pozytywka@gmail.com
| < Lipiec 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
niedziela, 22 czerwca 2014
Dyplomatołek

Radosław Sikorski: Nie miałem świadomości, że moja rozmowa z prezydentem w sprawie negocjacji tarczy antyrakietowej była objęta tajemnicą państwową, dlatego relacjonowałem ją moim kolegom politykom.

Tak sześć lat temu tłumaczył się opinii publicznej i prokuratorowi minister Sikorski, gdy jedna z gazet opublikowała dość szczegółową relację z jego rozmowy z prezydentem. Prezydent podejrzewał - pewnie słusznie, sądząc po owocach - że rząd Tuska dogadał się z Demokratami na takie przeciąganie negocjacji w sprawie tarczy antyrakietowej, aby to administracja Obamy, a nie odchodzącego Busha, podpisała porozumienie o budowie tarczy.  

Nie przypominam sobie, żeby którekolwiek z mediów publikujących fragmenty tamtej tajnej rozmowy Kaczyński - Sikorski miały moralne dylematy czy ją publikować. Przeciwnie, relacjonowana kolegom przez Sikorskiego rozmowa stała się kolejnym powodem do kpin i bezpardonowego obrażania  podejrzliwego i niepoważnego prezydenta. Janusz Palikot (wtedy jeszcze jeden z liderów  PO) komentował "Uważam prezydenta za chama. Jego wypowiedzi dotyczące sposobu protokołowania spotkania z ministrem spraw zagranicznych są chamskie i one go kompletnie dyskredytują jako prezydenta tego kraju"

Gdzie była polska racja stanu, gdy Sikorski chlapał na lewo i prawo o czym rozmawiał z prezydentem? Treść tamtej rozmowy była dużo bardziej wrażliwa niż ujawnione dzisiaj knajpiane wywody, ale nie przypominam sobie żadnych dyskusji w mediach, o tym czy takie rozmowy powinno się publikować, nikt się też nie oburzał na Sikorskiego, że w takich sprawach był tak niedyskretny. Dzisiaj Blumsztajn deklaruje otwarcie, że on by rozmowy Sikorski-Rostowski nie opublikował i w to akurat wierzę. A gdyby ktoś im przyniósł podobną rozmowę Fotygi? Trudno mi sobie wyobrazić jakieś moralne rozterki, w końcu "taśmy prawdy" PiSowskiego kandydata na prezydenta Elbląga media grzały do oporu, nie zastanawiając się ani kto je nagrał, ani po co, ani czy wypada. Jak to było? "Nam nie jest wszystko jedno"?

A skoro o Wilku mowa, od tamtego czasu zmieniły się nie tylko standardy w zakresie publikowania nielegalnych podsłuchów, ale też stosunek do wulgarnego języka elit. Przypomnijcie sobie jak komentował to aspirujący do roli dziennikarskiego sumienia Jacek Żakowski.

Jacek Żakowski: Muszę powiedzieć, że fikołki, które wykonują politycy PiS, żeby tego nie zauważyć, nie ocenić, są dla mnie zadziwiające. Zadziwiające jest też to, jaki poziom kulturowy i intelektualny zaprezentował pan Wilk. To jest wstrząsające. Jak łatwo ta kiepska jakość elity ujawniająca się przed opinią publiczną jest akceptowana przez tych członków elity, którzy mieli to szczęście, że ich rozmowy nie trafiły jeszcze do internetu i gazet. To jest dla mnie zadziwiające. Nawet nie chodzi o treść, ale jakość kulturową tej komunikacji, bo ona oddaje też jakość motywacji takiego człowieka w polityce. Myślę, że pozwala spodziewać się różnych poważniejszych nadużyć, gdyby ten polityk sprawował jakąkolwiek funkcję.

Myślicie, że dzisiaj by to powtórzył?

 

 

 

 

 

20:06, kataryna.kataryna
Link Komentarze (27) »
wtorek, 17 czerwca 2014
Przychodzi Belka do Sienkiewicza...

Mam wrażenie, że nie doceniamy długofalowego znaczenia tej rozmowy, ale co ja tam wiem...

Wczoraj premier zbył rozmowę Belka-Sienkiewicz zapewnieniem, że gdy panowie rozmawiali o projekcie ustawy, był on już znany i procedowany, więc o żadnych dealach nie może być mowy. Sprawdziłam.

Lipiec 2013. Sienkiewicz rozmawia z Belką w knajpie u Sowy. Według oficjalnej wersji, inicjatorem spotkania był Belka, potwierdzałby to zresztą fragment rozmowy, w którym towarzyszący Belce Cytrycki mówi, że on płaci. 

14 sierpnia 2013. Pojawia się pierwsza, "rostowska" wersja założeń do omawianej w knajpie ustawy. 

Wersja "rostowska"

16 sierpnia 2013. Ministerstwo Finansów rozsyła projekt założeń do konsultacji, pismo z projektem oficjalnie trafia do NBP.

20 sierpnia 2013. "Newsweek" informuje o dymisji Rostowskiego. "Minister Rostowski nie złożył żadnej dymisji. Plotki czy nagonka?" - pyta na twitterze premier.

2 września 2013. Narodowy Bank Polski pisze pismo z uwagami do projektu "rostowskiego".

Uwagi NBP

20 listopada 2013. Dymisja Rostowskiego.

21 listopada 2013. Nominacja Szczurka.

22 listopada 2013. Ministerstwo Finansów przygotowuje nowy projekt założeń. 

Wersja "szczurkowa"

Wersja druga projektu zalożeń różni się od pierwszej, między innymi, całym nowym rozdziałem dotyczącym "sformalizowanego wyodrębnienia instrumentów na rzecz zapewnienia stabilności krajowego systemu finansowego od instrumentów polityki pieniężnej". Ten fragment projektu jest w całości "wyjęty" z pisma z uwagami NBP. Poniżej porównanie.

Postulaty NBP

Postulaty NBP uwzględnione w "szczurkowej" wersji ustawy

Jeśli chcemy zrozumieć znaczenie negocjacji Belka-Sienkiewicz, trzeba sie wgryźć w znaczenie zmian skutecznie wrzuconych do projektu założeń między wersją "rostowską" a "szczurkową". To tylko założenia do ustawy, trzeba więc umieć sobie wyobrazić do wprowadzenia jakich zmian w docelowej ustawie - jak już dojdzie do przekładania założeń na ustawę - mogą się przydać przyjęte w "belkowym" kształcie założenia.

Nie będę udawać, że się na tym znam, ale pierwsza z brzegu rzecz. Belka proponował (a Szczurek wpisał do założeń) "umieszczenie odrębnego przepisu wskazującego na możliwość udzielania przez NBP kredytów w celach stabilnościowych bankom oraz innym podmiotom objętym nadzorem KNF". Według obowiązującej dzisiaj ustawy o NBP, bank centralny "może udzielać bankom kredytu refinansowego w złotych w celu uzupełnienia ich zasobów pieniężnych". Jeśli dobrze rozumiem intencję, zmiany znacząco rozszerzyłyby możliwości kredytowe NBP, nie tylko jeśli chodzi o rodzaj kredytów, ale przede wszystkim o podmioty jakim można będzie ich udzielać. Wspomniane "podmioty objęte nadzorem KNF" to nie tylko banki  ale też fundusze emerytalne, ubezpieczyciele, SKOKi, fundusze inwestycyjne i inne instytucje rynku finansowego. 

Jak bardzo istotna to jest zmiana? Na jakie ustawowe zapisy może się przełożyć? Jak zmienią się możliwości interwencji NBP i faktycznego wspierania polityki rządu przez bank centralny? Nie mam pojęcia ale zmiana na chłopski rozum nie wydaje mi się językowo-techniczna. Więc jeśli czarno na białym widać, że w projekcie pojawiła się wrzutka, że pojawiła się po knajpianych pozaproceduralnych negocjacjach prezesa, który ma obowiązek nie mieszać się do polityki, z ministrem, który nie ma wiele wspólnego z rynkiem finansowym, to chyba nie jest tak, że nic się nie stało. 

Kończąc swoje rozważania ignorantki, zwracam uwagę na to, że razem z głośnym projektem założeń do ustawy o NBP, do procedowania wraca projekt ustawy o nadzorze makroostrożnościowym. Tej samej, w której zapisano Radę ds. Ryzyka Systemowego, blokowaną podobno przez Rostowskiego, który - według Belki -  "ma za małego ch.." i nie chciał zgodzić się na powołanie Rady,  w której byłby zastępcą Belki. 

15:03, kataryna.kataryna
Link Komentarze (7) »
piątek, 29 listopada 2013
Wańka Wstańka

Puls Biznesu: Biznesmen jest winien wierzycielom 60 mln zł, a rozkręca platformę płatności mobilnych i startuje w przetargach informatycznych. (...) Wczoraj zaprezentował wraz z TK Telekom nową usługę, pozwalającą kupić bilet PKP Intercity przez komórkę. Bilkom, budowany na platformie Konrada Wojterkowskiego, jest wyjątkowo przyjazny dla użytkownika. — To mój powrót na rynek i metoda na spłatę zobowiązań — mówi Konrad Wojterkowski, który trzy lata temu zajechał astonem martinem pod kancelarię premiera, by złożyć Donaldowi Tuskowi życzenia urodzinowe.

Informacji o udziale skompromitowanej i zadłużonej firmy Wojterkowskiego w przedsięwzięciu Bilkom próżno jednak szukać na oficjalnych stronach TK Telekom, spółki, której jedynym udziałowcem jest państwowa firma PKP. TK Telkom ani w samej aplikacji, ani w informacjach prasowych na jej temat nie przyznaje się do współpracy z byłym biznesmenem, zupełnie inaczej niż on sam, bo o swoim zaangażowaniu informował nie tylko Puls Biznesu, ale także cały świat na Facebooku. Trudno sobie wyobrazić, że Wojterkowski chwali się na prawo i lewo czymś z czym nie ma nic wspólnego więc pewnie z TK Telekom współpracuje, a jeśli w tej współpracy upatruje szansy na spłatę gigantycznych długów i powrót do wielkiego biznesu to raczej nie jest ona okazjonalna i luźna. TK Telekom nie chce być kojarzone z Wojterkowskim i jego firmami-bankrutami, nic dziwnego, pozostaje jednak pytanie dlaczego w ogóle we współpracę z Wojterkowskim wszedł, gdy jego wiarygodność Puls Biznesu podsumowuje tak.

Puls Biznesu: Wierzyciele bankruta MCSI wciąż są w kropce. Największym z nich, czyli bankom, były informatyczny potentat stworzony przez Konrada Wojterkowskiego zalega około 60 mln zł. I chyba wkrótce wiele się w tej sprawie nie zmieni, bo wierzyciele nie wyrazili chęci poszukiwania majątku spółki. (...) A skoro nie ma chętnych do pokrycia kosztów, sąd nie miał wyboru — umorzył postępowanie. (...) — Żeby coś odnaleźć, trzeba by zacząć od zrekonstruowania księgowości spółki. MCSI nie prowadziła jej przez ostatnie dwa lata działalności. Koszt takiej operacji to minimum 100 tys. zł. Udało się jedynie ustalić, że za cypryjskim Belnax Commercial Company, od zeszłego roku kontrolującym MCSI, stoi Konrad Wojterkowski — tłumaczy Krzysztof Gołąb. Wcześniej nie było jasne, czy MCSI wciąż kontroluje jej założyciel, który unikał odpowiedzi na pytania o spółkę z Cypru. Podczas kilkumiesięcznych porządków w MCSI spółka przeżyła kilkanaście kontroli, m.in. skarbówki, Urzędu Celnego i Urzędu Pracy. Interesowała się nią też ABW. 

Wojterkowski szykuje się do powrotu do wielkiego biznesu, ale na salony i do mediów już wrócił, jest jedną z twarzy trwającej właśnie kampanii przeciwko przemocy wobec kobiet. Najwyraźniej nikomu z zaangażowanych osobiście i finansowo w kampanię nie przeszkadza fakt, że na kampanii lansuje się człowiek tak wątpliwej reputacji. Ich sprawa, dużo bardziej interesuje mnie zaangażowanie państwowej firmy w cichą współpracę z szemranym biznesmenem. Jeśli oczywiście Wojterkowski nie konfabuluje, ale o to go nie podejrzewam bo cała jego biznesowo-publiczna działalność świadczy o wielkim sprycie i świetnym umocowaniu, warto przypomnieć historię pewnego rozporządzenia, do której wkrótce wrócę w kontekście rozkręcającej się właśnie infoafery.

Dziwne losy pewnego rozporządzenia 






 

13:42, kataryna.kataryna
Link Komentarze (291) »
piątek, 10 maja 2013
Nowak bije rekord Palikota

Roman Giertych żąda zakazu sprzedaży tytułu "Wprost" oraz 30 milionów zadośćuczynienia za krzywdę jaką ministrowi Nowakowi wyrządził Michał Majewski pamiętnym i niesłusznie zlekceważonym artykułem o zegarkach. Tekst Majewskiego miał ok. 10 000 znaków, Nowak żąda więc ok. 3 000 zł za każdy znak. To chyba rekord. 

Poprzedni rekord należał do Janusza Palikota, który cztery lata temu za tekst - żeby było zabawniej również autorstwa Michała Majewskiego - żądał 10 milionów. "Palikot jest spanikowany, wpadł w popłoch, strzela absolutnie na oślep" - komentował wtedy informację o wysokości roszczenia Majewski i dość szybko okazało się, że miał rację bo Palikot swój z hukiem ogłoszony pozew obliczony na zastraszenie i zakneblowanie dziennikarza wkrótce cichcem wycofał. 

Wytoczenie Majewskiemu procesu i wycofanie się z niego kosztowało Palikota - jak obliczyło Polskie Radio - ok. 150 000 zł, tyle bowiem musiał zapłacić za wpis sądowy i koszty.

Polskie Radio: Jacek Kondracki oświadczył w Sądzie Okręgowym w Warszawie, że cofa oba pozwy. "Nie wierzę" - powiedział w pierwszej chwili sędzia Paweł Pyzio. Potem umorzył postępowanie. Przyznał też stronie przeciwnej - wydawnictwu Axel Springer Polska i b. naczelnemu "Dziennika Polska Europa Świat" Robertowi Krasowskiemu zwrot kosztów procesu - łącznie ok. 47 tys. zł. Konsekwencją cofnięcia pozwów jest także utrata przez Palikota 102,5 tys. zł wpisu sądowego za dwa procesy, który opłacił kilka miesięcy temu. Mec. Kondracki, który jest zobowiązany wykonywać wolę swego mocodawcy, w żaden sposób tego nie skomentował. Pytany, czy jest zaskoczony decyzją swego klienta odparł, że był nią zaskoczony w sobotę, gdy się o tym dowiedział. 10 mln zł żądanego przez Palikota zadośćuczynienia byłoby rekordem - dotychczas żaden polski sąd nigdy nie zasądził takich pieniędzy w procesie o ochronę dóbr osobistych.

Palikot zablefował, zagrał wysoko licząc, że ogromna kwota wystraszy dziennikarzy i wydawcę, zmuszając ich do ugody i zamykających sprawę przeprosin, a innych skutecznie zniechęci do gmerania w kieszeni Palikota. Nie wyszło, redakcja nie spękała i blef Palikota drogo go kosztował. 

Dzisiejsze zagranie tandemu Nowak-Giertych wygląda na podobną taktykę i mam nadzieję, że przyniesie podobnie żałosny efekt. Nowak liczy, że 30 milionów skutecznie zniechęci dziennikarzy (a jeśli nie ich samych, to naczelnego lub wydawcę) do naruszania dobrego imienia Sławomir. Trzymam mocno kciuki za odwagę dziennikarzy i wydawcy, liczę, że i tym razem powiedzą "sprawdzam". Nie tylko dlatego, że nie znalazłam w artykule Majewskiego nic zasługującego na taką karę, i nie tylko dlatego, że chciałabym aby adwokaci dziennikarzy zmusili Nowaka i jego kolegów do zeznawania pod przysięgą w sprawach będących przedmiotem artykułu. Także dlatego, że państwo w którym władza uważa, że nie musi się z niczego tłumaczyć bo w razie czego postraszy patrzących jej na ręce wizją bankructwa, nigdy nie będzie nornalne. 

A tak na marginesie, ciekawa jestem jak Nowak sfinansuje koszty procesu, sam wpis sądowy będzie go kosztował dużo więcej niż ma - jeśli wierzyć jego oświadczeniu majątkowemu - zgromadzone w gotówce. 

Palikot pozywa Dziennik za tekst Majewskiego 

Palikot wycofuje pozew przeciwko Dziennikowi

Oświadczenie majątkowe ministra Nowaka

 

17:20, kataryna.kataryna
Link Komentarze (5000) »
wtorek, 07 maja 2013
CBA policzy Nowakowi zegarki

Marek Biernacki: Kontrakty rządowe z firmą reklamową powinny zostać zbadane przez CBA, to naturalne. Sam minister Nowak powinien poprosić o to, żeby zostało to zweryfikowane, bo to jest w jego interesie oczyścić się przed opinią publiczną.

"To śmieszne, że muszę się z tego tłumaczyć" - mówił jeszcze kilka dni temu sam Nowak o zegarku, rzekomo pożyczonym od kolegi tylko na tydzień. Wczorajszy Wprost co prawda mocno nadwerężył wiarygodność tego tłumaczenia, wytykając ministrowi, że ów tydzień rozciągał się gdzieś tak między wrześniem a kwietniem, bo w pożyczonym "na chwilę" zegarku widziano na przestrzeni pół roku. Na szczęście dla Nowaka, premiera takie nieścisłości nie ruszają i stoi murem za swoim ministrem, choć ten złamał co najmniej dwa przepisy gwarantujące przejrzystość majątków urzędników państwowych, nie wpisując zegarka od rodziny ani do rejestru korzyści, ani do oświadczenia majątkowego.

