulca, tym bardziej, że delegalizacja hazardu internetowego jest nie tylko nierealna i bardzo droga, ale przede wszystkim nie ma merytorycznego uzasadnienia, bo to branża wyjątkowo niekryminogenna. Jedyne co sobie rząd załatwia tym przepisem, to gwarantowane problemy z uchwaleniem ustawy. I nie zdziwiłabym się gdyby Kapica o tym Tuska uprzedzał.

Nowa ustawa jest za to bardzo dobrze przemyślana z punktu widzenia interesów Tuska, wręcz idealna. Po pierwsze, pozwoli tworzyć wrażenie, że Tusk wyrzucił poprzednią ustawę wcale nie dlatego, że tak chcieli lobbyści, ale dlatego, że była za łagodna, a on, Tusk, chce się z hazardem rozprawić ostro i po całości. Po drugie, gwarantuje mnóstwo krytyki ze strony opozycji, a każde złe słowo z jej strony posłuży do wskazania ich jako tych, którzy grymaszą i nie chcą ramię w ramię z odważnym i stanowczym premierem walczyć z hazardem, widać są na pasku lobbystów. Po trzecie wreszcie, założenia są tak opracowane, że przejść ma szansę tylko w wersji dla cmentarnych kontrahentów Chlebowskiego niegroźnej. Ze zmianami podatków nie zdąży się w tym roku, więc nie wzrosną, zdąży się za to z delegalizacją wideoloterii, no i z usunięciem automatowym potentatom drobnicowej konkurencji, która się będzie stopniowo wykruszać, a właściciele kasyn będą korzystać z tego, że uzależnieni od automatów będą mieli coraz mniej miejsc, gdzie będą mogli na nich grać.

Golden Play, jeden z biznesów Sobiesiaka, ma całkiem świeżutkie koncesje, jeszcze 5 lat na automaty, i 6 na salony gry. Mniej konkurencji, więcej klientów, podatki bez zmian. Każdy by tak chciał.

Unia Europejska a hazard


19:41, kataryna.kataryna , Afera hazardowa
Link Komentarze (5) »
środa, 28 października 2009
Raport Cichockiego potwierdza wersję Kamińskiego

Mariusz Kamiński: Na początku roku otrzymałem listę kilkuset przedsiębiorstw, które miały być prywatyzowane, z prośbą, aby przyglądać się tym przetargom. (...) Mimo tego, co mówi premier Tusk i minister Grad, nikt nigdy do CBA nie zwrócił się o objęcie kontrolą antykorupcyjną tego przetargu. Miałem informacje, że minister Grad zwrócił się bezpośrednio do ABW o objęcie kontrolą tego przedsięwzięcia. (...)   Hasło [tarczy] rzeczywiście pojawia się w dokumentach urzędowych. Ale dokumentu rządowego, uchwały rady ministrów, ws. tarczy antykorupcyjnej nie ma .

Aleksander Grad: Jak usłyszałem wypowiedź szefa CBA, mało z krzesła nie spadłem. Kamiński kłamie. Sprzedaż stoczni była jedną z 79 prywatyzacji objętych ochroną służb. W tych działaniach brało udział również CBA.

Raport Cichockiego potwierdza, że Kamiński nie kłamie, dokument, który usiłuje się nam wcisnąć jako wyraźne polecenie ochraniania przetargów stoczniowych może tylko rozśmieszyć. W dokumencie tym, w momencie przekazywania go Kamińskiemu już mocno nieaktualnym, znajdują się bowiem następujące informacje dotyczące Stoczni Gdynia i Stoczni Szczecińskiej Nowej:

Stocznia Gdynia. Przewidywany tryb prywatyzacji - rokowania i podwyższenie udziału. Przewidywany termin prywatyzacji - 2008.

Stocznia Szczecińska Nowa. Przewidywany tryb prywatyzacji - rokowania. Przewidywany termin prywatyzacji - 2008.

Dokument ten był załącznikiem do pisma z 1 grudnia 2008, w którym Cichocki informuje Kamińskiego o uruchomieniu "tarczy" i  przedstawia listę 230 podmiotów o szczególnym znaczeniu. Stocznie są na krótszej liście, zawierającej dane 79 podmiotów przeznaczonych do prywatyzacji. Przesłane 1 grudnia 2008 pismo, w którym jest ogólnikowa informacja o planowanych na rok 2008 rokowaniach w sprawie obu stoczni w żadnym razie nie może być uznane za wyraźne polecenie ochraniania przetargów. Kamiński powiedział prawdę, dostał starą listę kilkuset nazw, z ogólnym zaleceniem przyglądania się, a nie polecenie ochraniania przetargów, których pismo nawet nie wymienia, bo przy stoczniach widnieje informacja o "rokowaniach" planowanych na  rok, który się za niecały miesiąc kończył. Z kalendarium przedstawionego przez Cichockiego wynika, że jest to jedyny dokument dotyczący "tarczy", w którym nazwy stoczni padają. Gdzie więc jest to polecenie ochraniania przetargów?