Po porannej wypowiedzi Biernackiego - a dwa tygodnie po pierwszej publikacji Wprost - ocknęło się wreszcie wezwane do tablicy CBA i poinformowało, że coś tam sobie sprawdza. "Analiza przedkontrolna zbada wszelkie informacje na temat możliwych nieprawidłowości i ma odpowiedzieć na pytanie, czy są przesłanki do tego, aby rozpocząć inne działania kontrolne, śledcze" - brzmi jak coś czego Nowak absolutnie nie musi się obawiać, tym bardziej, że kontrola (ups, "przedkontrola") wszczęta z takim poślizgiem, sprawia wrażenie powodowanej raczej wypowiedzią Biernackiego i potrzebą oficjalnego zamknięcia tematu, niż faktycznym zainteresowaniem służby antykorupcyjnej. A jest się czym interesować, nawet bez publikacji Wprost i pożyczonego zegarka. 

W pierwszym artykule o Nowaku Wprost wspomina jeden z rządowych kontraktów Cam Media, na kwotę 34 miliony wyłożone przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych za zarządzanie wszystkimi konferencjami w ramach polskiego przewodnictwa w Unii Europejskiej. Wykonawca został wybrany w drodze przetargu, ale wokół niego smród był jeszcze w trakcie trwania procedury przetargowej, o czym - pod nazwiskami! - mówili w prasie branżowej nie tylko konkurenci zwycięskiego oferenta. Kilka cytatów z branżowego pisma MICE Poland powinno dać do myślenia CBA już w 2011 roku.

"Agencje eventowe przegrywają w MSZ"

Wiele obiekcji wśród oferentów, którym nie udało się zakwalifikować do dalszego etapu, dostarczyła punktacja tego przetargu. Pierwsza piątka z listy otrzymała dokładnie tyle samo punktów. Pozostałe zaś dzieliła od tej liczby znaczna różnica. (...) To, że do drugiego etapu przeszły dwie firmy, z których jedna jest właścicielem drugiej też w pewien sposób obrazuje ten przetarg i daje do myślenia – mówi Anna Jędrocha, prezes zarządu, Symposium Cracoviense. Przedstawiciele branży niemalże jednogłośnie sugerują, że przetarg był „ustawiony” ale choć niektóre sytuacje wskazują na działanie z pogranicza prawa, to o ewidentnym przekroczeniu tej granicy mówić nie można.  

"Wielki projekt, wielka niewiadoma" 

Kompletnie nie jesteśmy w stanie zgadnąć, dlaczego często nieznane firmy spoza branży dostały tak dużą liczbę punktów. Z doświadczenia wiem jednak, że walka z urzędnikami jest bezcelowa. Nie po raz pierwszy spotykam się z niezrozumiałymi decyzjami organów państwowych, na których dochodzenie nie mam jednak czasu lub musiałbym do tego zatrudnić specjalnie wyszkolone osoby. (...) Próby uzyskania komentarza i wglądu do dokumentów, czego domagali się pozostali oferenci w tym przetargu, spełzły na niczym. Większość ofert opatrzona została klauzulą tajemnicy firmy. (...) Szala rozgoryczenia przelała się, gdy ogłoszono wynik. Właściwie takiego rozstrzygnięcia się w branży spodziewano, po wszystkich poprzedzających wydarzeniach. Niespodzianką jednak było to, że oprócz wygranego konsorcjum firm EasyLog, IT.expert i CAM Media, żadna inna firma nie złożyła swojej finalnej oferty. – Dokładnie taki scenariusz był do przewidzenia po ogłoszeniu wyników pierwszego etapu. Taka sama liczba punków, którą otrzymało pięciu oferentów, świadczyć może o tym, że za wszystkimi stał jeden podmiot, na przykład podwykonawca. Nie jest to według mnie sprawa uczciwa. (...) Niestety w jakiś sposób ten przetarg był sterowany, ale nie jestem w stanie wyjaśnić w jaki – mówi Ewa Dziedzic-Grabowska z Max Media, firmy która występowała w konsorcjum z Polską Agencją Prasową. W strefie domysłów branżowych pozostaje sprawa tego, kto powinien czuć się odpowiedzialny za całą tę sytuację – MSZ czy oferenci. Bo co do faktu, że choć prawnie bez zastrzeżeń, to wbrew zasadom etycznym, nikt wątpliwości nie ma. (...)  Rzetelne przygotowanie tak poważnego wydarzenia wymaga przede wszystkim czasu. W przypadku tego przetargu ten czas był bardzo mocno ograniczony. Już samo ofertowanie zaczęło się zbyt późno – mówi Sabrina Żymierska. W innych krajach europejskich, które obejmowały przewodnictwo w Radzie UE, przetargi na organizację wydarzeń kończyły się zazwyczaj najpóźniej na pół roku przed ich realizacją. Branża eventowa w Polsce została postawiona w niezbyt komfortowej sytuacji, która wymagała bardzo szybkiej reakcji, a wiadomo, że tam, gdzie pośpiech, może dojść do podjęcia złych lub nietrafnych decyzji. W branży nieustannie krążyły tylko spekulacje.

Tak, wiem, że to oj tam, oj tam, takie marudzenie przegranych, ale gdy wokół przetargu na 34 publiczne miliony jest smród, o którym mówią - publicznie i pod nazwiskami - poważne osoby, to chyba warto się temu bliżej przyjrzeć. Warto było 2 lata temu, tym bardziej warto dzisiaj, kiedy już wiemy, że szczęśliwy zwycięzca to - co za zbieg okoliczności - firma obsługująca rządzącą partię, na dodatek zaprzyjaźniona z jej bardzo wpływowym politykiem, a rozstrzygające "przetarg" ministerstwo, to to samo, które dopiero co przyznało - w drodze "konkursu" - 1,5 miliona dotacji fundacji założonej półtora miesiąca wcześniej przez kumpli ministerialnych urzędników, a NIK już zapowiedział, że zajmie się ministerialnymi "konkursami" o dziwnych rozstrzygnięciach.

Może się czepiam, ale CBA chyba ma co sprawdzać?

MICE Poland "Agencje eventowe przegrywają w MSZ" 

MICE Poland "Wielki projekt, wielka niewiadoma"

Superekspres o konkursach w MSZ

 

 

 

 

14:22, kataryna.kataryna
Link Komentarze (671) »
poniedziałek, 29 kwietnia 2013
Konserwa z grilla

Nie rozumiem po co Gowinowi awantura o zarodki. Jednym nierozważnym zdaniem przykrył nie tylko swój deregulacyjny sukces, ale przede wszystkim poważne kłopoty Nowaka (bo tylko Tomasz Lis może serio twierdzić, że to co opisał „Wprost” to tylko błaha „afera lajfstajlowa”). Choć trzeba Gowinowi oddać, że nie powiedział nic szokującego i mógł nie przewidzieć jak sprawnie z jednej niewinnej wypowiedzi „koledzy” i „dziennikarze” upichcą aferę, którą będą w stanie karmić publikę przez calutki tydzień. Ale skoro mamy udawać, że w „aferze Gowina” chodzi o jakieś meritum, to poudawajmy, i spójrzmy na fakty w sprawie, która tak wzburzyła premiera i życzliwych władzy dziennikarzy.Niektórzy zapomnieli co sami mówili (lub usłyszeli) podczas sejmowych debat o in vitro, oto kilka głosów, bynajmniej nie z gowinowego zaścianka.

Małgorzata Kidawa-Błońska, partyjna koleżanka Gowina, w kwestiach światopoglądowych bardzo od niego odległa „To prawda, że w Polsce dozwolone są wszelkiego rodzaju eksperymenty (…) [in vitro] w Polsce od 23 lat w ogóle bez żadnej kontroli. (…) Nie wiemy czy nie ma handlu zarodkami, bo nikt się tym nigdy nie zajmował”.

Wątpliwości w sprawie handlu – także międzynarodowego - zarodkami nie ma za to posłanka Ruchu Palikota, lekarka z zawodu, Halina Szymiec-Raczyńska „W tej chwili handel jest możliwy i praktykowany. Powszechną praktyką jest, że niepłodnym parom oferowane są zniżki za procedurę in vitro, jeśli zgodzą się oddać komórki jajowe do dyspozycji kliniki. Blokując naszą ustawę (…) legitymizują państwo (…) niekontrolowany, międzynarodowy handel zarodkami”.

W imieniu samego premiera, fakt całkowitego braku kontroli nad klinikami potwierdził Aleksander Sopliński z Ministerstwa Zdrowia „Pragnę poinformować, iż Minister Zdrowia nie posiada kompetencji, które umożliwiłyby sprawowanie nadzoru i kontroli nad rynkiem usług z zakresu in vitro”.

Efekty tego braku kontroli? Choćby opisywana przez samą Gazetę Wyborczą sprawa tajemniczego zniknięcia z jednej z klinik zostawionych tam przez bezpłodną parę plemników, zdaniem cytowanej wcześniej posłanki Palikota, to tylko wierzchołek góry lodowej. Co ciekawe, opisując całą sprawę Gazeta wytknęła też rządowi wieloletnie ociąganie się w wprowadzeniem dyrektywy unijnej w tej sprawie, a nawet wprowadzanie w błąd Komisji Europejskiej informacjami, że już, zaraz, na dniach wszystko się zmieni gdy nikt nad ustawą nawet nie pracował. Czy ktoś za to odpowiedział? Przypuszczam, że wątpię. Gazeta Wyborcza "W Polsce nadal nie obowiązują żadne procedury. Polska nie tylko nie wprowadziła dyrektyw regulujących te kwestie, ale wprowadziła w błąd Komisję Europejską (...) Dyrektywy w sprawie m.in. dawstwa, przetrzymywania i pozaustrojowego zapładniania, w tym także in vitro, Polska powinna wprowadzić już sześć lat temu. Pierwszy raz Komisja Europejska upomniała nas w 2008 roku. Później robiła to regularnie w latach 2009, 2010, 2011 i 2012. TOK FM dotarło do odpowiedzi polskiego rządu z kwietnia 2012 roku, w której czytamy, że "w najbliższych dniach projekt ustawy zostanie przekazany do konsultacji międzyresortowych i społecznych". Oczywiście nic takiego się nie stało, a rząd zobowiązał się też, że ustawa oraz akty wykonawcze do niej wejdą w życie na przełomie listopada i grudnia 2012 roku. Pod pismem podpisała się ówczesna wiceminister zdrowia, a dziś prezes NFZ Agnieszka Pachciarz. Okazuje się, że projekt założeń do ustawy nie trafił też jeszcze do rządowego centrum legislacji. Premier jednak uspokaja - to nie jest kwestia, że my nie potrafimy. Po prostu wiemy, jakie emocje budzą te przepisy. Być może jeszcze kilka miesięcy będziemy ucierać te stanowiska - mówił Donald Tusk na konferencji prasowej i dodawał, że Polsce na razie nie grożą kary finansowe za niewdrożenie tych przepisów."

Skoro ustaliliśmy, że w Polsce nie ma żadnej administracyjnej kontroli nad zarodkami, a o eksperymentach i handlu – także międzynarodowym – mówią wprost nawet gorący zwolennicy in vitro, to może przynajmniej z tymi Niemcami Gowin namieszał? Też niestety nie, bo w Niemczech faktycznie badania są dopuszczalne tylko na importowanych zarodkach, o czym można przeczytać choćby w analizie porównawczej prawa opracowanej niedawno na potrzeby amerykańskiego Kongresu. Logika zaś podpowiada, że jak trzeba importować to najłatwiej z kraju, który najbliżej i najdzikszy. 

Gdyby chodziło o fakty, nie byłoby dzisiaj tematu dymisji Gowina bo powiedział oczywistą oczywistość, a dziennikarze zamiast wołać rozpaczliwie o jego głowę grillowaliby premiera o niewdrożoną dyrektywę i konsekwencje wobec tych, którzy na taką woloamerykankę od lat pozwalają.

Nie udawajmy więc, że jeśli Gowin poleci(ał) to za coś co zrobił lub powiedział a nie za to jaki jest. A jest - jak żona bacy ze starego kawału - ogólnie męczący.

10:43, kataryna.kataryna
Link Komentarze (443) »
wtorek, 23 kwietnia 2013

Przychodami są (...) otrzymane lub pozostawione do dyspozycji podatnika w roku kalendarzowym pieniądze i wartości pieniężne oraz wartość otrzymanych świadczeń w naturze i innych nieodpłatnych świadczeń. (...) Wartość pieniężną innych nieodpłatnych świadczeń ustala się: (...) jeśli przedmiotem świadczeń jest udostępnienie lokalu lub budynku - według równowartości czynszu, jaki przysługiwałby w razie zawarcia umowy najmu tego lokalu lub budynku. W pozostałych przypadkach - na podstawie cen rynkowych stosowanych przy świadczeniu usług lub udostępnianiu rzeczy lub praw tego samego rodzaju lub gatunku, z uwzględnieniem w szczególności ich stanu i stopnia zużycia oraz czasu i miejsca udostępniania. 

(Ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych)

Nie jest to martwy zapis, o czym można przekonać się czytając liczne interpretacje podatkowe udzielone podatnikom dopytującym fiskusa o to, jak potraktuje otrzymane przez niech w nieodpłatne użytkowanie nieruchomości i rzeczy. Jednemu z podatników urzędnik skarbowy tak tłumaczył zasady opodatkowania umowy użyczenia - czyli tego co co łączyło ministra Nowaka i jego kolegę "w temacie" zegarków.

Umowa użyczenia jest jedną z umów nazwanych, obok najmu i dzierżawy, regulujących zasady używania rzeczy. Zgodnie z art. 710 ustawy Kodeks cywilny użyczenie jest umową, przez którą użyczający zobowiązuje się zezwolić biorącemu, przez czas oznaczony lub nie oznaczony na bezpłatne używanie oddanej mu w tym celu rzeczy. Istotą tej umowy jest jej bezpłatny charakter, co oznacza, że biorący w używanie nie ma obowiązku dokonywania żadnych świadczeń i opłat na rzecz dającego do bezpłatnego używania. Co do zasady, oddanie nieruchomości do nieodpłatnego używania innej osobie rodzi skutki podatkowe dla obu stron umowy, powodując powstanie przychodu zarówno po stronie użyczającego, jak i użytkującego.

(indywidualna interpretacja podatkowa Ministerstwa Finansów)

Cóż, nie wszyscy mają takie szczęście jak minister Graś, mieszkający sobie latami w cudzej willi i niepłacący z tego tytułu żadnych podatków. Gdyby minister Graś był tylko panem Grasiem, dowiedziałby się od fiskusa, że podatek z tytułu nieodpłatnego użyczenia lokalu należy się państwu zarówno od tego, kto nieruchomość za darmo użycza, jak i temu kto ją w użyczenie dostaje. Tak jak pewna pani, która użyczyła swojego mieszkania nieodpłatnie stowarzyszeniu na jego działalność statutową i była na tyle nierozważna, żeby zapytać fiskusa czy mu się z tego tytułu coś należy. No i się dopytała.

Z przedstawionego we wniosku stanu faktycznego wynika, że Wnioskodawczyni użyczyła bezpłatnie lokal na rzecz Stowarzyszenia. Rozliczenia za świadczenia na rzecz lokalu (czynsz, opłaty wyliczona na podstawie liczników – energia, woda) są bezpośrednio regulowane przez ww. Stowarzyszenie. (...) Za przychód z nieruchomości odstąpionych bezpłatnie w całości lub części do używania innym osobom fizycznym i prawnym oraz jednostkom organizacyjnym niemającym osobowości prawnej uważa się wartość czynszową, stanowiącą równowartość czynszu, jaki przysługiwałby od tych osób w razie zawarcia umowy najmu lub dzierżawy nieruchomości. (...)  stwierdzić należy, iż kwota czynszu - dokonywana przez biorącego w użytkowanie lokal, tj. Stowarzyszenie - stanowi dla Wnioskodawczyni przychód z innych źródeł i podlega opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób fizycznych na zasadach ogólnych.

(indywidualna interpretacja podatkowa Ministerstwa Finansów)

Jak widać z powyższej interpretacji podatkowej, nieprzystosowana do życia w III RP obywatelka, która nie dość, że się udziela społecznie oddając do dyspozycji swój majątek jakiemuś stowarzyszeniu, to jeszcze się do tego głupio przyznaje fiskusowi, musi zapłacić podatek od pieniędzy, których na oczy nie zobaczyła i trudno doprawdy uznać je za jej przychód. Bo fiskus każe sobie płacić podatek nawet od przychodów utraconych, jak w tym przypadku. Oczywiście, jeśli się jest jakąś panią Kowalską. Minister Graś takich problemów nie ma i nie będzie ich miał też minister Nowak, choć niewątpliwie pożyczanie od kogoś drogiego zegarka jest w świetle nie tylko litery prawa, ale także dotychczasowych interpretacji podatkowych użyczeniem.

Kwestie podatkowe to nie jedyny problem z zegarkami ministra Nowaka, minister nie wpisał do Rejestru Korzyści tych, które zostały mu "użyczone", tu od biedy możemy uznać, że nie wiedział. Nie ma jednak żadnego usprawiedliwienia dla nieujęcia w oświadczeniu zegarka od rodziny, bo jest tam pytanie o "składniki mienia ruchomego o wartości powyżej 10 000 zł, a zegarek jest wart ok. 30 000 zł.