Lista 79 spółek przeznaczonych do prywatyzacji


Kolejnym dowodem na to, że CBA nie miało ochraniać wszystkiego z listy i właściwie mogło z nią zrobić co chciało, a na temat stoczni nie dostało żadnego polecenia, są comiesięczne sprawozdania z działań w ramach "tarczy", przesyłane Cichockiemu przez CBA i pozostałe służby. W swoim podsumowaniu sporządzonym na podstawie tych raportów, Cichocki sprawę "tarczy" CBA nad stocznią opisuje tak:

Luty 2009. Szefowie służb rozpoczęli nadsyłanie miesięcznych sprawozdań dotyczących działań prowadzonych w ramach „tarczy antykorupcyjnej”, uwzględniających informacje, o które zwrócił się sekretarz stanu Jacek Cichocki pismem z 16 stycznia 2009 r. Równolegle zaczęły się pojawiać informacje od służb dotyczące konkretnych spraw związanych z „tarczą”. (...) (Od maja 2009 r. CBA informowało, w formie bardzo zdawkowej i ogólnikowej, o swoim zainteresowaniu prywatyzacją stoczni w Gdyni i Szczecinie, upublicznienie tych sprawozdań nie jest możliwe ze względu na nadaną im klauzulę tajności).

Gdyby CBA w grudniu dostało wyraźne polecenie ochraniania przetargów stoczniowych, to brak wzmianki o jakichkolwiek działaniach z tym związanych w lutowym, marcowym i kwietniowym raporcie musiałby Cichockiego zaniepokoić i sprowokować jakieś monity w tej sprawie. Podobnie jak bardzo zdawkowa i ogólnikowa forma informowania go o zainteresowaniu stocznią w raportach późniejszych. "CBA informowało o swoim zainteresowaniu prywatyzacją stoczni". "O swoim zainteresowaniu"? Myślałam, że to nie było własne zainteresowanie CBA, tylko realizowane przez nie polecenie, wydane wyraźnie i wprost. Jeśli Cichocki chce utrzymywać, że CBA miało obstawiać wszystkie przetargi z listy, ze szczególnym uwzględnieniem stoczni, musi się chyba wytłumaczyć dlaczego jako koordynator pozwalał się lekceważyć i nie reagował na wielomiesięczną bezczynność CBA.

We fragmencie dotyczącym ABW, jej działania w ramach "tarczy" zostały przedstawione następująco:

ABW przeanalizowało pod kątem rzetelności, uczciwości i ewentualnych powiązań z zamawiającymi działalność blisko 90 firm doradzających przy przetargach publicznych i procesach prywatyzacyjnych oraz ponad 240 podmiotów biorących udział w przetargach organizowanych przez różne ministerstwa.(...) ABW prowadzi 16 śledztw dotyczących nieprawidłowości w przetargach publicznych oraz 24 śledztwa w sprawach nadużyć w podmiotach przeznaczonych do prywatyzacji. W powyższych śledztwach zarzuty przedstawiono dotychczas 54 osobom.

Tymczasem gdy mowa o działaniach CBA, Cichocki wymienia tylko podręcznik i Orliki. To znaczy, że albo CBA nie dostało w ramach "tarczy" żadnych konkretnych analitycznych i operacyjnych zadań związanych z przetargami i prywatyzacjami, albo przez blisko rok sobie ostentacyjnie bimbało i nie robiło tego co do niego należało. Tyle, że nikt tu nikomu nic konkretnego nie wyznaczył, dostarczona lista miała charakter czysto informacyjny i żadnym poleceniem nie była, każda służba sama decydowała czym się zajmie, nie było żadnej poważnej koordynacji, trudno by było zresztą "tarczę" koordynować, bo raporty były bardzo ogólnikowe, półroczny raport ABW mieści się raptem na trzech stronach i jest tylko statystyką. Cichocki nie pisze też o żadnym systemie komunikacji poziomej, więc pewnie poza spotkaniem inauguracyjnym i podsumowującym poszczególne służby ze sobą nie współpracowały.

Gdy Tusk po nagłośnieniu skargi Antykorupcyjnej Koalicji Organizacji Pozarządowych obiecał upublicznienie dokumentów dotyczących "tarczy", miałam nadzieję, że odtajni także ten fragment posiedzenia Kolegium ds. Służb Specjalnych, na którym zainaugurowano działalność "tarczy". Bo to jedyne źródło informacji o tym jak faktycznie została ona służbom przedstawiona, jak określono ich role, i jak podzielono zadania. Niestety, na ten dokument przyjdzie poczekać, aż do odtajnienia go zmusi premiera sąd. Już dzisiaj jednak widać, że opis Kamińskiego bardzo dobrze oddaje charakter "tarczy", a kłamstwa próżno tu szukać. A taka była fajna narracja.

Redaktor Fąfara (Polska): Teraz okazuje się, że afera stoczniowa nabiera nowego wymiaru. Jeśli jest, polega być może przede wszystkim na tym, że mimo próśb ze strony ministerstwa CBA nie zapewniło skutecznej ochrony kontrwywiadowczej. I więcej, że być może - choć trudno to wczoraj było zweryfikować, bo komórka Mariusza Kamińskiego uporczywie milczała - szef CBA kłamał w niektórych swoich wypowiedziach odnośnie do sprawy prywatyzacji stoczni. Dokumenty przedstawione przez ministra skarbu i kancelarię premiera w tej sprawie nie pozostawiają wątpliwości.