Kogo to jednak obchodzi? A jeśli już obejdzie, na pewno znajdzie się rozgrzany prokurator, który wytłumaczy, że "nieprawidłowości w oświadczeniach majątkowych pana posła wynikają z filozoficznego wykształcenia i stosunku do wartości materialnych". 

Prawo, w szczególności podatkowe, jest dla frajerów, takich jak ta babka oddająca lokal stowarzyszeniu za darmochę, czy moja koleżanka, samotna matka, co roku wzywana do urzędu skarbowego, bo korzysta z ulgi na rehabilitację ciężko chorego syna (sam obóz kosztuje ją rokrocznie 10 000 zł) więc urząd musi sprawdzać, czy akt urodzenia oraz lekarska diagnoza są takie sam jak rok wcześniej. 

Nie mówcie mi więc proszę, że sprawa zegarków Nowaka jest banalna, w niej jak w soczewce widać jakie mamy przyjazne państwo. I dla kogo.

15:27, kataryna.kataryna
Link Komentarze (284) »
niedziela, 24 marca 2013
Być jak Owsiak

Wprost: Przed niespełna miesiącem [Owsiak] wraz z żoną ostro zareagowali na śmierć 2,5-rocznej Dominiki, do której nie przyjechało pogotowie. (...) Minister zdrowia Bartosz Arłukowicz, przyparty do muru emocjonalnym oświadczeniem słynnego działacza społecznego, zaczął z nim negocjacje. Powołano roboczy zespół przedstawicieli Owsiaka i Arłukowicza. Cel? Zorganizowanie opłaconych przez ministerstwo szkoleń dla wszystkich 2800 dyspozytorów pogotowia. (...) Organizacją i logistyką przeszkolenia blisko 3 tys. osób miałby się zająć wedle Owsiaka Złoty Melon.  To spółka zarządzana przez Owsiaka, której właścicielem jest WOŚP. (...) Szef Orkiestry i zarazem prezes Złotego Melona chce, by kursy ruszyły jeszcze wiosną i były obowiązkowe - na podstawie rozporządzenia ministra. - Tu nie trzeba powoływać komisji na pół roku. Niech po zakończeniu prac zespołu roboczego minister usiądzie ze swym konsultantem ds. medycyny ratunkowej i w 48 godzin podejmie decyzję, jak powinien wyglądać standard pracy dyspozytora medycznego w pogotowiu.

Spodziewam się, że minister szybko znajdzie kasę (oraz nadzwyczajny tryb jej wydania bez przetargu), bo jak się "Juras" poprzednio wkurzył, to interweniował - publicznie - sam premier ("jest potrzebna jakaś pomoc, współpraca z dowolnym resortem, w tym resortem zdrowia, ja jeszcze dziś dowiem się, na czym polega problem") a sympatyczny skądinąd Arłukowicz ma dość problemów w resorcie, żeby sobie pozwalać na gniew "Jurasa". Skuteczność jednorazowego focha Owsiaka będzie jednak bardzo gorzką lekcją dla wszystkich, a najbardziej dla samego środowiska związanego z ratownictwem medycznym.

Uchwalona w 2006 roku Ustawa o Państwowym Ratownictwie Medycznym nakłada na ratowników medycznych i dyspozytorów pogotowia obowiązek doskonalenia zawodowego, i - sądząc po obszernej korespondencji jaką w tej sprawie wysyłała do "wszystkich świętych" Polska Rada Ratowników Medycznych, oni by bardzo chcieli ale, jak zwykle, problemem są pieniądze. 

Ratownicy medyczni do ministerstwa: Zgodnie z zapisami Ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, która to wprowadza prawo i obowiązek doskonalenia zawodowego dla ratowników medycznych i dyspozytorów medycznych, kto ponosi koszty obowiązkowego doskonalenia zawodowego.

Ratownicy pytają ministerstwo

Ministerstwo do ratowników: Aktualnie brak jest podstaw prawnych, w oparciu o które można by dofinansować z budżetu Ministra Zdrowia doskonalenie ww. grup zawodowych. Ponadto w ocenie skutków regulacji stanowiącej część uzasadnienia do rozporządzenia w sprawie doskonalenia zawodowego dyspozytorów medycznych określono, iż koszty doskonalenia zawodowego może ponosić dyspozytor medyczny, bądź dysponent jednostki, która zatrudnia dyspozytora medycznego lub zawiera z nim umowę cywilnoprawną.

Ministerstwo odpowiada ratownikom

Korespondencja jest sprzed roku, niewiele się więc pewnie zmieniło od tamtego czasu, a wtedy - jak można przeczytać w odpowiedzi ministerstwa - ze szkoleniem dyspozytorów zasadniczo nie było problemów, a nawet jeśli były to "brak było podstaw prawnych" by je dofinansowywać z pieniędzy ministerstwa. Jeśli teraz, w odpowiedzi na histeryczny wybuch Owsiaków, minister nagle znajdzie pieniądze, których niecały rok temu prawo mu nie pozwalało szukać w budżecie resortu, żeby za nie kupić u Owsiaka szkolenia, które rok temu uważało za zbędne, będzie to kolejny symptom słabości państwa, w którym to nie argumenty a krzyk do kamery są w stanie coś zmienić. A może nawet nie zmienić, co uruchomić kasę, potrzebną żeby krzyk umilkł. Ogólnopolska Federacja Organizacji Pozarządowych, w swoim oświadczeniu ostro skrytykowała "szczególne traktowanie jednej organizacji, bez poparcia jej wyboru jakimkolwiek merytorycznym kryterium" a powołanie bilateralnej gruoy roboczej ds. ustalenia szczegółów zlecenia "próbą skanalizowania protestu jednej z najbardziej medialnych organizacji". Trudno się z tym głosem nie zgodzić. Jutrzejszy Wprost nie rozwieje tych wątpliwości, przeciwnie, pytania się mnożą, a jeśli minister zdecyduje się zrealizować złożoną Owsiakowi obietnicę, pytań będzie więcej. Bo chyba nawet w "dzikim kraju" nie wszystko można tak po prostu po uważaniu.

Oświadczenie OFOP

 

 

 

22:25, kataryna.kataryna
Link Komentarze (1096) »
sobota, 16 marca 2013
Pacjent, słabe ogniwo

Elżbieta Radziszewska:  Tam na szpitalnych oddziałach ratunkowych czeka kilkadziesiąt osób, najczęściej ludzie nie wiedzą, że mają tę nocną pomoc i świąteczną w ramach "peozetu" (podstawowej opieki zdrowotnej). Coś trzeba zmienić. Część osób z wygody, zwykłego cwaniaczenia, udaje się tam.

Przyzwyczaiłam się już, że w państwie Platformy najsłabszym ogniwem jest zawsze obywatel, tak też jest w służbie zdrowia - system sprawny, wszystko hula, tylko z pacjentami same kłopoty. Jak nie starsi ludzie "przyzwyczajeni do traktowania wizyt u lekarza co dwa tygodnie jako rozrywki" (Joanna Mucha) to te tłumy cwaniacko po nocach szturmujące szpitale w sprawach, które mogliby załatwić w dzień. Bo przecież placówki medyczne tip top, jedna lepsza od drugiej a czas oczekiwania na wizyty u niektórych specjalistów wynosi zaledwie kilkanaście miesięcy. To czemu cwaniaczą?

Tylko jakoś NIK trochę inaczej to widzi. W ogłoszonym pół roku temu raporcie z kontroli "Funkcjonowanie systemu ratownictwa medycznego" jasno wskazuje, że problem jest w systemie, a nie w biednym pacjencie na niego skazanym. 

Najwyższa Izba Kontroli: Szpitalne oddziały ratunkowe (SOR) udzielały świadczeń zdrowotnych wszystkim zgłaszającym się pacjentom z zachowaniem obowiązujących standardów. Udzielano ich również osobom, które nie znajdowały się w stanie zagrożenia zdrowotnego, a więc nie kwalifikowały się do takiej formy pomocy. Działanie takie stanowiło naruszenie ustawy o państwowym ratownictwie medycznym. Sytuacja ta stwarza zagrożenie dla pacjentów, którzy faktycznie potrzebują pomocy ze strony SOR i grozi likwidacją tych oddziałów w sytuacji, gdy na skutek wzrostu kosztów stają się deficytowe dla szpitali. (...) Powoduje również nieuprawnione pokrywanie ze środków przeznaczonych na finansowanie lecznictwa zamkniętego kosztów diagnostyki i leczenia osób, które ze względu na swój stan zdrowia powinny korzystać z podstawowej oraz specjalistycznej ambulatoryjnej opieki zdrowotnej. W poszczególnych kontrolowanych szpitalach stanowiły one szacunkowo od 30% do 80% zgłaszających się. W ocenie NIK sytuacja ta była konsekwencją ograniczonej dostępności ambulatoryjnej opieki zdrowotnej oraz braku skutecznego mechanizmu pozwalającego na ograniczenie świadczeń dla osób, które nie znajdowały się w stanie zagrożenia zdrowotnego. (...) Do centrów urazowych kontrolowanych szpitali kierowani byli wszyscy pacjenci z urazami, mimo precyzyjnie opisanych kryteriów kwalifikacji i transportu pacjentów do ośrodka urazowego. Stanowiło to obciążenie dla personelu i powodowało dodatkowe koszty (...) Kontrolowane jednostki systemu w znacznym stopniu obciążane były udzielaniem świadczeń zdrowotnych pacjentom, którzy nie znajdowali się w stanie zagrożenia zdrowotnego, głównie z powodu niedostatecznie zorganizowanej ambulatoryjnej opieki medycznej. Problem ten dotyczył szczególnie szpitalnych oddziałów ratunkowych, które odgrywają kluczową rolę w systemie ratownictwa medycznego. Ograniczenie wykorzystywania SOR do celów niezwiązanych z ratownictwem medycznym uzależnione jest od zmian systemowych poprawiających organizację i funkcjonowanie ambulatoryjnej opieki zdrowotnej. Doraźną poprawę sytuacji mogą przynieść działania na poziomie poszczególnych szpitali podejmowane przez ich kierowników. (...) Najwyższa Izba kontroli zwraca się do ministra zdrowia i Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia o rozważenie wprowadzenia zmian w systemie finansowania SOR. Dotychczasowy system, przy znacznej liczbie zgłaszających się pacjentów, którzy nie kwalifikują się do leczenia na tych oddziałach, powoduje, że ich działalność staje się deficytowa. Stan ten stwarza zagrożenie dla dalszego funkcjonowania SOR, niezbędnych dla prawidłowej realizacji zadań systemu ratownictwa medycznego.

Raport jest przerażający, tak jak przerażające jest każde doświadczenie pacjenta z publiczną służbą zdrowia. Ale co o tym może wiedzieć Radziszewska, na którą pod sejmem czeka karetka, a w razie potrzeby - rządowa lecznica? Nie zwalaj więc, droga władzo, winy na cwaniaczącego pacjenta, bo każdy z nich by wolał iść w dzień do normalnej przychodni niż dobijać się do szpitala. A raport NIK nie pozostawia wątpliwości, że problem jest w systemie, pacjent go używa, czasami nadużywa, ale to nie on go tworzy i nie on go może naprawić. I chciałabym aby ktoś wreszcie zmusił do Radziszewską to wytłumaczenia się co, jako członkini sejmowej komisji zdrowia, zrobiła przez te pół, żeby wymusić na ministrze postulowane przez NIK zmiany. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

21:03, kataryna.kataryna
Link Komentarze (310) »
niedziela, 03 lutego 2013
Kołtunem w kołtuna czyli test na tolerancję

Anna Grodzka: Warto zauważyć, że pani Krystyna Pawłowicz nie ma dzieci. Ciekawa jestem, czy badała swoje geny. (…) Bo przy niewrażliwości na androgeny bardzo często osoba z kariotypem XY (męskim - red.) rozwija się w kierunku kobiecym, czyli po prostu jest kobietą, ale jej kariotyp jest męski.

Kto by pomyślał, że właśnie w Annie Grodzkiej Krystyna Pawłowicz znajdzie godną partnerkę do roztrząsania kwestii dzietności. Pawłowicz wie, że związki bezdzietne są "jałowe", a Grodzka wie, dlaczego są bezdzietne. Przez męski kariotyp kobiety. Ciekawe jak się z tym poczuły wszystkie kobiety, które nie chcą lub nie mogą mieć dzieci. Cielecka, Szulim, Czubaszek, o kobietach uciekających się do in vitro, żeby mieć dzieci, nie wspominając, powinny zbadać swoje geny, bo może po prostu za dużo w nich mężczyzny? Chciałoby się dodać "I kto to mówi?". 

I tak, kołtun spotkał się z kołtunem, a my możemy raczyć się uroczą dyskusją o tym, kto z kim i co z tego wynika. A tygodnik pretendujący do miana opiniotwórczego wmawia nam, że oto stoimy przed testem tolerancji, który oblejemy jak nie wybierzemy sobie na kluczowe stanowisko w państwie osoby, której jedyną polityczną kwalifikacją jest niedawna zmiana płci. Jakby wszyscy zapomnieli (o co przy wicemarszałku Niesiołowskim nietrudno), że funkcja o którą ubiega się Grodzka nie jest funkcją honorową, i wiąże się z ogromem bardzo poważnych obowiązków. Naprawdę mamy powód ufać, że Grodzka sobie poradzi? Bo wybór Grodzkiej byłby testem tolerancji tylko wtedy, gdyby miała wszystkie kwalifikacje i to jej płeć/orientacja byłyby jedyną przeszkodą. Tak nie jest, dopóki o kwalifikacjach Grodzkiej nic nie wiadomo, a wystarczy zajrzeć na stronę Sejmu, żeby się przekonać jak skromny jest jej parlamentarny dorobek.

Ludwik Dorn nie musi nikomu wmawiać, że kto za nim nie zagłosuje ten antysemita bo głosowanie nad nim nie będzie miało żadnego związku z jego genami. Annie Grodzkiej życzyłabym, żeby umiała wypracować sobie taką pozycję aby jej geny nie odgrywały pierwszoplanowej roli w jej politycznej karierze. Dopóki sama nie zrozumie, że jest kimś więcej niż kobietą, która była facetem, nikt inny tak jej nie będzie postrzegał. A dla osób poważnie traktujących swoje państwo (nawet jeśli ono nie daje ku temu powodów) to ciągle za mało, żeby obdarowywać najwyższymi stanowiskami.






 

13:02, kataryna.kataryna
Link Komentarze (1340) »
poniedziałek, 03 grudnia 2012
Agent Tomek polował na rodzinę Millera?



Leszek Miller:  CBA Kaczyńskiego chciało wejść poprzez W. Marczuk na moją synową Irenę. Obie panie przyjaźnią się od dawna.

Zanim kupimy narrację, że jedyną winą Weroniki Marczuk była znajomość z synową Millera, której z kolei jedyną winą było powinowactwo z byłym premierem, trochę faktów o młodych państwu Miller. Może łatwiej będzie zrozumieć, że CBA miało nie tylko prawo ale i obowiązek się nimi zainteresować. 

Najstarsi obserwatorzy już pewnie nie pamiętają, że osoba Leszka Millera juniora zaliczyła widowiskowe entree do polityki przy okazji afery Rywina, a zwłaszcza zeznań przed komisją śledczą jednej z gwiazd postkomunistycznej lewicy, Jerzego Urbana. Z perspektywy 10 lat tak wspominał kilka miesięcy temu tamten czas w wywiadzie dla Newsweeka.

Jerzy Urban: Pewnego dnia ponad 10 lat temu przyszedł do mojej redakcji człowiek, który powiedział, że ma weksle syna Leszka Millera na 300 tys. zł i Miller nie chce spłacać. Powiedzieliśmy, żeby przyniósł te weksle. Więcej się nie zjawił. Jednakże pojawił się wtedy u mnie syn Millera. Powiedział, że zbieramy na niego haki. Twierdził, że niczego nie pożyczał, w rozmowie zaprzeczał też, że zna syna Rywina. To nasunęło mi podejrzenie, że afera to była rzecz między synkami. Szczególnie że syn Millera słynął z ambicji, żeby dokonywać w imieniu tatusia posunięć biznesowych.Pomyślałem sobie, że to by wszystko tłumaczyło. Niechęć Millera do ujawnienia sprawy, bo i tak by mu zaszkodziła, i jeszcze by syna skrzywdził. No i przekonanie samego Rywina, że idzie w imieniu tych, którzy mogą.

Pamiętacie może, że gdy rozgrywały się opisywane tu wydarzenia, żona Jerzego Urbana uznała Millera juniora za persona non grata u Urbanów, a tę parę trudno traktować jako fanatyków moralności, skreślających człowieka za byle głupstwo. Zresztą nawet gdyby wtedy dali się ponieść, to przecież Urban miał 10 lat na przemyślenia, i ciągle po tych 10 latach wskazuje na młodego Millera jako osobę dla zrozumienia afery Rywina istotną. Daje do myślenia? Powinno, bo przecież to osoba z samego centrum postkomuszego środowiska. Do myślenia powinien dać także tekst zamieszczony w przychylnej przecież postkomunistom Polityce (to przecież dziennikarka tego tygodnika, na osobiste życzenie swojego naczelnego, wycięła ze swojego wywiadu z Millerem pytanie o aferę Rywina bo Miller go sobie nie życzył), która opisuje klimat panujący wokół "Juniora".