Raport Cichockiego





20:48, kataryna.kataryna , Afera stoczniowa
Link Komentarze (16) »
"Afera Gosiewskiego" - pierwsze ustalenia

Przemysław Gosiewski: Faktycznie patronowałem dwóm projektom – tak zwanej małej i dużej nowelizacji ustawy o grach losowych. Mała nowelizacja została przyjęta przez Komitet Stały i przesłana do Rady Ministrów. W przypadku dużej nowelizacji, nie stanęła na Radzie Ministrów, bo skończyła się kadencja rządu. Dopłaty na każdym etapie były w projekcie dużej nowelizacji. W małej nowelizacji, która została przyjęta przez rząd ich nie było, ale w jej przypadku chodziło tylko o to, by środki z gier były wpisane do budżetu państwa. Stąd musiała być przyjęta przed 30 września, kiedy rząd przesyła projekt budżetu do Sejmu. Ale gdybyśmy zdążyli przyjąć dużą nowelizację, która zatrzymała się na etapie Komitetu Stałego Rady Ministrów, dopłaty by się zachowały.

Według Gosiewskiego, nie było tak jak twierdzi Palikot - że za sprawą Gosiewskiego 31-stronicowa nowelizacja zawierająca dopłaty, zamieniła się w 1-stronicową nowelizację zawierającą tylko nieznaczne podniesienie podatku. Były dwie odrębne ustaw. "Mała nowelizacja", która poszła do Sejmu szybciej i została  uchwalona, i "duża nowelizacja", której żywot przerwało nieoczekiwane skrócenie kadencji. Tak twierdzi Gosiewski i są pewne poszlaki wskazujące, że nie kłamie. Są to sejmowe interpelacje, zgłaszane przez posłów już po "małej nowelizacji".

Anna Sobecka (RLN) - 15 czerwca

Jak donosi prasa, Totalizator Sportowy dzięki Ministerstwu Finansów może stać się monopolistą na rynku hazardu, wypierając z niego prywatny sektor gier. W ich miejsce wejdą wideoloterie. Maszyny te mogą przynieść państwu krociowe zyski, ale jak ostrzegają eksperci, mogą również uzależnić miliony. (...) Nowelizacja zakłada, że właściciele prywatnych automatów, prócz płacenia podatku od samego posiadania maszyny (dziś 125 euro, a od stycznia już 180 euro miesięcznie), będą musieli też płacić po 10 proc. od każdego zakładu. Wejście w życie tak drakońskich opłat spowoduje upadek branży prywatnej.

Interpelacja Anny Sobeckiej z 15 czerwca 2007
Odpowiedź Ministerstwa Finansów z 18 lipca 2007

Teresa Piotrowska i Maciej Świątkowski (PO) - 25 czerwca

Po wprowadzeniu 10% opłaty od każdego zawartego zakładu stanie się on po prostu nieopłacalny. (...) Wprowadzenie tak wysokich opłat oraz restrykcji spowoduje upadek branży prywatnej, której miejsce zajmie Totalizator Sportowy. W jego planach jest wejście na rynek hazardowy z wideoloteriami. Jest to najbardziej agresywna forma gier losowych, w wielu krajach zakazana ze względu na wysoką szkodliwość.

Interpelacja T.Piotrowskiej i M. Świątkowskiego z 25 czerwca 2007
Odpowiedź Ministerstwa Finansów z 12 lipca 2007

Adam Szejnfeld (PO) - 9 lipca

Równie duże kontrowersje co podwyżka zryczałtowanej stawki podatku od gier na automatach o niskich wygranych budzi propozycja wprowadzenia 10-procentowej dopłaty do stawek w grach w salonach gier na automatach, grach w kasynach oraz zakładach wzajemnych. (...) Projekt nowelizacji przewiduje również umożliwienie prowadzenia w ramach monopolu państwa wideoloterii. (...) proponowane uregulowanie prowadzenia wideoloterii może prowadzić do poważnych i nadzwyczaj negatywnych skutków społecznych.

Interpelacja Adama Szejnfelda z 9 lipca 2007
Odpowiedź Ministerstwa Finansów z 9 sierpnia 2007

Z odpowiedzi Ministerstwa Finansów na interpelację posła Adama Szejnfelda wiemy więc, że 9 sierpnia 2007 w projekcie nowelizacji ustawy były jeszcze zarówno 10-procentowe dopłaty, jak i wideoloterie. Ostatnie posiedzenie tamtej kadencji Sejmu odbyło się natomiast 19 września, czyli miesiąc, tydzień i trzy dni później.

To wszystko sprawia, że wersja Gosiewskiego jest całkiem wiarygodna. Na pewno niczego nie wyrzucił do 9 sierpnia, a potem już nie miał powodu, bo 22 sierpnia do Sejmu wpłynął wniosek o skrócenie kadencji, i stało się jasne, że ten rząd już niczego w sprawie gier losowych nie zdąży zrobić.

W nawiązaniu do "Przepis na newsa"


15:34, kataryna.kataryna , Afera hazardowa
Link Dodaj komentarz »
Przepis na newsa

27 października, Rzeczpospolita

Małgorzata Subotić: Czy Przemysław Gosiewski naprawdę biegał po Sejmie i namawiał posłów PO, by nie powoływać komisji hazardowej?

Jarosław Gowin: Słyszałem o tym tylko od dziennikarzy.

Małgorzata Subotić: To skąd takie spekulacje? Brzmią prawdopodobnie?

Jarosław Gowin: Nieprawdopodobnie. Co prawda po serii ostatnich wypowiedzi polityków PiS mam wrażenie, że stracili entuzjazm dla komisji hazardowej. Jestem jednak ostatnią osobą, która byłaby skłonna podejrzewać Gosiewskiego, że ma coś do ukrycia.

Małgorzata Subotić: A co miałby do ukrycia?

Jarosław Gowin: Przecież zna pani krążące po Sejmie plotki, że jest osobiście zainteresowany, by ta komisja nie powstała.

Małgorzata Subotić: Ma pan na myśli domniemane blokowanie przez Gosiewskiego ustawy o dopłatach do automatów, przygotowanej za czasów Zyty Gilowskiej?

Jarosław Gowin: Uważam takie plotki za brudną pianę polityki. Nie należy zwracać na nie uwagi.

Małgorzata Subotić: Ale wówczas koordynatorem tej ustawy w Sejmie był Gosiewski. I chyba nic z tej koordynacji nie wynikło?

28 października rano, TOK FM

Dominika Wielowieyska: W "Rzeczpospolitej" czytam, że Przemysław Gosiewski chodzi po Sejmie i namawia, żeby komisji hazardowej nie było w ogóle. Czy do pana też przychodził?

Sławomir Nowak: Nie. Ja jestem rzadkim rozmówcą polityków PiS. Rzeczywiście kuluary sejmowe huczą od tego, że koledzy z PiS analizując rozwój sytuacji, pewnie odtwarzając sobie pewne rzeczy z przeszłości, zaczynają się obawiać.

28 października w południe, Dziennik

Dziennik.pl: Przemysław Gosiewski z PiS chodzi po Sejmie i namawia, by nie powstała hazardowa komisja śledcza. Takie plotki krążą wśród posłów. Przyznał to wczoraj nawet umiarkowany Jarosław Gowin z PO. Dziś jego partyjny kolega Sławomir Nowak dodaje, że całe PiS zaczyna się bać tej komisji

28 października w południe, Twitter

Robert Zieliński: Trudno przebijająca się prawda: hazard zasilał kieszenie polityków wszystkich partii [tu wstawiony link do wyżej cytowanego artykułu w Dzienniku, dziennikarza usprawiedliwia to, że nie znał materiału wyjściowego, czyli artykułu z Rzepy].

28 października wieczorem, TVN

Tego jeszcze nie wiem ale zdziwię się jeśli nie będzie to jeden z trzech pierwszych materiałów w "Faktach", a tematu nie pociągnie gość Moniki Olejnik, może Palikot albo Karpiniuk.

***

Tak się robi newsa na "czerwony pasek". A przecież ustalenie losów rządowego projektu ustawy nie powinno być trudne, tym bardziej, że w tej sprawie - jak w każdej gdzie pojawia się  choćby cień szansy, że uda się z PiSem podzielić odpowiedzialnością za cmentarne dile Zbyśka z Ryśkiem - dziennikarze mogą liczyć na pełną współpracę rządu, który pewnie od miesiąca przetrząsa wszystkie szuflady w Kancelarii Premiera w poszukiwaniu jakiegokolwiek kwitu, którym by się dało powiązać PiS z "aferą hazardową".

Tyle, że ustalenie faktów wymaga czasu a efekt niepewny. Łatwiej rozpuścić plotki w Sejmie, a potem prosić kolejnych posłów o skomentowanie ich. Cytowalność gwarantowana. A i władza będzie zadowolona.

 

12:55, kataryna.kataryna , Media
Link Komentarze (10) »
Boni o nowej ustawie hazardowej

W dzisiejszym "Dzienniku" jest wywiad z Michałem Bonim, aż trzech dziennikarzy się nad nim znęca. W sprawie kalendarium prac nad ustawą hazardową przycisnęli go aż miło, w końcu jest tyle wątpliwości wokół tego kto, komu, kiedy i co zlecił, oraz dlaczego ta data 30 lipca się jakoś potwierdzić nie chce. Dziennikarze nie mogli więc nie zadać dwóch kluczowych pytań. Skąd decyzja, że to pan w Sejmie wyjaśniał kalendarz przygotowań nad ustawą hazardową? A jak pan ocenia wersję wydarzeń Mariusza Kamińskiego, który do kalendarium dodaje nowe spotkania, np. 25 sierpnia kiedy to miała zapaść decyzja o postawieniu mu zarzutów? Najciekawsze są jednak wypowiedzi Boniego na temat samej ustawy.

Dziennik: Zapowiedział Pan, że ustawa hazardowa zacznie obowiązywać od przyszłego roku, czy to wciąż jest możliwe?

Michał Boni: To zależy od prac w parlamencie, ale moim zdaniem tak. Mamy jeszcze blisko 70 dni.

Zapowiadany projekt zakłada podniesienie podatków, a każda zmiana podatkowa, żeby mogła wejść w życie musi być opublikowana przed 30 listopada. Tymczasem ustawa wyjdzie z rządu w połowie listopada, a od tego długa droga do Dziennika Ustaw. Oto co mówi na ten temat ekspert podatkowy dla Gazety Prawnej (wypowiedź z początku października, na inny temat).

Wojciech Krok:  Planując takie zmiany, należy mieć na uwadze harmonogram prac parlamentarnych i wymogi konstytucyjne co do ogłaszania zmian ustaw podatkowych. Orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego wymaga, aby zmiany w podatkach dochodowych były publikowane w Dzienniku Ustaw do końca listopada. (...) Biorąc pod uwagę, że projektów ustaw podatkowych nie można rozpatrywać w trybie pilnym, wydaje się, że nie [starczy czasu]. Senat ma 30 dni na rozpatrzenie projektu ustawy, a prezydent 21 na jego podpisanie. Do tego dochodzi jeszcze czas na trzy czytania projektu w Sejmie, pracę w komisjach, na samo techniczne opublikowanie ustawy w Dzienniku Ustaw (to też zajmuje kilka dni).