Polityka: W obawie, by Junior nie wdał się w niewłaściwe towarzystwo, poddano go szkoleniom antywywiadowczym. Agenci ABW uczyli go, w których lokalach nie powinien się pokazywać, jeśli nie chce być podejrzany o kontakty ze środowiskiem przestępczym, jakich sytuacji unikać (nie przysiadać się nigdy do stolika, gdzie siedzi ktoś obcy, nie pozwalać jemu, by się przysiadł, nie dawać się fotografować w miejscach publicznych, z ludźmi w tle). (...) Kiedy usiłowaliśmy skontaktować się z Millerem jr. w sprawie rzekomych powiązań ze spółką Poltex w Łodzi, najlepszy przyjaciel Juniora Piotr Majchrzak zadzwonił do redakcji z pytaniem, czy to prawda, że zamierzamy pisać o powiązaniach Millera z Pruszkowem. Zaprzyjaźnieni z Juniorem pracownicy PR zaalarmowali go, że szykuje się skandal. Tego samego dnia znany warszawski prawnik dzwonił z prośbą, żebyśmy – jeśli piszemy o Millerze – porozmawiali z nim, bo to, co wiemy, to wszystko nieprawda i robota Pałacu Prezydenckiego. (...) Na kilka miesięcy przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi w środowisku SLD zaczęły krążyć plotki, że służby specjalne chcą, jak mówiono, umoczyć Młodego w powiązania z mafią pruszkowską. W jej szeregach był ponoć człowiek o tym samym nazwisku. Działalność imiennika miała zostać przypisana synowi szefa lewicy. Mówiono również o powiązaniach Juniora z Grzegorzem Wieczerzakiem. Opowiadano, że przed samymi wyborami, by skompromitować ojca, służby aresztują na 48 godzin syna. – Potem by mnie wypuścili, ale efekt wyborczy zostałby osiągnięty – mówi Miller jr. Z obawy przed tym, że plan zostanie wykonany, szef SLD podjął decyzję o wysłaniu syna na szkolenie menedżerskie na Florydę. Żeby nie podejrzewano go o ucieczkę, młody Miller rozpuszczał po mieście informację o planowanym wyjeździe. – Powiedziałem o tym co najmniej 50 osobom. Ówczesny łódzki parlamentarzysta przyznaje: – Wiedzieliśmy, że Junior wyjeżdża z kraju, żeby uniknąć politycznej prowokacji. Efekty rozpuszczenia wiadomości były jednak odwrotne do zamierzonych. Utwierdziły działaczy SLD w przekonaniu, że syn ich lidera faktycznie ma coś na sumieniu. Tym bardziej że w tym czasie aresztowano Wieczerzaka. (...) 

Mocne? Mocne. Zwłaszcza, że mamy świeżo w pamięci niedawne kłopoty syna Donalda Tuska związane z jego pracą dla Amber Gold, których by nie było, gdyby o syna obecnego premiera służby podeszły równie troskliwie. Dlaczego służby, zazwyczaj nie dbające tak bardzo nawet o samych polityków, o ich rodzinach nie wspominając, uznały, że Leszkiem Millerem juniorem trzeba się szczególnie zaopiekować? To pytanie pozostanie bez odpowiedzi ale chyba można się jej domyślać po lekturze efektów śledztwa Roberta Zielińskiego (Dziennik) w sprawie jednego z wyjątkowo udanych biznesowych dilów syna i synowej Leszka Millera.

Dziennik: "Rozpowiadałem, że chętnie pozbędę się 422 udziałów w spółce CNT" - przyznaje DZIENNIKOWI Bogdanowicz. Samo CNT było łakomym kąskiem dla wielkich firm: kontrolowała drugi w kraju portal internetowy Wirtualna Polska. Trwała hossa internetowa, jeden z banków inwestycyjnych wycenił wartość Wirtualnej Polski na 200 milionów dolarów. (...) Bogdanowicz nie otrzymał jednak oferty bezpośrednio od żadnego z poważnych biznesmenów. Propozycję złożyła mu "Net Irena Miller"."Z propozycją w imieniu Net Irena Miller zgłosił się do mnie Leszek Miller junior - wyznał gdańskim prokuratorom Bogdanowicz. Leszek junior to mąż Ireny i syn przyszłego premiera. (...) Propozycję "Net Irena Miller", a w rzeczywistości Leszka Millera juniora, Bogdanowicz przyjął. Stosowną umowę podpisali 7 kwietnia 2000 r. Na koncie Net-u, nie było jednak nawet złotówki. Do synowej przyszłego premiera wkrótce zgłosił się kolejny chętny na 422 udziały. Traf chciał, że był to stary znajomy Leszka Millera seniora, szef pomorskich struktur SLD Jerzy Jędykiewicz. (...) Ostateczny kupiec udziałów w CNT to założony również w kwietniu 2000 r. tajemniczy Transcontinental Fund Limited z wysp Bahama. Za udziały zapłacił niemalże 7,05 miliona złotych. Pośredniczył w tym Jędykiewicz. Zarobił na tym niecałe 100 tysięcy złotych. Prawdziwą fortunę zgarnęła za to "Net Irena Miller" - po przelaniu 2,75 mln zł na konto Leszka Bogdanowicza - zostało 4,3 miliona złotych!"Właściciel Transcontinental Fund zgłaszając się wprost do Bogdanowicza zapłaciłby jedynie 2,75 miliona złotych. Na całej transakcji zarobiła więc najwięcej "Net Irena Miller". Nie inwestując złotówki, ponad koszt znaczków skarbowych na rejestrację działalności, wyciągnęła 4,3 mln" - mówi osoba znająca kulisy transakcji. (...) Całą transakcję już od czterech lat badają oskarżyciele z gdańskiej Prokuratury Apelacyjnej. Podejrzewają, że wszystkie umowy (między Bogdanowiczem, Net Irena Miller, PHU Delta, Ryszardem Krauze i Transcontinental FL) podpisano tylko po to, aby wprowadzić do obrotu pieniądze pochodzące z przestępstw."Sprawdzamy, czy nie chodziło o pranie brudnych pieniędzy. Robimy co w naszej mocy, ale nie wyjaśnimy tej sprawy bez pomocy prawnej z zagranicy, np. z wysp Bahama. Stąd zajmuje to tyle czasu" - przyznaje w rozmowie z DZIENNIKIEM prokurator krajowy Janusz Kaczmarek.Trudno uwierzyć, że złoty interes, który zrobili najbliżsi Leszka Millera z jego politycznymi kolegami był zwykłym przypadkiem. Syn i synowa choć nie zainwestowali złotówki - zarobili 4,3 mln złotych.

Proszę mnie więc nie rozśmieszać świętym oburzeniem na podchody CBA do nieświętej rodziny Leszka Millera, bo jeśli ja dobrze rozumiem misję CBA, to właśnie takie sprawy ma tropić, zwłaszcza, że ponad dwudziestoletnia historia III RP pokazuje, że wszystkie inne służby są dla afer z udziałem pierwszoplanowych polityków zwyczajnie "za krótkie". A w sprawie syna i synowej Leszka Millera w mainstreamowych mediach podniesiono wystarczająco poważne oskarżenia, żeby usprawiedliwić zainteresowanie nimi CBA. Nie chodzi przecież o sprawę obyczajową, jak głośne pobicie młodej Millerowej przez męża, a o grube sprawy na styku biznesu i polityki, które zwyczajnie śmierdzą. Jeśli więc o coś mam pretensje do "starego" CBA, to o nieudolność, bo albo nie umiała niczego konkretnego w tej sprawie ustalić, albo dzisiaj nie umie się wybronić przed absurdalnymi przecież oskarżeniami, że śmiała tknąć nietykalnych. Każdy bowiem nieodparty merytorycznie atak w takiej sprawie, to rosnące przyzwolenie dla powszechnego immunitetu dla polityków, skoro skandalem ma być samo to, że ktoś się człowiekiem zainteresował, nawet jeśli czarno na czerwonym widać, że było sto powodów. 

 

Polityka o Millerze juniorze

Dziennik o biznesie Millerów




 

 

 

15:51, kataryna.kataryna
Link Komentarze (1426) »
wtorek, 31 lipca 2012
Nagroda im. Jana Rodowicza "Anody"

Jan Ołdakowski: Muzeum Powstania Warszawskiego podtrzymuje pamięć o Powstańcach Warszawskich. Jednak wartości, którymi kierowali się, walcząc o wolną Polskę, są nadal aktualne. Dlatego przyznając Nagrodę im. Jana Rodowicza „Anody” chcemy uhonorować osoby, które dziś kierują się w życiu podobnymi ideałami, bez względu na napotykane trudności i niepowodzenia.

Jutro rusza nabór zgłoszeń kandydatów do drugiej edycji Nagrody im. Jana Rodowicza "Anody". Mam swojego kandydata, osobę kiedyś znaną i zasłużoną, którą chciałabym zgłosić ale wcale nie za to co robił w antykomunistycznej opozycji, ryzykując więzieniem, ale za to co robił i ciągle robi już w wolnej Polsce - skromnie, z dala od mediów, ale w myśl tych samych wartości, którymi kierował się kiedyś. Wątpię jednak, żeby "mój" Anoda chciał z tym co robi zaistnieć w świetle reflektorów, więc pewnie akurat z tej kandydatury nic nie będzie. 

Mam to szczęście, że w swoim środowisku zawodowym od wielu lat spotykam dziesiątki godnych kandydatów do tego zaszczytnego wyróżnienia, jestem pewna, że każdy z nas, gdybyśmy się uważnie rozejrzeli, znalazłby wokół siebie kogoś kto mógłby być przykładem "Anody czasu pokoju". W przededniu kolejnej rocznicy Powstania Warszawskiego zachęcam do nietypowego uczczenia jego Bohaterów, wskazaniem tych spośród nas, którzy godnie służą tym samym wartościom.

Kandydatów można zgłaszać do 30 listopada. Więcej informacji na stronie www.anoda.1944.pl

Z regulaminu Nagrody

Nagroda jest ufundowana dla upamiętnienia postaci por. Jana Rodowicza ps. „Anoda” - legendy swojego pokolenia, harcerza Szarych Szeregów, żołnierza bat. „Zośka” Armii Krajowej, niezwykłego bohatera czasów II wojny światowej i Powstania Warszawskiego. Po wojnie Jan Rodowicz rozpoczyna studia na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej i marzy o odbudowaniu zniszczonej stolicy. Inspiruje kolegów do pisania wspomnień o wspólnych przeżyciach wojennych w Batalionie "Zośka". Pomaga w ekshumacji poległych oraz przenoszeniu ich na Powązki do kwatery "Zośki". Jest osobowością nieprzeciętną. Mimo dramatycznych doświadczeń wojny, orzeczonego 80% kalectwa (trzykrotnie ranny w czasie Powstania) ma wiele pasji i wielką radość życia. Uprawia narciarstwo. Cieszy się opinię człowieka niezwykle inteligentnego, czarującego, otwartego na innych, obdarzonego ogromnym poczuciem humoru. 7 stycznia 1949, w dwa tygodnie po aresztowaniu w wigilijny wieczór i uwięzieniu w gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, ginie tragicznie w trakcie śledztwa. 

Nagroda im. Jana Rodowicza „Anody” to nagroda dla "Powstańców" czasu pokoju. Dla ludzi, którzy nie muszą walczyć z bronią w ręku w obronie podstawowych wartości, lecz mogą dla ich urzeczywistnienia pracować w wolnej i demokratycznej Polsce.Nagroda jest przyznawana osobom o cechach charakteryzujących Jana Rodowicza:

- niezłomność, odwaga, połączona z umiejętnością natychmiastowej reakcji na zagrożenie i podejmowaniem ryzykownych działań,

- miłość do Ojczyzny,

- poczucie odpowiedzialności za podejmowane decyzje, ochrona i opieka nad  podwładnymi, kolegami, otoczeniem,

- wytrwałe dążenie do przezwyciężania własnych słabości zarówno fizycznych, jak i psychicznych,

- optymistyczne spojrzenie na świat i otaczających ludzi – wiara w przewagę dobrych cech ludzkich nad złymi,

- pogoda ducha, humor, umiejętność cieszenia się nawet małymi sukcesami,

- rozbudzanie w innych pasji życia i zachęcanie  do efektywnego działania,

- życzliwy stosunek do otoczenia, opiekowanie się słabszymi i potrzebującymi pomocy.

10:19, kataryna.kataryna
Link Komentarze (5000) »
poniedziałek, 23 lipca 2012

TVN Warszawa: Niedobre wieści pacjentów z Mazowsza. 871 mln złotych może zabraknąć w przyszłym roku na służbę zdrowia wynika z planu finansowego, przygotowanego przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Władze Mazowsza chcą zaskarżyć podział do Trybunału Konstytucyjnego. (...) Jeżeli plan zostanie zatwierdzony, a do tego doliczone zostaną rzeczywiste potrzeby Mazowsza, to w 2013 roku aż 666 mln zł zabraknie na leczenie szpitalne, 89 mln na leczenie u specjalistów np. kardiloga, chirurga naczyniowego czy diabetologa, 23 mln zł na rehabilitację, 19 mln na uzdrowiska, a 12 mln na pielęgnację i opiekę nad obłożnie chorymi i seniorami. Natomiast na leczenie u stomatologa zabraknie prawie 4 mln, a o 2 mln za mało będzie na przeprowadzanie profilaktycznych programów np. przeciw uzależnieniom. - Ucierpią na tym nie tylko pacjenci z Mazowsza, ale i z pozostałej części kraju. Wiele wiodących ośrodków medycznych znajduje się właśnie u nas, leczą się tam pacjenci z całego kraju - zauważył Krzysztof Strzałkowski, wicemarszałek województwa mazowieckiego.

Rzeczpospolita: Resort pracy chce zabronić wolontariatu w szpitalach przekształconych w spółki i placówkach prywatnych. Ponad 18 tysięcy wolontariuszy pomagających na stałe w szpitalach oraz kilkadziesiąt tysięcy robiących to w wolnej chwili może wkrótce zniknąć z oddziałów. (...) Chodzi o projekt zmiany ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie, w którym ministerstwo proponuje wykreślenie jednego z przepisów, który mówi o wolontariacie w placówkach leczniczych. To skutek dostosowywania nowej ustawy do uchwalonej ustawy o działalności leczniczej. W wyniku tej zmiany wolontariusze będą mogli być tylko w tych szpitalach, które działają na zasadach niekomercyjnych. Oznacza to, że znaczna część obecnych szpitali (np. te, które zostały przekształcone w spółki) nie będzie mogła korzystać z ich pomocy. – Może to pozbawić wolontariuszy między innymi oddziałów onkologii i hematologii dla dorosłych i dla dzieci, oddziały pediatryczne oraz oddziały medycyny paliatywnej, na których tak często można było dotychczas spotkać osoby pomagające chorym w sposób ochotniczy i bez wynagrodzenia – mówi „Rz" Paweł Hermanowski z fundacji Dobrze, że Jesteś. (...) Ministerstwo Pracy broni się przed zarzutami stowarzyszeń  i tłumaczy, że proponowana przez nich zmiana nie doprowadzi do likwidacji wolontariatu w szpitalach. A osoby, które chcą w ten sposób pomagać, nadal będą mogły działać w publicznych ZOZ-ach oraz w ośrodkach prowadzonych na niekomercyjnych zasadach. (...) Wobec tak szerokiego sprzeciwu co do regulacji resort pracy zapewnia, że jeszcze raz przyjrzy się tym propozycjom i przeprowadzi kolejne konsultacje społeczne w tej sprawie. 

Dzisiejsza Rzepa wraca do sprawy, o której alarmowałam we wpisie "Rząd wyleczy służbę zdrowia z wolontariuszy". Przez trzy miesiące od opublikowania tamtego wpisu na portalu MamZdanie, na którym Ministerstwo Pracy przedstawiło swój projekt do konsultacji społecznych wypowiedziało się 165 osób (bardzo, bardzo wysoki wynik, średnia liczba komentarzy w ramach internetowych konsultacji to kilka-kilkanaście) reprezentujących w większości organizacje zajmujące się wolontariatem w służbie zdrowia, powstała także wspomniana w dzisiejszym artykule koalicja "Stop likwidacji wolontariatu" skupiająca (na razie) 30 organizacji protestujących przeciwko proponowanym rozwiązaniom na specjalnie do tego celu stworzonej stronie internetowej. Wydaje się, że głos dwóch najbardziej zainteresowanych środowisk - medycznego i wolontariackiego - wybrzmiał wystarczająco stanowczo, żeby się z nietrafionego pomysłu wycofać, zamiast zapowiadać kolejne konsultacje, bo chyba nic tu już nie ma do dodania. Zwłaszcza w kontekście alarmujących doniesień o milionach, setkach milionów, złotych jakich zabraknie na leczenie w samym tylko województwie mazowieckim. Przy tak tragicznej sytuacji w służbie zdrowia, konia z rzędem temu, kto znajdzie choć jeden argument za wyrzuceniem wolontariuszy ze szpitali. Nawet tych komercyjnych. Bo to, że pacjent - nie każdy, tylko ci nieliczni, których na to stać - idzie do prywatnego szpitala jest przecież w dużej mierze spowodowane niewydolnością publicznej służby zdrowia. W imię czego rząd chce teraz podnieść koszty leczenia w prywatnych szpitalach - bo taki siłą rzeczy będzie efekt tej nowelizacji - tym, których już raz zawiódł nie będąc w stanie im zapewnić leczenia za pieniądze ze składek, które z nich zdziera? Nie wspominając już o tym, że wolontariusze to nie tylko mniejsze koszty leczenia, ale także - a może przede wszystkim - dużo lepsza jakość, bo nikt nie wie tyle o tym jak sobie poradzić po mastektomii co wolontariuszki amazonki, które same przeszły przez to co potem przekazują odwiedzanym przez siebie pacjentom oddziałów onkologicznych. 