Wypowiedź Kroka jest z 6 października, dzisiaj mamy o trzy tygodnie mniej czasu, a ustawa ma wyjść z rządu dopiero za dwa tygodnie. Chyba nawet gdyby poszła prosto do drukarni, nie miałaby szans przed 30 listopada. Albo więc jest jakiś tajemniczy kruczek prawny, którym rząd się podeprze (a po interpretacji, że "zasięgnięcie opinii prezydenta" oznacza wyłącznie samo zadanie pytania, wiemy jak bardzo potrafi być kreatywny, gdy mu zależy), albo ktoś nam tutaj straszny kit wciska.

To, że zmiany w podatkach są nie do opublikowania  przed 30 listopada, nie oznacza oczywiście, że nowa ustawa nie ma szans. Ma, jasne, że ma. Boni słusznie zauważa, że do końca roku mamy jeszcze blisko 70 dni, można się z każdą ustawą uwinąć, a przy tej akurat nikt nie odważy się mieszać. Szanse, że wejdzie w życie przed 1 stycznia są więc całkiem spore. Tyle że, z uwagi na obostrzenia dotyczące wprowadzania zmian w podatkach, będzie to ustawa kadłubkowa. Co w niej zostanie?

Michał Boni: W 2007 było 27 tys. automatów, w 2008 r. 38, a teraz jest 48 tys. Bez wątpienia jest to wciąż rozwijający się sektor, który dobrze sobie radzi (...) Nowe rozwiązanie zakłada, że zdelegalizujemy automaty niskich wygranych i salony gry z automatami. Będą funkcjonowały do wygaśnięcia zezwoleń w ciągu 6 lat, co roku coraz mniej. Od wejścia w życie ustawy nie będą wydawane nowe zezwolenia. Zakazane będą gry w Internecie oraz videoloterie (jeszcze się nie rozwinęły).

Jeśli z ustawy wypadną - a wypaść muszą, jeśli ma wejść w życie od nowego roku - wszystkie zmiany podatkowe, to sens proponowanej przez Tuska "wojny z hazardem" sprowadza się do tego, że świetnie rozwijający się rynek zostanie z dniem 1 stycznia zamknięty dla już na nim ocenych, a przez najbliższych sześć lat działać będą mogli tylko ci, którzy swoje zezwolenia dostaną przed 1 stycznia 2010 (oni też mają teraz 70 dni na wystąpienie o wszystkie niezbędne pozwolenia). Przez najbliższy rok na starych zasadach podatkowych, czyli z ryczałtem 180 euro od automatu. A potem się zobaczy.

Jeśli czegoś tu nie przegapiłam, proponowana przez Tuska ustawa jest dla hazardziarzy jeszcze korzystniejsza niż myślałam. A najlepsze jest to, że Tusk wczoraj praktycznie zagwarantował, że ta ustawa przejdzie.

Donald Tusk:  Najpóźniej za dwa tygodnie chcemy mieć już gotowy projekt. Potem będę rekomendował parlamentowi prace nad tą ustawą w trybie natychmiastowym, bo może ona prowokować działania lobbingowe. Będę apelował, by przyjęto ten projekt bez zmian i poprawek.

Wątpię czy po wczorajszych zapowiedziach i zgodnym zachwycie komentatorów nad odwagą i stanowczością Tuska samotnie idącego na wojnę z hazardem, znajdzie się ktoś kto w ustawie zmieni choćby przecinek. I tak oto, osobistą decyzją Donalda Tuska, po  półtora roku nerwowej szarpaniny z Kapicą, od 1 stycznia "Ryśki" będą się wreszcie mogły skupić na liczeniu pieniędzy. A będzie co liczyć bo podatki te same, za to konkurencji z każdym rokiem mniej.




08:28, kataryna.kataryna , Afera hazardowa
Link Komentarze (7) »
wtorek, 27 października 2009
Tusk zdelegalizuje Rysia

Rok 2007

Puls Biznesu: Totalizator: wideoloterie wstrząsną rynkiem. Przez 5 lat Totalizator chce uruchomić 50 tys. automatów do wideoloterii. (...) Udało nam się dotrzeć do opracowanego w TS wideoloteryjnego biznes planu na lata 2008-2012. Przez pięć lat na sam sprzęt państwowy gigant chce wyłożyć aż 1,93 mld zł! Z tego 1,8 mld zł pójdzie na kupno automatów (wideoloterie to nic innego, jak działające już na rynku automaty, tyle że bardziej zaawansowane i połączone w sieć). Co roku Totalizator chce kupować po 10 tys. maszyn, by na koniec 2012 r. mieć ich aż 50 tys. Tymczasem kilkadziesiąt prywatnych operatorów automatów o niskich wygranych (AoNW), rozwijających się bardzo dynamicznie od kilku lat (wideoloterie będą dla nich bezpośrednią konkurencją), ma łącznie niewiele ponad 20 tys. maszyn. (...) W większości obecnych kolektur TS automatów nie da się wstawić. Wideoloterie trzeba połączyć z inną rozrywką i alkoholem. Dobre lokalizacje to puby czy bary przy stacjach benzynowych. Tyle że te są już w dużym stopniu zajęte przez operatorów AoNW. I oni będą bronić tych miejsc, choćby utrudniając właścicielom lokali wypowiadanie umów - mówi jeden z naszych rozmówców. Szykuje się więc prawdziwa hazardowa wojna.

Jacek Kalida, ówczesny prezes Totalizatora Sportowego: Jesteśmy na nią [drastyczną wojnę z branżą  "jednorękich bandytów"] przygotowani. Przewidujemy, że w pierwszym roku możemy zainwestować w wideoloterie nawet 200 mln EUR! Mamy też świadomość, że nadepniemy na odcisk nie tylko legalnym uczestnikom rynku, ale też tym z szarej strefy. Np. w Szwecji, kraju z niską przecież przestępczością, szara strefa broniła się przed wideoloteriami, stosując szantaż, groźby, a nawet bardziej drastyczne formy nacisku. Zapewniam, że determinacji ani nam, ani naszemu właścicielowi nie zabraknie.

Rok 2009

Jacek Kapica, Wiceminister Finansów: W Polsce jest już blisko 50 tys. tzw. automatów o niskich wygranych, podczas kiedy na Węgrzech, w kraju czterokrotnie mniejszym, przy opodatkowaniu na poziomie 350 euro jest tych automatów blisko 30 tys. Więc na pewno jesteśmy przed rozwojem tego rynku, co zresztą widać po przyroście liczby tych maszyn i przychodów z tych gier.

Włodzimierz Mękarski, kolega Sobiesiaka z branży: Mam nadzieję, że [Ryszard Sobiesiak] przed nią [komisją śledczą ds. afery hazardowej]  stanie i wyłuszczy nasze racje i swoje motywacje. Zresztą uważam, że to będzie też pretekst do tego, żeby zwrócić uwagę na inny lobbing, który dotyczy hazardu i w tej chwili ma miejsce. Chodzi o tzw. wideoloterie. Zamierza je wprowadzić Totalizator Sportowy, który z tortu hazardowego chce uszczknąć kolejną część. Teraz trwa zakulisowa walka firm, które chcą być w Polsce operatorem wideoloterii.

Donald Tusk, Premier: Zdelegalizujemy automaty do gier poza kasynami, wideoloterie, a także gry hazardowe w internecie. (...) Nie będziemy przedłużać pozwoleń na tego typu działalność [prowadzenie "jednorękich bandytów]. Rok po roku rynek drobnego hazardu będzie obkurczał się o 20 procent. Po pięciu latach powinien całkowicie zniknąć z Polski.

***

Co obiecana ustawa daje biznesmenom hazardowym? Szczelnie zamyka szybko rozwijający rynek przed konkurencją, nie wejdą żadne nowe automaty, nie wejdą też wideoloterie, których lobbyści tak się bali. Nowa ustawa zagwarantuje kilkuletni monopol już obecnym na rynku podmiotom, a ponieważ zezwolenia są wydawane na 6 lat, z każdym rokiem szczęściarzom, którzy swoje zezwolenia dopiero co odebrali, konkurencja będzie się wykruszać.

Aż się prosi sprawdzić czy w ostatnich tygodniach nie nastąpił niespodziewany wzrost wniosków o nowe zezwolenia. Dobrzy biznesmeni czasami miewają przeczucia.

Genialne zagranie Tuska, dzisiejsze groźne pomruki świetnie wypadną w jutrzejszych gazetach. I o to chodzi, bo w szczegóły nikt się wgłębiać nie będzie. Ani tym bardziej rozliczać z efektów.

22:31, kataryna.kataryna , Afera hazardowa
Link Komentarze (4) »
"Afera hazardowa" jest w sumie banalna

Czytelnicy, którzy są ze mną dłużej, wiedzą, że mam skłonność do budowania hipotez, które się potem nigdy nie potwierdzają. Taką mam słabość, lubię rozumieć rzeczywistość, a jak do jej zrozumienia brakuje mi twardych dowodów, to sobie luki wypełniam własną narracją. Robię to zastrzeżenie, żeby uprzedzić pytania o dowody i nieuchronne zarzuty, że żadnych nie mam. Nie mam, ale chcę podsumować swoje rozumienie afery, która wczoraj znalazła swój finał.

Wiemy już, że w nowej ustawie nie będzie tego z czym lobby hazardowe przez półtora roku walczyło. Na pierwszy rzut oka decyzja premiera jest samobójcza, a w każdym razie bardzo ryzykowna, wypełnił wolę "Rysia" nie czekając nawet aż afera trochę przycichnie. Ale może było to wyjście optymalne, tym bardziej, że zabezpieczone mnóstwem "dupokrytek".

Nie ulega wątpliwości, że choć jedynym wyznaczonym przez partię kozłem ofiarnym ma być Chlebowski, z pewnością nie był sam, a jego rozmowy nie były niewinnym popisywaniem się. Szczere wypowiedzi biznesmena od hazardu są dość niewygodne nie tylko dla Chlebowskiego.

Włodzimierz Mękarski: Rysiek postanowił dotrzeć do ludzi, którzy mogą nam pomóc. (...) Przecież on z tymi politykami grał na co dzień w golfa, rozmawiali o tym. Strach przed słowem "hazard" jest u nich tak wielki, że jeśli ktoś chce nawet pomóc, to wyznacza spotkania na cmentarzach. (...) Czy minister Drzewiecki albo Chlebowski mogliby oficjalnie spotykać się z Ryśkiem Sobiesiakiem?