Taśmy Sawickiego to pikuś przy tym, jaki będzie dla władzy społeczny koszt przepchnięcia tej nowelizacji. Pozostaje mieć zatem nadzieję, że rząd, któremu najlepiej wychodzi liczenie sondażowych słupków dobrze się zastanowi czy mu się opłaci zatrzaśnięcie szpitalnych drzwi przed wolontariuszami. Bo władzy nic do tego, że obywatel chce poświęcić swój czas na siedzenie przy szpitalnym łóżku obcego człowieka. Nawet jeśli łóżko jest w szpitalu komercyjnym, a pacjent za nie zapłacił. 

10:56, kataryna.kataryna
Link Komentarze (3205) »
piątek, 20 lipca 2012
Premier się wściekł

Tusk 2008: Każdy sygnał dotyczący ewentualnych nieprawidłowości, czy kumoterstwa będziemy bardzo uczciwie badać - w ten sposób premier Donald Tusk odniósł się do doniesień wtorkowej "Rzeczpospolitej", która napisała, że PSL obsadza swoimi ludźmi spółki zajmujące się obrotem zboża.
Według "Rz", Zamojskie Zakłady Zbożowe będą miały dwóch nowych członków rady nadzorczej - konkurs wyłonił dwóch kandydatów: lokalnego działacza PSL oraz doradcę wicemarszałka Sejmu Jarosława Kalinowskiego (PSL). Za rekrutację odpowiadał zarząd spółki Elewarr, którego prezes i większość członków rady nadzorczej to osoby związane z kierownictwem PSL. (...) "Każdy sygnał dotyczący ewentualnych nieprawidłowości, czy kumoterstwa - takie mam ustalenia z (wicepremierem, prezesem PSL) Waldemarem Pawlakiem - będziemy bardzo uczciwie stawiać (...) tak żeby przywództwo obu partii koalicyjnych bardzo konsekwentnie i twardo egzekwowało przyzwoitość zachowań swoich ministrów, czy urzędników" - powiedział Tusk na wtorkowej konferencji prasowej. Jak dodał, "ma wrażenie bliskie pewności", że jego współpracownicy z PSL rozumieją takie stanowisko. Szef rządu powiedział też, że chciałby "zaprotestować przeciwko takiemu stawianiu sprawy, że w resortach PSL dzieje się gorzej, a w resortach PO dzieje się lepiej". "To nie ma koloru partyjnego. Każdy taki przypadek, czy on będzie dotyczył PSL, czy PO będziemy badać i to w trybie pilnym i reagować" - podkreślił Tusk. Premier zapewnił, że jeśli urzędnicy tego nie zrozumieją, to "znajdą się w kłopocie i to dość szybko".

Tusk 2012: Agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego wkroczyli do siedziby spółki zbożowej Elewarr - poinformował rzecznik CBA Jacek Dobrzyński. Biuro sprawdzi sposób zarządzania majątkiem i koszty związane z kierowaniem spółką. (...) W środę premier Donald Tusk, który po odwołaniu ministra rolnictwa, będzie osobiście nadzorował resort, zapowiedział, że Elewarr w najbliższych dniach będzie "najbardziej prześwietloną spółką  jak tylko można sobie wyobrazić".

Trzeba oddać premierowi, który - jak wiemy od jego wiernego Grasia - nigdy nie kłamie, że Elawarr już jest "najbardziej prześwietloną spółką jak tylko można sobie wyobrazić" bo prześwietlanie trwa nieprzerwanie od 2008 roku i trudno sobie wyobrazić co tam jeszcze można znaleźć, czego przez te lata nie znaleźli dziennikarze i NIK. Na pewno natomiast nie było tam skandalicznych przypadków zakupu dorsza poza procedurami, skoro sprawą nie zajęła się Julia Pitera. Dobre i to.

Nie do pozazdroszczenia jest natomiast sytuacja CBA, które wczoraj weszło do Elawarru, posiedzi tam dwa miesiące i znajdzie to, o czym wiadomo od czterech lat, tylko dużo więcej i dużo bardziej. I naprawdę nie mam pojęcia jak się z raportu CBA wytłumaczy Tusk, który o nieprawidłowościach wiedział od czterech lat, wystarczająco długo nie tylko, żeby się w nieprawidłowościach rozeznać, ale także je uporządkować. Tymczasem najwyraźniej nie zadziało się nic, i trudno będzie z tego niczego nie rozliczać premiera, który ma pod sobą CBA, i przez większość tego czasu miał też Piterę i jej równie kosztowny, co bezużyteczny urząd.

Ale co się Tuskowi dziwić. Sam jest mistrzem kupowania sobie ludzi za państwowe posady, jak chciał sobie kupić Arłukowicza, to mu nawet specjalny urząd stworzył, do dziś nie wiadomo ile nas to kosztowało i co z tego mamy. Czy premier o takiej mentalności może być traktowany serio przez współpracowników, gdy im grozi palcem za dużo mniej ostentacyjne przypadku korupcji politycznej? 

 

Money.pl: Premier: Każdy sygnał dotyczący kumoterstwa będziemy badać

wPolityce: CBA wkroczyło do Elawarru

10:13, kataryna.kataryna
Link Komentarze (287) »
wtorek, 17 lipca 2012
Senat zdecyduje o wolności zgromadzeń

Nawiązując do niespodziewanie gorącej dyskusji o lemingach, gdybym sama miała wskazać cechy leminga, to jest to ktoś komu można wmówić, że jak mu władza ogranicza jego konstytucyjne prawo, to robi to dla jego dobra. 

Pojutrze Senat zajmie się prezydenckim projektem ustawy prawo o zgromadzeniach, zgodnie oprotestowanym nie tylko przez środowisko organizacji pozarządowych (a to one najczęściej z tego prawa korzystają), ale także "zwykłych" obywateli. Nikt się tymi głosami nie przejął i prezydencki projekt w ekspresowym tempie kończy swoją legislacyjną drogę. Na jutro organizacje zajmujące się prawami obywatelskimi zaplanowały kolejną konferencję prasową (o godz. 10.00, zaproszenie niżej). Sprawa wydaje się przesądzona, i może żadne apele do rozsądku "izby refleksji" już nie pomogą, ale jeśli ważą się losy tak ważnego dla demokracji prawa jak wolność zgromadzeń, nigdy dość kwękolenia. 

Jeśli za kilka lat ustawa podzieli w Trybunale Konstytucyjnym - bo że tam trafi jest więcej niż pewne - los ustawy o ogródkach działkowych, nikt nie będzie mógł udawać, że sobie nie zdawał sprawy jaki to bubel, bo o ustawie napisano i powiedziano już chyba wszystko (najpełniejsze zestawienie ocen, opinii i najważniejszych zarzutów można znaleźć na portalu organizacji strażniczych www.watchdog.org.pl, link poniżej). Mając większość w Sejmie i Senacie, oraz swojego prezydenta, można tę ustawę - każdą ustawę - bez problemu przepchnąć przez proces legislacyjny, ale może to być pyrrusowe zwycięstwo. 

Skoro jednak nie wszystko jeszcze - przynajmniej formalnie - stracone, wrócę do niedawnej wypowiedzi marszałka Senatu Bogdana Borusewicza, który zresztą jest też przewodniczącym parlamentarnego zespołu do spraw współpracy z organizacjami pozarządowymi i choćby z tego tytułu powinien być szczególnie wyczulony na głosy strony społecznej. W wywiadzie jakiego Borusewicz udzielił kilka czy kilkanaście dni temu pojawia się cień nadziei na senackie poprawki w niektórych zapisach, oraz bardzo stanowcze wsparcie zapisu szczególnie kontrowersyjnego.

Bogdan Borusewicz: Otóż tutaj mamy pewne obawy teoretyczne, a jednocześnie mamy już praktykę, którą widzieliśmy i znamy. Dla mnie to jest zupełnie zrozumiałe, że nie można dopuszczać do tego, aby dwie demonstracje były w tym samym miejscu, w tym samym czasie dwie, trzy, cztery demonstracje, bo przecież to nie chodzi tylko o dwie demonstracje, były różne sytuacje. Kiedy kontrdemonstracje były planowane po to, żeby doprowadzić do starcia z demonstracją, tak? Nie było to wprost powiedziane, ale dla mnie, kiedy obserwuję to życie publiczne, były dla mnie jasne takie sytuacje. I to akurat jest zrozumiałe dla mnie, nie jest kontrowersyjne. (...) Odrzucam [zarzuty, że ustawa to kaganiec na demokrację] w państwie demokratycznym jednak muszą być regulacje, które chronią obywateli, a dotychczasowy przepis absolutnie nie daje organom, które rejestrują w zasadzie notyfikowane demonstracje do decyzji r ozdzielenia tych demonstracji. Więc przepis, który mówi obecnie, że można zakazać demonstracji, kiedy jest groźba dla życia lub zdrowia, to jest przepis, który sprawia, że w zasadzie takie sytuacje, kiedy jest zbieg w czasie i w miejscu demonstracji, nie można regulować, dlatego że trzeba mieć pewność albo trzeba udowodnić, że ktoś ma zamiar przyjść z siekierami albo z bronią, żeby zakazać demonstracji. Otóż takich możliwości ustaleń i wcześniejszych... znaczy ustaleń, możemy być państwem policyjnym, ale (...)  ja uważam, że to [zmiany proponowane w ustawie] jest słuszne, zaś inne sprawy oczywiście mogą być regulowane, tam czas zgłaszania, odpowiedzi i tak dalej, te terminy, to jest sprawa do zmiany, do uregulowania, można skrócić terminy, zaś uważam słuszne wyposażenie organów w możliwość rozdzielenia demonstracji, tak, żeby uniknąć awantur, uniknąć starć, bo policja oczywiście może rozdzielać, może wkraczać, ale policja może wkroczyć post factum, a nie przed. Lepiej zapobiegać niż potem leczyć.

Wypowiedź Borusewicza z jednej strony daje nadzieję, że na etapie senackim możliwe są jeszcze jakieś modyfikacje zapisanych w ustawie terminów (dzisiaj planowane zgromadzenie trzeba zgłaszać z trzydniowym wyprzedzeniem, nowelizacja zakłada wydłużenie tego terminu do sześciu dni), ale niestety potwierdza sztywne stanowisko w sprawie innego bardzo kontrowersyjnego zapisu umożliwiającego zakazanie zorganizowania zgromadzenia "jeżeli w tym samym czasie i miejscu lub na trasie przejścia zgłoszonych zostało 2 lub więcej zgromadzeń i nie jest możliwe ich oddzielenie lub odbycie w taki sposób, aby ich przebieg nie zagrażał życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach, organ gminy niezwłocznie wzywa organizatora zgromadzenia zgłoszonego później do dokonania zmiany czasu lub miejsca zgromadzenia albo trasy przejścia uczestników"). Widz, który oglądał w telewizji mrożące krew w żyłach sceny ze starcia Marszu Niepodległości z Kolorową Niepodległą, czy choćby niedawnego "przemarszu" rosyjskich kibiców (niebędącego zresztą formalnie zgromadzeniem) z naszymi chuliganami, może uznać, że zapis jest sensowny bo pozwoli przeciwdziałać burdom. Nic bardziej błędnego, jeśli ktoś zechce zorganizować burdy, to po prostu kontrmanifestacji nie zgłosi (tak zresztą było w tym przypadku). Nie ulega natomiast wątpliwości, że jest to zapis, który ułatwi władzy - każdej władzy - ograniczanie korzystania z wolności zgromadzeń. Jeśli tylko będzie miała pretekst, a tego dostarczą jej sami chętni do gromadzenia się.

Jak w praktyce może wyglądać działanie tego zapisu o niepokrywaniu się zgromadzeń, możemy sobie łatwo wyobrazić zaglądając na stronę z wykazem zgromadzeń publicznych zgłoszonych w Warszawie w czerwcu (lista tutaj). W czerwcu Stowarzyszenie Solidarni 2010 zgłosili mianowicie 30 zgromadzeń publicznych - codziennie, w godz. 12-22 na Krakowskim Przedmieściu mieli "zaklepane" zgromadzenie publiczne. Gdyby już teraz obowiązywała nowa ustawa, władze Warszawy mogłyby pod tym pretekstem odmówić zgody na wszystkie inne zgromadzenia pod Pałacem Prezydenckim, chyba, że ktoś dałby się radę wcisnąć na godziny między 22 a 12. Zgromadzenie publiczne może zgłosić każdy - organizacja, osoba - nowa ustawa umożliwi więc trwałe zablokowanie możliwości demonstrowania tym, z którymi się nie zgadzam. Nie popieram postulatu związków partnerskich? Proszę bardzo, zgłaszam w Ratuszu jako osoba prywatna na miesiąc z góry codzienne (i całodzienne) zgromadzenia "Nie dla związków partnerskich" pod Sejmem, Kancelarią Premiera, Kancelarią Prezydenta (i gdzie tam sobie chcę, bo przecież to, że zgłoszę nie znaczy, że muszę potem coś faktycznie robić) i niech sobie zwolennicy związków partnerskich szukają miejsca na swoje demonstracje na Tarchominie albo w innych Włochach. Popieram in vitro? Zaklepuję z odpowiednim wyprzedzeniem wszystkie atrakcyjne miejsca w Warszawie, i przeciwnicy mają kłopot. Że to czysto teoretyczne? Być może, ale praktyka jest raczej taka, że każda luka w prawie jest eksploatowana do bólu. A ten zapis umożliwia faktyczne blokowanie demonstracji bez konieczności wychodzenia na ulicę. Wystarczy papier do urzędu. 

To oczywiście przykład mocno przesadzony, przecież ustawa mówi, że władza może ale nie musi. I może władza wcale nie będzie chciała, ale który urzędnik weźmie na siebie odpowiedzialność za nieskorzystanie z prawa do zakazania nakładających się na siebie demonstracji, gdy ustawodawca mu je dał argumentując, że to dla dobra obywatela? Ja tam nie mam zaufania do władzy, gdy sięga po moje konstytucyjne prawa, a to co się dzieje z dostępem do informacji publicznej po przepchniętej z podobną determinacją poprawce Rockiego pokazuje, że jak władza czegoś bardzo, bardzo chce, to zazwyczaj potem chętnie z tego korzysta. I nie mam tutaj złudzeń - każda władza. Dzisiaj to Platforma chce ograniczać prawa obywatelskie, a opozycja ich broni, ale przecież tylko dlatego, że tak akurat są teraz rozdzielone role w politycznym teatrze. Nie wierzę, że są politycy, dla których demokracja jest ważniejsza niż władza i będą się samoograniczać. W tej sprawie, tak jak w każdej gdzie chodzi o nasze - obywateli - prawa, politycy są zawsze po drugiej stronie. Nie bez powodu nikt jeszcze nie wykreślił z kodeksu karnego przepisu karzącego za znieważenie władzy, choć każdy gdy jest w opozycji to postuluje. 

 

Zaproszenie na konferencję prasową

Media i dokumenty o projekcie ustawy o zgromadzeniach

Wywiad z Borusewiczem

19:54, kataryna.kataryna
Link Komentarze (107) »
piątek, 27 kwietnia 2012
Rząd wyleczy służbę zdrowia z wolontariuszy

Wczoraj rząd opublikował propozycję zmian w Ustawie o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie. Nie wzbudzi pewnie większych emocji, a powinna, bo to w niej - być może przez nieuwagę - ukrywa się prawdziwa rewolucja w systemie opieki zdrowotnej. W obowiązującej ustawie jest zapis dotyczący wolontariatu (czyli nieodpłatnej pracy) i dzisiaj brzmi on tak:

Art. 42. 1. Wolontariusze mogą wykonywać, na zasadach określonych w niniejszym rozdziale, świadczenia na rzecz:(...) 4) podmiotów leczniczych w rozumieniu przepisów o działalności leczniczej w zakresie wykonywanej przez nie działalności leczniczej.

Dzięki temu zapisowi w szpitalach nieodpłatnie pracują tysiące ludzi dobrej woli, począwszy od rozbawiającego chore dzieci Dr Clowna, spełniających dziecięce marzenia wolontariuszy Fundacji Mam Marzenie, amazonki pomagające kobietom po mastektomii radzić sobie z życiem bez piersi - długo by wymieniać. Każdy kto miał nieszczęście znaleźć się w polskim szpitalu wie, jak bardzo wiele pacjenci zawdzięczają wolontariuszom. Nie wspominam tu nawet o całym ruchu hospicyjnym, który bez wolontariuszy by po prostu nie istniał.

Opublikowany wczoraj projekt nowelizacji Ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie "porządkuje" sytuację i po prostu usuwa wolontariat z "podmiotów leczniczych".

13) w art. 42 w ust. 1 uchyla się pkt 4.