O tym, że Drzewiecki pomagał jak mógł już wiemy, jego pismo z czerwca spowodowało usunięcie dopłat. Wiemy na pewno, że w pomaganie lobbystom zaangażowany był Chlebowski (szef klubu parlamentarnego), Drzewiecki (skarbnik partii), Rosół (jego wpływowy i niezatapialny asystent, wcześniej u boku Schetyny i Tuska). Kierownictwo partii albo wiedziało o tych działaniach, albo dawało na nie carte blanche swoim zaufanym ludziom. Gdyby było inaczej, oszukany i wpędzony w kłopoty machlojkami robionymi za jego plecami premier, niezwłocznie wyrzuciłby z partii wszystkich winnych. Widać premier nie czuł się oszukany i skrzywdzony, bo nie tylko nie ukarał sprawców (mówię o realnych karach, a nie rytuałach pod publiczkę), ale też zrobił wszystko, żeby ich dzieło za nich dokończyć, a im samym pomóc się wykaraskać. Temu służyły wszystkie działania po 14 sierpnia.

14 sierpnia. Tusk dowiedział się, w jakie kłopoty wpakowali się jego ludzie. Kamiński pokazał mu fragmenty stenogramów z rozmów z lobbystami, powiedział o próbach zmiany ustawy pod dyktando lobbystów. Gdyby prawdą było to, co w Sejmie powiedział Boni, że już 30 lipca Tusk wydał polecenie pisania nowych założeń, Tusk nie miałby żadnego powodu ukrywać to przed Kamińskim, przeciwnie, musiałby Kamińskiemu wszystko powiedzieć, żeby Kamiński wiedział co się dzieje z ustawą, która jest szczególnie zagrożona patologicznym lobbingiem i wymaga specjalnej ochrony antykorupcyjnej. Wymyślenie uzasadnienia trzymania polecenia z 30 lipca w tajemnicy przed szefem  własnej służby antykorupcyjnej alarmującym o nieprawidłowościach przy tej właśnie ustawie, będzie jednym z większych wyzwań budowniczych narracji. Bo żadnego logicznego wytłumaczenia na celowe wprowadzenie Kamińskiego w błąd być nie może.

19 sierpnia. Tusk spotyka się z Drzewieckim, a także Schetyną. Obecność Schetyny przy tej rozmowie okazuje się na tyle niewygodna, że nie trafia do kalendarium opracowanego przez Jacka Cichockiego. Na szczęście dla Tuska i Cichockiego, nikt ich nie niepokoi niewygodnymi pytaniami, czy o Schetynie "zapomnieli" wspólnie, czy też była to osobista decyzja Tuska, który Cichockiemu o udziale Schetyny po prostu nie powiedział. Spotkanie z Drzewieckim i Schetyną odbywa się bez świadków, nie ma z niego żadnej notatki dla Cichockiego czy Kamińskiego. To kolejna rzecz, z której się Tuskowi będzie trudno wytłumaczyć.

25 sierpnia. Lobbyści hazardowi już wiedzą, że są nagrywani, wiedzą, że przez CBA i wiedzą mniej więcej, w jakiej sprawie. Sobiesiak "wycofuje Magdę z projektu" wejścia do Totalizatora. W prokuraturze odbywa się kilkugodzinna narada nad postawieniem Kamińskiemu zarzutów w sprawie tak dętej, że od dwóch lat nie można jej było zamknąć, choć skomplikowana dowodowo nie była.

26 sierpnia. Tusk spotyka się z Kapicą, sprawdza co ten wie, o  zainteresowaniu ustawą polityków PO i dowiaduje się, że Kapica uważa działania Chlebowskiego, a zwłaszcza Szejnfelda, za wielce zastanawiające. Z tego spotkania też nie powstaje żadna notatka Tuska dla Cichockiego i Kamińskiego. Nie ma też nigdy żadnego spotkania z Szejnfeldem, choć na jego bardzo dwuznaczną rolę zwrócił premierowi uwagę Kapica. Za to po spotkaniu z Kapicą, Tusk spotyka się z Chlebowskim i Schetyną. I znowu nie zostaje  po tym spotkaniu bez świadków żadna notatka. Gdy po wybuchu afery Cichocki opracowuje kalendarium premiera, wpisuje do niego polecenie wydane przez Tuska Kapicy, choć nie był świadkiem gdy padło. Nie było go na spotkaniu, nie ma notatki, więc wie o tym tylko z ustnej relacji Tuska. Jeśli nie znajdzie się żaden, choćby nieformalny dokument, potwierdzający wydanie polecenia, trudno będzie w nie uwierzyć. Kapica, dostając już po spotkaniu polecenie pisania od nowa ustawy, nad którą pracował półtora roku, odnotowałby to jakoś w notatce służbowej dla swojego szefa, w mailu do Tuska gdzie upewnia się czy dobrze zrozumiał oczekiwania, w korespondencji z Bonim, z którym wspólnie ją pisał.Tymczasem z odpowiedzi jaką dostałam z CIR wynika, że nie istnieje żadne potwierdzenie tego polecenia. Pisząc ustawę od nowa, według całkiem nowych założeń, Kapica musiał zostawić po sobie mnóstwo śladów, kogoś informował, z kimś konsultował, zlecał ekspertyzy i analizy.Działania Kapicy są do odtworzenia krok po kroku, dokument po dokumencie.

31 sierpnia. Chlebowski spotyka się na cmentarzu z Sobiesiakiem, umawiając się z nim przez wspólnego znajomego, który określa Chlebowskiego pseudonimem. Pełna konspiracja. Ciekawe będzie jak Chlebowski się wytłumaczy z tego spotkania. Jedynym powodem, dla którego ktoś przyłapany, wiedząc, że dalej jest na celowniku, spotyka się z kimś z kim spotykać się chwilowo naprawdę nie powinien, jest to, że trzeba było wymienić informacje i ustalić dalszy plan gry w niecierpiącej zwłoki sprawie. Wszystko inne mogło poczekać aż sprawa ucichnie. Tylko to jedno było pilne. Co teraz robimy?