Rząd proponuje więc, aby z wolontariuszy nie mogły już korzystać "podmioty lecznicze w rozumieniu przepisów o działalności leczniczej w zakresie wykonywanej przez nie działalności leczniczej", a to oznacza, że hospicjum (czy jakakolwiek inna organizacja pozarządowa lub publiczna placówka medyczna) nie będzie mogło korzystać z nieodpłatnej pracy lekarzy, pielęgniarek, rehabilitantów czy innych wolontariuszy zatrudnionych bezpośrednio w związku z działalnością leczniczą. Nie jest to bynajmniej niedopatrzenie, bo ten zakaz został bardzo obszernie uargumentowany w uzasadnieniu i ocenie skutków regulacji. Chodzi mianowicie o...konkurencyjność.

Zmiany w pozostałych przepisach, dotyczyć będą (...) rozszerzenia na podmioty prowadzące działalność leczniczą systemowego zakazu korzystania z wolontariuszy w ramach działalności leczniczej, stanowiącej w obecnym stanie prawnym regulowaną działalność gospodarczą, a więc de facto kwalifikowaną formę działalności gospodarczej. (...) Zmiana art. 1 pkt 13 jest konsekwencją wejścia w życie ustawy  z dnia 15 kwietnia 2011 r. o działalności leczniczej, która zmieniła status  prowadzonej działalności leczniczej, tzn. działalności polegającej na udzielaniu świadczeń zdrowotnych. Zgodnie z art. 16 ustawy ww. działalność jest obecnie działalnością regulowaną w rozumieniu ustawy z dnia 2 lipca 2004 r. o swobodzie działalności gospodarczej (Dz. U. z 2010 r. Nr 220, poz. 1447, z późn. zm.), a więc działalnością gospodarczą, której wykonywanie wymaga spełnienia szczególnych warunków, określonych przepisami prawa. Wolontariatem, w rozumieniu ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie, są jedynie świadczenia na rzecz organizacji pozarządowych oraz podmiotów wymienionych w art. 3 ust. 3 zmienianej ustawy, organów administracji publicznej, jednostek organizacyjnych podległych organom administracji publicznej lub nadzorowanych przez te organy w zakresie ich działalności statutowej, z wyłączeniem prowadzonej przez nie działalności gospodarczej. W związku z powyższym, jeśli działalność polegająca na udzielaniu świadczeń zdrowotnych jest w świetle przepisów o działalności leczniczej kwalifikowaną działalnością gospodarczą, korzystanie ze świadczeń wolontariuszy przy prowadzeniu tej działalności jest sprzeczne z zasadami konkurencji oraz narusza spójność systemową regulacji dotyczącej wolontariatu (...) Regulacja będzie miała pozytywny wpływ na konkurencyjność gospodarki, zlikwiduje bowiem nieuzasadnione przywileje związane z możliwością korzystania z nieodpłatnych świadczeń wolontariuszy przez niektórych przedsiębiorców. 

Tak oto, drogi czytelniku, cichcem milczkiem, w ustawie, na którą niewielu zwróci uwagę, w niewinnym zapisie brzmiącym "w art. 42 w ust. 1 uchyla się pkt 4" rząd wprowadza prawdziwą rewolucję w służbie zdrowia, przeganiając z niej "naruszających konkurencyjność" wolontariuszy. 

Obecna ustawa

Projekt nowelizacji

08:04, kataryna.kataryna
Link Komentarze (5000) »
czwartek, 26 stycznia 2012
Czy Sikorski zapłacił Szimeczce?

Na oficjalnej stronie Radosława Sikorskiego znalazłam tłumaczenie poświęconego Sikorskiemu artykułu "Zjawisko imieniem Sikorski", opublikowanego w czeskim tygodniku "Respekt". Jako że minister jest jednym z największych orędowników ACTA, a jego podwładna dzisiaj w nocy podpisała kontrowersyjną umowę, zainteresowała mnie formalna strona opublikowania przez Radka Sikorskiego tłumaczenia artykułu z czeskiej gazety. Nie jest przecież tak, że bohater artykułu, tylko z racji tego, że jest tym bohaterem, może artykułem swobodnie rozporządzać. Art. 25 prawa autorskiego stanowi wprawdzie, że wolno rozpowszechniać w mediach już opublikowane artykuły o tematyce politycznej, ale mówi też wyraźnie, że twórcy przysługuje wtedy prawo do wynagrodzenia. Sikorski więc powinien zapłacić Szimeczce (lub organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi) za opublikowanie na swojej stronie jego artykułu. Myślicie, że zapłacił? Bo ja mam wątpliwości czy Szimeczka w ogóle wie, że został opublikowany po polsku, ale może nie doceniam "zjawiska imieniem Sikorski", może ten wróg piractwa dopełnił wszystkich formalności.

Skoro już podpisaliśmy to nieszczęsne ACTA, umowę, która podobno absolutnie niczego w polskim prawie nie zmienia, ale jakimś cudem niczego nie zmieniając pomoże skutecznie zwalczyć piractwo i kto wie co jeszcze, może warto zrobić kompleksowy przegląd stron internetowych polityków, którzy nas nią uszczęśliwili. Ciekawe jak by wyglądały te strony, i blog Kasi Tusk, gdyby trzeba było je przerobić tak, żeby absolutnie niczego nie naruszały. Ostałaby się jakaś?

"Zjawisko imieniem Sikorski"

Jarosław Lipszyc: ACTA odbiera nadzieję na zmiany

sobota, 21 stycznia 2012
Kazana to nie Kazana, Błasik to nie Błasik...

Rzeczpospolita: Nikt nie chce się przyznać do rozpoznania głosu generała Błasika, a komisje wciąż twierdzą, że był w kokpicie. Pierwszy raz głos generała Andrzeja Błasika w kabinie pilotów prezydenckiego tupolewa rozpoznano jeszcze w kwietniu 2010 roku. Tyle że do dziś nie wiadomo, kto dokonał identyfikacji. Pod stenogramami rozmów z kokpitu opracowanymi przez rosyjski MAK jest dopisek: "Identyfikacji rozmówców dokonał dowódca eskadry 36. pułku ppłk Bartosz Stroiński". – Nie rozpoznałem głosu generała. Słabo go znałem. Rozmawiałem z nim może dwa razy w życiu – mówi "Rz" i dodaje, że gdy przyjechał do Moskwy, "głos Błasika" był już rozpoznany. Przez kogo? – Poinformowano mnie, że przez kogoś z polskiej komisji badającej katastrofę – mówi Stroiński.

Na opisane w dzisiejszej Rzepie "wątpliwości" związane z tym czy i kto rozpoznał na nagraniach głos generała Błasika trzeba spojrzeć w szerszym kontekście, sięgając pamięcią do tego co się działo zaraz po opublikowaniu nieszczęsnych rosyjskich stenogramów. Bo przecież już wtedy było wiadomo, e coś tu bardzo nie gra. Generał Błasik nie był bowiem ani pierwszym, ani jedynym "błędnie" rozpoznanym.

TVN24: Głos osoby spoza załogi podpisany w nawiasie "dyrektor Kazana" pojawia się w stenogramach dwukrotnie. Jednak MSWiA poinformowało dzisiaj, że jest to jedynie sugestia prowadzących śledztwo. - To, że głos nienależący do załogi, który zarejestrowała czarna skrzynka Tu-154 należał do szefa protokołu dyplomatycznego MSZ, Mariusza Kazany, jest tylko sugestią. Nie potwierdzili tego polscy eksperci - powiedziała Woźniak. (...) Na pytanie skąd w stenogramach znalazło się nazwisko dyrektora Kazany, skoro jego głos nie został potwierdzony przez ekspertów Woźniak odsyła do Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK). To on jest odpowiedzialny za wyjaśnienie okoliczności tragedii po stronie rosyjskiej i to właśnie eksperci z MAK przygotowali odczyty nagrań. Pod dokumentem znajdują się podpisy Polaków Sławomira Michalaka, Waldemara Targalskiego. Identyfikacji osób w kabinie miał dokonać ppłk Bartosz Stroiński. Jego podpisu nie ma jednak pod dokumentem. - Podpisałem inny stenogram - powiedział we wtorek portalowi tvn24.pl Stroiński. (...) W stenogramach osoba podpisana jako "dyrektor Kazana" pojawia się dwukrotnie. Po raz pierwszy na 15 minut przed katastrofą. Wówczas kapitan samolotu Arkadiusz Protasiuk powiedział: - Panie dyrektorze, wyszła mgła. W tych warunkach, które są obecnie, nie damy rady usiąść, spróbujemy zrobić jedno zejście, ale prawdopodobnie nic z tego nie będzie. - No to mamy problem - odpowiedziała niezidentyfikowana osoba podpisana właśnie jako "dyrektor Kazana". O godz. 8.30 osoba również podpisana jako "dyrektor Kazana" mówi: - Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robić.

Przypisane wtedy dyrektorowi Kazanie wypowiedzi "No to mamy problem" i "Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robić" posłużyły - jak pamiętacie - do sformułowania hipotezy o winie prezydenta, do którego rzekomo miała należeć decyzja, ewentualnie jej brak - tak czy owak, to właśnie te słowa Kazany, uzupełnione słowami rzekomo pijanego Błasika, pozwoliły zbudować i utrwalić smoleńską narrację w której głównym winnym katastrofy był prezydent Kaczyński. 

Jakby ktoś chciał dzisiaj szukać Kazany w najnowszych stenogramach krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych, to uprzedzam - szkoda czasu. Kazana z ostatecznej wersji stenogramów zniknął, zupełnie jak Błasik. Błędem jest więc traktowanie (nie)obecności Błasika w polskich stenogramach jako jakiejś tam "rozbieżności" ze stenogramami rosyjskimi, nie w przypadku gdy w tajemniczych okolicznościach pojawiają się i znikają dwa ważne głosy, dziwnym trafem oba obciążające prezydenta, i w obu przypadkach nie wiadomo przez kogo rozpoznane. Za to świetnie wiadomo komu i do czego służące. 

Po tym jak okazało się, że w "kokpicie" znaleziono 13 osób, ale niekoniecznie załogę, dotychczasowa narracja się posypała i trochę potrwa zanim uda się sklecić nową. Gdybym miała obstawiać, spodziewam się powrotu wątku "rozmowy braci". Na tym etapie to chyba ostatnia deska ratunku, i zdaje się ktoś ją właśnie wyciągnął z lamusa. Wprost właśnie "dotarło" do informacji z...czerwca 2010, wtedy to Dania oficjalnie odpowiedziała polskim śledczym, że nie dysponuje nagraniem ostatniej rozmowy braci Kaczyńskich. 

Wprost: Szanse na to, że poznamy zapis rozmowy telefonicznej Lecha Kaczyńskiego przeprowadzonej z pokładu Tu-154 stopniały do zera. Dania, która miała tę rozmowę zarejestrować, twierdzi, że nie ma tego nagrania – wynika z informacji „Wprost”.Wojskowi prokuratorzy prowadzący śledztwo w sprawie Smoleń-ska prawie rok temu zwrócili się o nagranie tej rozmowy do Danii, która 10 kwietnia 2010 r. miała prowadzić nasłuch satelitarny na trasie przelotu polskiego Tu-154. Odpowiedź przyszła 24 czerwcu ubiegłego roku. Duńskie Ministerstwo Sprawiedliwości twierdzi w niej, że nie dysponuje takim nagraniem. 

Jak prorządowa gazeta ni z tego ni z owego "dociera" do informacji sprzed pół roku (dlaczego właśnie teraz? dlaczego nie w kampanii wyborczej kiedy wątek rzekomych planów upublicznienia rozmowy braci był na tapecie?) to mi się zapala czerwona lampka, bo świetnie pamiętam jak rozmowa braci była wykorzystywana od samego początku, w plotkach kolportowanych przez ważnych polityków Platformy. 

Dziennikarz 1: Z dobrych źródeł wiem, że to czołowy polityk PO, były minister, opowiadał w kuluarach jednej ze stacji o nagranych słowach LK. Mija tydzień.
Dziennikarz 2: Tak, GS do ZS. Mieli puścić nagranie i na słowach się zakończyło. Coraz więcej plotek, spekulacji... Ponura atmosfera. 
Dziennikarz 1: Dysponował nawet dokładnymi cytatami. Jeśli są - LK trafi na pośmiertny szafot. A jeśli nie? "nie można wykluczyć" "w WC"? wstyd.
Dziennikarz 3: Nie wiem, czy słyszałeś: dziś od powrotu Klicha dwóch znanych posłów kolportuje informacje o rzekomym głosie LK w kokpicie... ...zaraz dodając, że "co prawda z Klichem nie rozmawiali, ale...". Do dnia upublicznienia, narośnie jeszcze miliard teorii... ...jestem pewien, że jutro góra pojutrze, jak nie ci sami, to inni będą nawet "rzucać" cytatami.

Dzisiaj dowiadujemy się, że rozmowy braci nie poznamy, w każdym razie nie oficjalnie. Nie dałabym jednak głowy za to, że nie zaczną się pojawiać przecieki z tego "co o rozmowie wiemy ale zdradzić źródeł nie możemy". W ostateczności zaś będzie można w najlepsze spekulować co też by na tym nagraniu było, gdyby ono było. A kto wie, może nawet jest, tylko Dania się nad nami ulitowała? Jestem pewna, że "sekta smoleńska" coś wymyśli, i gdyby nie to, że moi współobywatele ciągle jeszcze te kłamstwa kupują, nawet bym się cieszyła na gimnastykę jaką będą teraz musiały wykonać tuzy prorządowego dziennikarstwa. Kazany nie było, Błasika nie było, rozmowy nie będzie. Jak lżyć, panie premierze?

poniedziałek, 09 stycznia 2012
Strzały w "wolnościowym raju"

Tomasz Nałęcz: Jesteśmy rajem wolnościowym, a Węgry są piekłem.

Czyli kolejna z mądrości prezydenckiego doradcy, świeżutka, z dzisiejszego rana. Nie wiem czy to indywidualne przemyślenia Nałęcza, czy oficjalne stanowisko Prezydenta RP, ale trzeba Nałęczowi oddać - wielce oryginalny sposób prowadzenia polityki zagranicznej. Obrażanie Węgier w mediach przez przedstawiciela naszej Głowy Państwa to polski wkład w sztukę dyplomacji. Nawet gdyby faktycznie Węgry były "piekłem" a Polska "wolnościowym rajem" taka publiczna wypowiedź szokuje, i chyba dobrze byłoby aby Prezydent przywołał swoje "usta" do porządku zanim nam całkiem nabrużdżą na arenie międzynarodowej. I już nawet nie dlatego, że ta wypowiedź jest zwyczajnie głupia, ale - w świetle wydarzeń z ostatniej chwili - po prostu śmieszna.

TVN24: Prokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej Mikołaj Przybył strzelił do siebie po konferencji prasowej w Poznaniu. Żyje, jest reanimowany.Po bardzo emocjonalnej konferencji prasowej nt. billingów dziennikarzy prokurator poprosił media o przerwę. Gdy został w pomieszczeniu sam, padł strzał. (...) Wcześniej mówił, że prokuratura wojskowa w Poznaniu miała podstawy prawne, by żądać od operatorów telekomunikacyjnych danych personalnych, danych połączeń i treści SMSów. W wystąpieniu zaatakował media i Prokuraturę Generalną.

Nie wiem jakim "piekłem" są Węgry, ale z pewnością państwo, w którym prokurator wojskowy strzela do siebie w obecności mediów, bo mu się przyszło przed nimi tłumaczyć z inwigilowania tych nielicznych dziennikarzy, którym się jeszcze chce grzebać w tajemnicach tragicznej śmierci Prezydenta, "wolnościowym rajem" nie jest. I chciałabym abyśmy choć trochę tej troski o demokrację, jaką mamy dzisiaj dla Węgrów, zachowali też dla swojego państwa. Bo dzisiejszy dzień przyniósł kolejny dowód na to jak bardzo jej potrzebuje.

A Nałęcz? Cóż, w normalnym kraju prezydent musiałby się z jego wypowiedzi tłumaczyć. Ale w "wolnościowym raju" nie takie rzeczy można powiedzieć o rządzie. O rządzie Węgier, rzecz jasna.

11:06, kataryna.kataryna
Link Komentarze (945) »
wtorek, 20 grudnia 2011
Dziś Macierewicz, jutro Sikorski?

Bogdan Klich: Raport był szkodliwy dla naszych służb i pośrednio dla bezpieczeństwa naszego państwa, nie tylko dla żołnierzy w Afganistanie, choć dla nich też, także dla żołnierzy w Iraku, bo przecież trwała wtedy misja iracka, ale także dla bezpieczeństwa państwa ze względu na działania, które podejmowały wojskowe służby informacyjne poza granicami naszego kraju. Raport ujawniał zasady funkcjonowania tych służb, wspominał też o tych oficerach, którzy pełnili swoją powinność, swoją służbę w placówkach. No i wreszcie raport przyczynił się do krzywdy wielu cywilnych osób, którym ministerstwo obrony narodowej musi składać przeprosiny i dawać zadośćuczynienie. (...) To znaczy, myśmy nie mieli do wątpliwości co do tego, że WSI w swojej kilkunastoletniej historii popełniły szereg, różnych błędów, o niektórych mówiło się nawet publicznie, jak chociażby słynna sprawa z początku operacji irackiej NATO i w związku z tym rozwiązanie WSI było decyzją słuszną. Natomiast opublikowanie raportu, gdzie czarno na białym każdy może przeczytać szczegóły funkcjonowania służb specjalnych Rzeczpospolitej Polskiej, gdzie każdy może dowiedzieć się o tym, jaką rolę, zdaniem Antoniego Macierewicza, pełniła osoba iks, albo osoba igrek, i kiedy tej osobie musi zadośćuczyniać później minister obrony sprzeciwiający się wokół takiej metody, mam na myśli siebie, bo przecież to ja musiałem przepraszać w imieniu resortu obrony narodowej.

Po czterech latach intensywnego śledztwa prokuratura wreszcie wydała z siebie zapowiedź aktu oskarżenia pod adresem Macierewicza, robi się więc ciekawie, bo jeśli prokuratura i partia rządząca traktują państwo, oraz własne zarzuty pod adresem Macierewicza, choć trochę poważnie, oskarżenie Macierewicza powinno mieć dalsze, dużo poważniejsze, konsekwencje.

Wbrew temu, w co zdają się wierzyć politycy Platformy i wierne jej media, działania a później raport Macierewicza to nie był jakiś tam spontan niepokornego posła, a wtedy wiceministra. Zarówno prace komisji, której przewodniczył, jak i opublikowanie ostatecznego raportu przez prezydenta Kaczyńskiego miało solidne podstawy prawne w postaci ustawy z 9 czerwca 2006 roku Przepisy wprowadzające ustawę o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego oraz ustawę o służbie funkcjonariuszy Służby Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służby Wywiadu Wojskowego. Tak, tak, to ta ustawa za przyjęciem której Platforma (poza Komorowskim) głosowała ręka w rękę z PiS, przykładając tę rękę także do tego zapisu:

Art. 70 c ust. 3 Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, po zasięgnięciu opinii Marszałka Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej i Marszałka Senatu Rzeczypospolitej Polskiej, podaje Raport do publicznej wiadomości w Dzienniku Urzędowym Rzeczypospolitej Polskiej „Monitor Polski”.

Skoro już ustaliliśmy, że Platforma jest współodpowiedzialna za to, że raport Macierewicza ujrzał światło dzienne, narażając podobno na szwank nasze bezpieczeństwo (Dukaczewski mówił coś nawet o "zdradzie stanu"), to sprawdźmy jeszcze kto imiennie jest odpowiedzialny jak raport wyglądał i kto go pisał, sięgając ponownie do ustawy.

Art. 58 ust. 1 W terminie do 14 dni od dnia wejścia w życie ustawy:1) Prezes Rady Ministrów, na wniosek Ministra Obrony Narodowej, w drodze zarządzenia, po zasięgnięciu opinii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, powołuje Pełnomocnika do spraw organizacji SKW oraz Pełnomocnika do spraworganizacji SWW; 2) Minister Obrony Narodowej, w drodze zarządzenia, powołuje Komisję Likwidacyjną oraz wyznacza jej Przewodniczącego.

Jeśli nie pamiętasz, Drogi Czytelniku, kto w tamtym czasie był Ministrem Obrony Narodowej, spieszę przypomnieć - Sikorski. Tak, tak, wiem, że nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia i tylko firmował decyzję na którą nie miał wpływu, tylko czy mnie to powinno obchodzić? Czy można usprawiedliwiać ministra, którego podpis widnieje pod tymi straaaaasznie szkodliwymi i nieodpowiedzialnymi decyzjami tym, że ministerialny stołek był dla niego tak cenny, że nie chciał lub nie potrafił się postawić i pozwolił na te wszystkie okropieństwa, których się podobno dopuścił Macierewicz? Nie obchodzi mnie dlaczego minister okazał się za cienki na swojego wiceministra - może się bardzo bał Kaczyńskiego, a może bardzo lubił być ministrem - to on odpowiada za Macierewicza, nawet jeśli w swoim resorcie był nie mającym nic do powiedzenia "słupem" podpisującym nieswoje decyzje.

Jeśli więc myślicie, że oskarżenie Macierewicza zamyka historię raportu WSI, to jesteście "w mylnym błędzie" bo dopiero teraz cyrk się zaczyna. Bo jeśli prokuratura oskarży Macierewicza, to - jeśli traktujemy państwo i prawo poważnie - następnym za niedopełnienie obowiązków powinien być jego ówczesny szef. A jemu, jako konstytucyjnemu ministrowi, przysługuje już Trybunał Stanu. Jeśli, rzecz jasna, ktokolwiek wierzy, że działania prokuratury są w tej sprawie czymś więcej niż bieżącą polityką i jej decyzje będą brać pod uwagę cokolwiek poza politycznymi potrzebami władzy. Przekonamy się szybko, bo jeśli zaraz po Macierewiczu prokuratorzy nie dobiorą się do jego bezpośredniego przełożonego, to znaczy, że chodzi wyłącznie o nią a prokuratura i prawo kolejny raz służą do rozprawienia się z niewygodną opozycją.

Przy okazji, jak myślicie, czy któryś dziennikarz pogriluje Sikorskiego na okoliczność rzekomych przestępstw jakich się dopuszczał pod jego bokiem wyznaczony i kontrolowany przez niego jego podwładny? A może dostanie się całej Platformie za przegłosowanie jawności raportu, co podobno było tak bardzo szkodliwe dla bezpieczeństwa państwa?

10:45, kataryna.kataryna
Link Komentarze (1417) »
wtorek, 13 grudnia 2011
Środa i Wujec o stanie wojennym

Henryk Wujec: To jedna z tych rzeczy, których nie mogę darować gen. Jaruzelskiemu: było wtedy tak wiele różnorodnych inicjatyw (nie zawsze oczywiście rozsądnych), społeczeństwo odzyskiwało nadzieję, wszyscy, a w każdym razie wielu, przystępowali do naprawy Rzeczypospolitej, często zaczynając od swojego podwórka. Odbywało się to w atmosferze pełnej napięcia, konfliktów, ale inaczej być nie mogło - w końcu była to, chociaż pokojowa, rewolucja. Trzeba było pokonywać różne kryzysy, likwidować zagrożenia, ale wciąż posuwaliśmy się naprzód. Zbiorowym wysiłkiem władzy i "Solidarności". Należało ten trudny marsz kontynuować, zrobić kolejny krok i potem jeszcze jeden..., wytrzymać, idąc drogą wytyczoną przez Porozumienia Gdańskie. Nie było żadnej nieprzepartej konieczności zewnętrznej, by w grudniu '81 ogłaszać stan wojenny, zdecydowała o tym sytuacja wewnętrzna w aparacie władzy. Stan wojenny ze swoją logiką przemocy, zastraszenia, represji zamordował budzącą się w społeczeństwie nadzieję, zatruł nienawiścią i bezsilną rezygnacją psychikę wybijającego się ku wolności i demokracji narodu. Ostatecznie po siedmiu straconych latach generał powrócił do stołu rokowań, ale w jakże innej sytuacji psychologicznej, społecznej, gospodarczej. Wykopana wówczas w polskim społeczeństwie przepaść dotąd się nie zabliźniła - kolejne paroksyzmy "teczkowe" są tego najlepszym przykładem.

Magdalena Środa: Dziś, starsza o 30 lat, widzę stan wojenny zupełnie inaczej. Okres ten stworzył doskonałe warunki do budowy kapitału społecznego, umacniania związków przyjaźni i relacji zaufania między ludźmi. Oczywiście relacje te miały charakter ograniczony do małych grup, ale za to intensywny. Tak intensywny, że Polska przeszła w stanie wojennym przez baby boom. Godzina policyjna, brak dostępu do rozrywki, szkolnictwa oraz pracy owocował wzmożoną aktywnością towarzyską i seksualną. A brak środków antykoncepcyjnych – zwielokrotnioną dzietnością. Stan wojenny motywował też do zintensyfikowanej zaradności: zdobycie masła, mięsa czy dostanie się do domu z dalekich stron miasta przed godziną policyjną albo w czasie jej trwania było nie lada wyczynem. Wymagało sprytu, inwencji, inteligencji, dobrej strategii, cierpliwości, konsekwencji, często odwagi. Zdobyta w czasie stanu wojennego zaradność przełożyła się potem na przedsiębiorczość czasów transformacji i nasz dzisiejszy dobrobyt, z czego my, Polacy, naprawdę możemy być dumni. Z powodu zmilitaryzowanych i monotonnie propaństwowych mediów (stan nudy przerywała czasem konferencja Jerzego Urbana, gdzie śmiechom i żartom nie było końca) rósł udział Polaków w kulturze wysokiej. Pamiętam, jak pewien emigrant z Chile, usłyszawszy w niedzielny poranek 13 grudnia zamiast swojego ulubionego programu niezapowiedziany koncert Chopina, powiedział bez wahania: „Wprowadzili stan wojenny", bo wiedział, że wojskowe reżimy lubią stroić akty przemocy w narodową muzykę poważną. Jej dostępność – można nawet powiedzieć – uporczywa dostępność niewątpliwie przyczyniła się do podniesienia edukacji muzycznej oraz patriotycznej społeczeństwa. Bardzo ważnym aspektem stanu wojennego było też zwiększone czytelnictwo. 

Czytając refleksje Magdaleny Środy we Wprost dwa razy sprawdzałam źródło i datę, tak absurdalnie brzmią te wymuszone pochwały skutków ubocznych stanu wojennego, ale nie, to naprawdę całkiem serio i z okazji rocznicy. I jako że z każdym kolejnym rokiem będzie pewnie przybywać podobnych wspomnień, zanim wszyscy uwierzymy, że stan wojenny to dobrodziejstwo za które Jaruzelskiemu należą się pomniki, ja w tę rocznicę będę uparcie przypominać co o stanie wojennym napisał kilka lat temu Henryk Wujec - człowiek, któremu nikt nie może zarzucić zbędnej zapiekłości, i który nie miał i nie ma żadnego politycznego interesu w wypominaniu Jaruzelskiemu przeszłych win.

Jeśli dwie osoby, dzisiaj wcale przecież nie z bardzo przeciwnych stron politycznej barykady, mają tak skrajnie odmienne zdanie na temat długofalowych skutków stanu wojennego, to samo to świadczy o tym, jak bardzo potrzebna jest rzetelna dyskusja na ten temat. Być może Środa ma w zanadrzu jakieś mocne argumenty, ja jednak ufam w tej sprawie ocenie Wujca. I choć nic z tego co wspomina Wujec nie pamiętam, to też nie mogę Jaruzelskiemu darować. Kto wie gdzie byśmy dzisiaj byli gdyby wtedy siłą nie zatrzymał odradzania się społeczeństwa obywatelskiego.

piątek, 02 grudnia 2011
Specjalna ochrona dla dziennikarzy?

Organizacja dziennikarska Press Club Polska chce zmiany prawa, tak aby gwarantowało dziennikarzom (a także osobom przybranym przez dziennikarzy do pomocy) większe bezpieczeństwo osobiste "podczas i w związku z wykonywaniem obowiązków zawodowych". Propozycja Press Clubu zakłada traktowanie dziennikarzy jak funkcjonariuszy publicznych, co ciekawe, "projekt przewiduje objęcie wzmocnioną ochroną prawną także osób przybranych do pomocy dziennikarzom przy wykonywaniu obowiązków zawodowych, tożsamą z ochroną przysługującą dziennikarzom podczas i w związku z pełnieniem obowiązków zawodowych. Osobą przybraną do pomocy dziennikarzowi będzie każdy, kogo dziennikarz sam sobie wybierze do pomocy w spełnianiu konkretnych obowiązków zawodowych lub czyją pomoc zaofiarowaną przyjmie, albo osobą, którą przydzielą mu przełożeni. Osobą przybraną będzie więc ta osoba, która wykonuje czynności pomocnicze w stosunku do czynności dziennikarza".

Gdyby propozycja Press Clubu przeszła, dziennikarze mogliby nie tylko sami korzystać z nadzwyczajnej ochrony prawnej, ale też swobodnie rozciągać ją na dowolne osoby, według własnego uznania - wystarczy, że by je sobie "przybrali do pomocy". Jednym słowem, cieszyliby się przywilejem jaki nie przysługuje chyba żadnej grupie zawodowej. Choć doprawdy trudno znaleźć powody dla których jako społeczeństwo powinniśmy ją nimi obdarzyć, już nawet sami dziennikarze otwarcie mówią o upadku etyki tego zawodu, dodatkowe przywileje na pewno nie pomogą w odbudowaniu dziennikarskiego etosu. Jeśli coś takiego jeszcze jest.

Pech chce, że odważna propozycja Press Clubu zbiegła się w czasie z wyjątkowo obrzydliwą publikacją w dzisiejszym Super Ekspresie, który postanowił nie tylko szczegółowo zrelacjonować tragiczną samobójczą śmierć dwóch starszych kobiet ("Wstały nad ranem, gdy było jeszcze ciemno. Ubrały się i wyszły z domu. Wzięły ze sobą tylko sznur i dwa stołki - po jednym dla każdej... Wanda K. (†76 l) i jej córka Jadwiga M. (†53 l) powiesiły się na kracie przy wejściu do kościoła. - Nie miały ani telewizora, ani telefonu, ani nawet radia - mówią sąsiedzi. Kiedy zbliżały się święta, sąsiedzi przynosili kobietom ciasto i jedzenie. Wanda i Jadwiga wstydziły się swojej nędzy i choroby. W końcu obie postanowiły odebrać sobie życie. Idąc ze stołkami i sznurem pod kościół, musiały wyglądać jak zjawy. Na miejscu się nie zawahały. Przywiązały sznur do kraty, założyły sobie pętle na szyje i weszły na taborety. Potem odkopnęły stołki.") ale także - na wypadek, gdyby ten plastyczny opis głodnemu wrażeń czytelnikowi nie wystarczył - opatrzył artykuł fotomontażem przedstawiającym dwie wiszące kobiety. Mam raczej mocne nerwy, ale mnie zemdliło.

Gdyby nieszczęśliwe kobiety nie powiesiły się w miejscu publicznym, tylko na przykład w domu, być może przeczytalibyśmy bardziej szczegółową relację, uzyskaną metodą nazwaną w blogu poświęconym dziennikarstwu brukowemu (głównie Faktowi), "wejściem na psa". Jeśli czasami zastanawiacie się skąd w brukowcach liczne relacje z rodzin opłakujących najbliższych, autor bloga zdradza trochę "dziennikarskiej" kuchni.

Brukowiec Story: Dziennikarz, z którym jeździłem, często stosował „wejście na psa”. Wchodziliśmy energicznie do domu, w którym właśnie wydarzyła się tragedia. Dziennikarz rzucał tradycyjne pytanie: „Podawała już pani moim kolegom wszystkie szczegóły do protokołu?” Po takim wstępie nikt nigdy nie zapytał o legitymację policyjną. Dziennikarz spisywał wszystko do „protokołu”, ja w tym czasie robiłem zdjęcia. Prosiliśmy o pokazanie innych zdjęć, pod byle pretekstem. I zwykle dostawaliśmy. I na koniec „proszę podpisać”. Jeszcze nikt nie zorientował się, że podpisuje zgodę na publikację swoich danych i wizerunku w gazecie Fakt! Jak miała to odczytać zapłakana kobieta, która przed chwilą opowiadała o tragedii?! Miałem wątpliwości, czy to tak powinno wyglądać. Ale było na to przyzwolenie Warszawki. Słyszałem przechwałki dziennikarza typu „wszedłem na policjanta, ciule się nie zorientowali. Oczywiście zgody mam na piśmie”. Były kradzieże zdjęć z albumów, były strzały z biodra (dla niezorientowanych – foty robione ukradkiem). Miałem dość, sam odszedłem. Rozumiem, że na niektóre materiały jest olbrzymie parcie redakcji. One po prostu muszą być. Dziennikarz i foto muszą je zrobić, choćby mieli „stanąć na ch…” – tak nam mówili koledzy redaktorzy zza swoich biurek. Jak zrobimy, to nasza sprawa – byle by były dobre foty i zgoda na publikację. Tekst zawsze można dorobić przez telefon czy podkręcić przed kompem…

W dzisiejszym artykule zabrakło realnych "foci" więc gazeta musiała je dorobić, ale i tak robią wrażenie. Chciałoby się powiedzieć - trupy jak żywe. Rozumiem, że wszystkie osoby pracujące nad dzisiejszym artykułem, a także tych wszystkich "wchodzących na psa" Press Club chciałby objąć specjalną ochroną. Ich, oraz osoby przez nich wzięte do pomocy. Bo podobno jest w moim interesie aby mogli swobodnie wykonywać swoje obowiązki. Tylko jakoś ja tego nie czuję.

Mam nadzieję, że projekt Press Clubu skończy tam gdzie jego miejsce - w koszu. I pozostanie tam dopóty, dopóki środowisko nie oczyści się z hien, takich jak autorzy tego artykułu, oraz wszyscy, którzy mieli udział w tym, że się dzisiaj ukazał. Bo w moim interesie jest, aby każdy z nas mógł skutecznie bronić się - nawet gdyby miało to oznaczać użycie siły fizycznej - przed typami wchodzącymi "metodą na psa" gdy właśnie rozpacza po stracie kogoś bliskiego i jest łatwym celem. Tylko po to, żeby szmatława gazeta sprzedała się w kilku egzemplarzach więcej. A przecież dziennikarze, czy raczej pracownicy (nie obrażajmy tego szlachetnego zawodu) brukowców to nie jedyny problem jaki mamy z mediami. Są jeszcze dziesiątki dziennikarzy niekompetentnych, kilku sprzedajnych, coraz więcej wysługujących się jednej partii. Lista dziennikarzy solidnie wypełniających swoją służebną wobec społeczeństwa rolę nie jest wcale taka długa i stale się skraca. My się już naprawdę prawie wcale nie liczymy, przegrywając z naczelnym, wydawcą, reklamodawcą, politykiem. Jaki więc mamy interes w obdarzeniu grupy i tak już nadmiernie holubionej dodatkowymi przywilejami?