Tusk w którymś momencie musiał zdać sobie sprawę, że nie ma dobrego wyjścia, tym bardziej przy tak nieprzewidywalnym i nieskłonnym do współpracy przy zamiataniu człowieku jak Kamiński. 25 sierpnia rozpoczęła się procedura usuwania Kamińskiego, ale załatwia ona tylko część problemów, wiadomo było, że sprawa i tak wypłynie. Na przepchnięcie ustawy w wersji dla lobby hazardowego niewygodnej Platforma najwyraźniej nie mogła sobie pozwolić. Nawet niekoniecznie dlatego, że liczyła na wymierną wdzięczność. Świadomość, że Kamiński prędzej czy później odpali bombę, zostawiła Platformę na łasce i niełasce hazardziarzy. Wiedząc, że sprawa może się skończyć w prokuraturze, może przed komisją śledczą, a na pewno w mediach, nie można sobie pozwolić na ryzyko, że hazardziarze rozeźleni przepchnięciem niewygodnej ustawy będą zeznawać według uznania, nie przejmując się interesem procesowym czy wizerunkowym swoich niedoszłych partnerów w interesach. Platforma nie miała więc wyjścia, musiała wypuścić ustawę w wersji przyjaznej dla tych, od których w dużej mierze zależy jak zostanie przedstawione zaangażowanie jej członków w hazardowy lobbing.

Nie mogła inaczej, ale mogła przynajmniej zabezpieczyć się przed zarzutami, że zrobiła dobrze hazardziarzom choć Kamiński przedstawił szokujące informacje i dowody na to, jak ustawa była załatwiana. I temu ma służyć cofnięcie w czasie decyzji o likwidacji dopłat. 30 lipca przecież nic się jeszcze nie działo, Tusk o niczym nie wiedział, niczego nie podejrzewał, i to wtedy właśnie, całkowicie suwerennie i powodowany wyłącznie troską o budżet, nakazał pisanie nowej ustawy. Jego decyzja, a tym samym likwidacja dopłat, nie ma absolutnie nic wspólnego z aktywnością hazardowych lobbystów, o której Tusk dowiedział się dopiero dwa tygodnie po wydaniu polecenia likwidacji tychże dopłat.

Ten scenariusz jest banalny i mało odkrywczy. Nie mam też żadnych twardych dowodów na jego potwierdzenie. Ma jednak tę niewątpliwą zaletę, że pasują do niego wszystkie znane nam do tej pory fakty i dowody. To oczywiście jeszcze go nie potwierdza, ale na początek wystarczy, że nic go nie obala. Nie da się wyciągnąć żadnego argumentu, że tak być nie mogło bo...Problem Platformy polega natomiast na tym, że jej wersji mnóstwo faktów i dowodów przeczy, przeczy tak bardzo, że jest w stanie tworzyć wyłącznie scenariusze cząstkowe, tłumaczące pojedyncze wątki i zdarzenia ale wspólnie nie składające się w jedną, wewnetrznie spójną narrację. Nie wydaje mi się, żeby ktoś był w stanie zebrać wszystko co wiemy w taki scenariusz, którego nie dałoby się z dziecinną łatwością obalić.

Z tym się po prostu nie da się nic zrobić, tę "aferę" można już tylko zakrzyczeć. Wybrnąć sie nie da, bo samego Tuska można zapędzić w kozi róg góra trzema pytaniami o 30 lipca. Przez kilka zbyt szybkich i nieprzemyślanych ruchów na etapie ratowania twarzy, Platforma postawiła się w sytuacji, w której każda uczciwa analiza będzie w jakiś sposób obciążać Tuska, który w najlepszym razie, "tylko" kłamał aby kryć kolegów. Porównując więc "aferę hazardową" do "afery Rywina", Tusk jest w dużo gorszej sytuacji niż Miller, bo sam na siebie zastawił kilka pułapek nieprzemyślanymi "dupokrytkami", na czele z kalendarium Cichockiego. Gdyby  kalendarium nie zostało opublikowane, sytuacja byłaby dużo bardziej plastyczna. Teraz już niewiele można zrobić, a w te sklecone wtedy naprędce ramy, dzisiaj nie da się wpasować elementów, które doszły później. Jak choćby właśnie polecenia z 30 lipca.

Jeśli dużo bardziej niewinna "afera Rywina" obaliła Millera, to co by zostało z Tuska, gdyby się nagle dziennikarze wzięli za rzetelne badanie i zaczęli stawiać pytania, których niezadanie ich po prostu kompromituje? "Afera hazardowa" ma ogromny potencjał niszczycielski, gdyby dziennikarze potraktowali ją tak jak na to zasługuje, poparcie dla Platformy stopniałoby o połowę. To oczywiście czyni z odliczającego dni do prezydentury Tuska, a także z jego partii, zakładników mediów. Bo przecież nie jest tak, że Tuskowi afery nie szkodzą. Tuskowi nie szkodzi na razie wyobrażenie jakie o aferach ma ogromna większość, śledząca je pobieżnie z medialnych relacji, w których czarnym charakterem jest wyłącznie Kamiński. No i może jeszcze agent Tomek.




09:28, kataryna.kataryna , Afera hazardowa
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22