Poproszę więc o zrobienie porządku w swoich szeregach, żebyśmy się przestali bać i brzydzić niektórych z Was. Potem możecie wrócić z propozycjami przywilejów dla siebie. Bo nie mam nic przeciwko temu aby ten kto naprawdę służy społeczeństwu był dobrze chroniony. 





niedziela, 13 listopada 2011
Do zobaczenia za rok!
Indymedia:
piątek, 11 listopada 2011
Mój problem z Wandą Nowicką

Choć nie zgadzam się ani z poglądami Wandy Nowickiej, ani ze stylem w jakim je głosi, to są to poglądy uprawnione i sam fakt ich posiadania nie powinien być powodem odmawiania jej publicznych stanowisk. Jeśli faktycznie jest taki zwyczaj - a jak rozumiem jest - że każdy klub ma prawo do wicemarszałka i może go sam wyznaczać, to nie widzę powodu dla którego sam fakt posiadania przez Nowicką poglądów niepopieranych przez sejmową większość miał wystarczać do odrzucenia jej kandydatury. Kara śmierci jest tak samo zakazana jak aborcja, i tak samo jak aborcja jest zabijaniem, a przecież nie chcielibyśmy aby zwolennicy kary śmierci mieli "z urzędu" zakaz piastowania funkcji publicznych. Nie podobało mi się odmówienie prawa do stanowiska Rocco Butoglioniemu tylko "za karę" za niepoprawne poglądy i (chyba) nie podoba mi się próba izolowania z podobnego powodu Wandy Nowickiej. Powtarzam, nie zgadzam się z nią ale muszę uznać jej prawo do posiadania i głoszenia takich poglądów, tak jak uznaję prawo do posiadania i głoszenia odmiennych od moich poglądów na karę śmierci. Nie sądzę też aby Wanda Nowicka jakoś drastycznie zaniżała poziom prezydium Sejmu, ten Sejm przez całą kadencję miał za wicemarszałka Stefana Niesiołowskiego, dużo gorzej już więc raczej nie będzie. Nowicka nawet u szczytu formy będzie ledwie namiastką tego co sobą reprezentował Niesiołowski, człowiek, który - jak niestety wielu innych od lewa do prawa - nie jest godzien być nawet szeregowym posłem, a co dopiero wicemarszałkiem.

Nie znaczy to jednak, że nie mam problemu z Wandą Nowicką. Mam i to poważny, ale nie ma on związku z jej poglądami ale sposobem jej działania, i wątpliwościami jakie budzą pewne fakty ujawnione w uzasadnieniu wyroku w sprawie przeciwko Joannie Najfeld. I tu znowu muszę zacząć od zastrzeżenia. Nie wątpię w to, że Nowicka robi to co robi z powodów ideowych, podobnie jak Rebecca Gompers, holenderska lekarka, która założyła Women on Waves i przy okazji swojej kampanii w Polsce zwierzyła się Wysokim Obcasom, że spełniona się czuje dopiero od kiedy przeprowadza aborcje. Ludzie mają po prostu różne pasje w życiu, możemy tego nie rozumieć, ale tak jest. Wanda Nowicka to przykład proaborcyjnej fanatyczki, nie wątpię, że robiłaby to samo nawet gdyby miała do tego dopłacać. To nie pieniądze ją motywują, ale właśnie pieniądze jakie bierze przy okazji realizacji swojej "misji" budzą mój niepokój. Bo choć nie ma nic złego w tym, że organizacja pozarządowa szuka finansowego wsparcia u tych, z którymi jej po drodze, to jest w ujawnionych faktach coś niepokojącego, zwłaszcza w kontekście tego kim teraz będzie Wanda Nowicka. 

Po pierwsze, w jakim charakterze Federacja prowadziła korespondencję na www.wpadka.pl?

Nie wiem jak wyglądała ta strona wtedy, gdy "Z wpłat dokonanych przez G. w 2008 r. sfinansowano prowadzenie korespondencji w serwisie internetowym Wpadka.pl.", ale chętnie poznałabym szczegóły prowadzonej przez Federację korespondencji - kto ją prowadził, na jaki temat i jak się przedstawiał użytkownikom. Na stronie znajduje się dział "Zapytaj eksperta", jedyne interaktywne miejsce na stronie, zgodnie z informacją porad udziela tam dr Małgorzata Nycz-Reska, lekarz ginekolog. Jeśli to nie ją zatrudniała Federacja za pieniądze koncernu farmautycznego produkującego środki wczesnoporonne to o prowadzeniu jakiej korespondencji mowa w uzasadnieniu wyroku? To o tyle ważne, że osoba szukająca porady na takim serwisie ma prawo do pełnej informacji kto jej go udziela - lekarz specjalista, czy proaborcyjna aktywistka? Na razie wiemy za mało, żeby ocenić za co naprawdę koncern farmaceutyczny płacił Federacji, ale dobrze byłoby wyjaśnić czy nie za prowadzenie czegoś w rodzaju proaborcyjnej kampanii pod pozorem porad eksperckich. Mam nadzieję, że wkrótce poznamy szczegóły internetowej aktywności Federacji - co, komu i jako kto radziła. Czy korespondenci serwisu mieli jasność kogo się radzą i mogli w pełni ocenić czy w tej sprawie chcą się radzić właśnie tej osoby. Jeśli organizacja pozarządowa bierze pieniądze za jakąkolwiek działalność informacyjną, adresaci takiej kampanii mają prawo wiedzieć kto za nią płaci, bo jest to ważnym czynnikiem w ocenie wiarygodności przekazu.

Po drugie, jak wyglądało zaangażowanie Federacji w działania promocyjne środków wczesnoporonnych?

Polskie prawo farmaceutyczne ogranicza możliwości reklamy leków dostępnych na receptę, a ustawa o zawodach lekarza i lekarza dentysty określa zasady wykonywania tego zawodu i obowiązki lekarza wobec pacjenta. Nie jestem prawnikiem, ale mam wrażenie, że polecana przez Federację strona Women on Web, z której po internetowej " konsultacji lekarskiej" można bez recepty zamówić leki wczesnoporonne narusza obie te ustawy. nie mówiąc o tym jak bardzo jest nieodpowiedzialne. Zaangażowanie wicemarszałek polskiego Sejmu, bądź co bądź organu stanowiącego prawo, w działalność w tak oczywisty sposób je łamiącą jest poważnym problemem i kolejnym przyczynkiem do powszechnego lekceważenia prawa, bo skoro pani marszałek może, to dlaczego inni nie? Jest też problem dużo poważniejszy. Przeglądałam kiedyś forum na tej stronie i byłam przerażona jak bardzo zdesperowane kobiety stają się tam mięsem armatnim proaborcyjnej kampanii, jak jedne "forumowiczki" zachęcały inne do odważnego podjęcia decyzji, przekonując, że to nic wielkiego i jak czasami takie przekonane wracały na forum z płaczek bo po wzięciu tabletki pojawiły się komplikacje i co teraz? Internetowego lekarza takie problemy już nie obchodzą, a nawet gdyby obeszły, to i tak nie może pomóc. Chciałabym więc wiedzieć, czy działaczki Federacji, w ramach swoich obowiązków wobec sponsora, albo z przekonania, udzielały się także na takich forach, gdzie szukającym informacji i pomocy udziela się "światłych porad". A jeśli tak, to czy udzielając ich przedstawiały się jako proaborcyjne działaczki czy udawały zwykłe forumowiczki. Jeśli bowiem nawet partie polityczne płacą internautom za komentarze udające "spontaniczne", czy mam wierzyć, że koncerny farmaceutyczne walczące o gigantyczną kasę tego nie robią? 

Po trzecie, jak będzie wyglądało zaangażowanie Nowickiej w Sejmie?

Czy Nowicka już jako posłanka i wicemarszałek Sejmu, odwdzięczy się firmie, która finansowała działalność jej organizacji lobbując na przykład za refundacją środków wczesnoporonnych produkowanych przez byłego sponsora? Rynek farmaceutyczny to miliardy złotych, refundacja antykoncepcji, czy farmakologicznej aborcji to gigantyczne pieniądze, firma, która upchnie swoje produkty na liście leków refundowanych zarobi krocie. Więc choć wiem, że Nowicka robi to co robi z przekonania i gdyby mogła skrobałaby osobiście, za darmo i po godzinach, mam naprawdę duży problem z tym, że będzie teraz współdecydować o tym czy i ile zarobi jej były darczyńca. Bo jeśli to nie jest konflikt interesów, to co nim jest?

Przy okazji "sprawy Agaty" (o właśnie, co z nią? szczęśliwa? przydałby się jakiś follow up, skoro już wespół w zespół "uratowano" dziewczynie młodość) przeglądałam fora internetowe poświęcone aborcji, nie tylko to na stronie Women on Waves, ale także "zakłódkowane" forum dla kobiet po aborcji na portalu Gazeta.pl i była to lektura wstrząsająca. Byłabym dużo spokojniejsza mając pewność, że te wszystkie "dziewczyny" na forach dzielące się doświadczeniami to naprawdę zwykłe dziewczyny a nie wynajęte przez koncerny farmaceutyczne "kampanierki". Czy nawet działające z poczucia misji proaborcyjne fanatyczki. Bo temat jest naprawdę zbyt poważny, żeby się za pieniądze lub dla sprawy bawić życiem, jeśli już nie tych dzieci, to ich zdesperowanych matek.

I na tym właśnie polega mój problem z Wandą Nowicką. Nie na jej poglądach, ale na zwyczajnej niepewności jak daleko ona i jej koleżanki są w stanie się posunąć w forsowaniu tego w co wierzą. Mam więc nadzieję, że sądowa wygrana Joanny Najfeld i zamieszanie wokół Nowickiej przyczynią się do rzetelnej analizy tego co w Polsce robią koncerny farmaceutyczne, żeby zarobić, kto i jak im w tym pomaga. Bo dla Nowickiej to misja, dla jej sponsorów to kasa, ale dla tych tysięcy dziewczyn i ich dzieci to życie.

09:53, kataryna.kataryna
Link Komentarze (207) »
niedziela, 06 listopada 2011
Ksiądz Boniecki i chór hipokrytów

Zawirowania w Kościele średnio mnie ruszają, nie jestem więc w stanie przejąć się losem księdza chwilowo odsuniętego od mediów po tym jak nie mógł lub nie chciał się zdecydować czy krzyż w Sejmie wisieć powinien, czy wręcz przeciwnie. Jego asekuracyjne "Uważam, że obie odpowiedzi są poprawne" bardzo mnie ubawiło i trochę nie rozumiem tych, którzy nie dostrzegają w niej niczego zabawnego. Jeszcze bardziej jednak śmieszy mnie spontaniczny Ruch Poparcia Bonieckiego, a zwłaszcza aktywny udział w nim środowisk, które powinny być ostatnimi kwestionującymi prawo zwierzchnika do dyscyplinowania podwładnych. A niektóre argumenty używane w tej dyskusji świadczą wyłącznie o stopniu egzaltacji jej uczestników.

Wojciech Maziarski: Nazwijmy rzecz po imieniu: ten religijny knebel jest w istocie przestępczym złamaniem artykułu 54 konstytucji, który stwierdza: „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów”. Fakt, że jako zakonnik ks. Boniecki ślubował posłuszeństwo swej zakonnej władzy, nie ma tu nic do rzeczy, bowiem władza ta nie może łamać prawa państwowego i pozbawiać obywateli Polski ich konstytucyjnych praw. Właściwie rzecz się kwalifikuje do Rzecznika Praw Obywatelskich i prokuratora.

To jedna z zabawniejszych wypowiedzi w sporze o Bonieckiego, na miejscu Maziarskiego przed udaniem się do prokuratora upewniłabym się czy w żadnej z umów jakie jako naczelny Newsweeka podpisał ze swoimi dziennikarzami nie ma czasem zapisu o tym, że muszą oni uzyskać jego zgodę na publikację w innym niż Newsweek medium. Bo o ile wiem, takie zapisy nie są wcale rzadkością w przypadku umów o pracę z dziennikarzami. Czy więc to, że dziennikarz jednej gazety nie może pisać do drugiej, gwiazda jednej telewizji nie może wystąpić w innego, świadczy o niedozwolonym charakterze klauzul w ich kontraktach? Ci sami, którzy bez zmrużenia oka godzą się na zapisy o mającym czysto finansowe podłoże zakazie udzielania się u konkurencji, są często pierwsi do kwestionowania podobnego zakazu, z tą różnicą, że w przypadku księdza Bonieckiego, jego szefom nie chodzi o kasę i wyłączność na swoją gwiazdę a o zasady i dobro Kościoła, które - ich zdaniem - ksiądz Boniecki naraża na szwank nieostrożnymi wypowiedziami.

Bez względu na to jak bardzo się zgadzamy z księdzem, to jest on częścią Kościoła i jego "funkcjonariuszem" z własnej i nieprzymuszonej woli, zbyt aktywne bronienie go to trochę podważanie jego osobistej decyzji - i tej sprzed kilkudziesięciu lat o ślubach posłuszeństwa, i tej sprzed kilku dni o dotrzymaniu tych ślubów w tym konkretnym przypadku. A jeśli chcemy zgłaszać do Rzecznika Praw Obywatelskich zakaz wypowiedzi w mediach nałożony na księdza, to zgłośmy też hurtem wszystkie umowy, w których pracodawca gwarantuje sobie posłuszeństwo pracowników i nienarażanie przez nich interesów instytucji, w której pracują. Bo jakoś nie wierzę, że sam Maziarski nie zawiera w umowach podpisywanych ze swoimi pracownikami żadnych klauzul gwarantujących mu kontrolę nad tym gdzie i jak się udzielają. Ale może się mylę i dziennikarze Newsweeka rzeczywiście cieszą się całkowitą swobodą tego gdzie, co i jak mówią i piszą.

Małgorzata Kidawa-Błońska: Przeraziłam się, kiedy usłyszałam o tym zakazie. Dobrze że Pan Bóg jest na górze, bo on pozwala ludziom myśleć. To nawet nie jest cenzura, to jest zakaz myślenia. Jeśli ks. Adam Boniecki, osoba z takim doświadczeniem nie ma prawa mówić, co myśli, to ja tego nie rozumiem.

Nie mogę się zdecydować kto mnie bardziej rozbawił, Maziarski, czy Kidawa-Błońska. Tak, partie polityczne to jedno z tych miejsca gdzie członkowie cieszą się pełną swobodą wypowiedzi, nic dziwnego, że Kidawę-Błońską przeraża sama myśl, że ktoś komuś mógłby czegoś tu zabraniać. W Platformie, podobnie jak w innych partiach, każdy może powiedzieć wszystko, a coś takiego jak narzucana odgórnie dyscyplina nie istnieje, wszystko jest wyłącznie kwestią poglądów i sumienia jednostki, jak w tym ciekawym głosowaniu nad jedną z ustaw aborcyjnych.

Iwona Śledzińska-KatarasińskaWiększość posłów naszego klubu prosiła o dyscyplinę, ponieważ dla części kolegów było to swego rodzaju alibi, mogli mieć obawy, czy strach przed opinią najbliższego środowiska - dlatego uznali, że łatwiej będzie zagłosować, jak będzie dyscyplina. Część naszych posłów zagłosowała odmiennie od rekomendacji prezydium klubu PO, a ponieważ była to sytuacja, która dotyczy całego klubu, to na najbliższym posiedzeniu klubu - w środę 14 września - zdecydujemy, czy te osoby powinny podlegać jakiejś karze regulaminowej, czy też nie. To kwestia lojalności i pewnej solidarności w obrębie klubu. Ja się nie podejmuję wyrokować w tej sprawie. Zadecyduje cały klub.

Straszna kara nałożona na księdza Bonieckiego za jego dziwne, bo dwuznaczne, wypowiedzi - nie knebel, a nakaz czasowego ograniczenia swojej medialnej aktywności tylko do Tygodnika Powszechnego - jest niczym w porównaniu z kontrolą jaką nad swoimi członkami ma każda partia polityczna, i jaką nad swoimi pracownikami ma każdy pracodawca. Trochę więc nie rozumiem o co chodzi w sprawie księdza Bonieckiego, zwłaszcza tym, którzy jeszcze niedawno witali z uznaniem tajną notę jaką do Papieża skierował Minister Spraw Zagranicznych w sprawie uciszenia Rydzyka. I - jestem pewna - gdyby Papież Sikorskiego wysłuchał - dzisiaj na fejsbuku przypinalibyśmy sobie badge "Benedykt XVI ma głos (w moim domu)", a zachwytom nad odwagą Papieża zakazującego medialnych występów Rydzykowi nie byłoby końca. 

O ile jednak Ruch Poparcia Bonieckiego trochę mnie śmieszy, o tyle samemu Bonieckiemu współczuję. Pod koniec życia zorientował się, że oddał je instytucji, z którą się najwyraźniej nie bardzo zgadza, a ciągle jeszcze nie ma odwagi na jednoznaczne opowiedzenie się po stronie, do której mu bliżej. I choć uważam, że Marianie popełnili poważny polityczny i wizerunkowy błąd zakazując Bonieckiemu wypowiedzi to - moim zdaniem - milczenie może mu służyć. Przynajmniej do czasu, gdy zdecyduje się wreszcie, która odpowiedź jest poprawna i przestanie być "za, a nawet przeciw". Dla dobra jego i instytucji w której z własnej i nieprzymuszonej woli jest. 

12:48, kataryna.kataryna
Link Komentarze (274) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30