pozytywka@gmail.com
| < Maj 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
sobota, 21 maja 2016
Rankingi bez Granic

Reporterzy bez Granic: UE martwi się rosnącym w Polsce autorytaryzmem, od kiedy rząd pod wodzą konserwatywnego Prawa i Sprawiedliwości objął władzę w listopadzie. Tłamszenie mediów przez polski rząd musi być jasno potępione w opinii, jaką przedstawi Frans Timmermans. Wzywamy go do powtórzenia zaniepokojenia UE niezależnością mediów.

Kilka tygodni temu Reporterzy bez Granic obniżyli pozycję Polski w Światowym Rankingu Wolności Prasy, spadliśmy z 18. miejsca na 47. Podobno wina PiSu. Organizacja nie ujawnia autorów rankingu, nie odpowiada też na żadne pytania związane z metodologią, wiadomo jedynie, że oparła go na doniesieniach od polskich dziennikarzy, prawników i obrońców praw człowieka, a poza ogólnikowym stwierdzeniem, że "wolność polskich mediów i pluralizm są w niebezpieczeństwie", nie dostajemy żadnego rzeczowego uzasadnienia. Jeśli więc komuś nie wystarcza dość prymitywna radocha, że znowu „krytykujo nas zagranico”, to nawet nie ma się jak odnieść do ogłoszonego rankingu. Poza oczywistym pytaniem – jak to jest możliwe, że ranking podsumowujący rok 2016 jest ogłaszany już po pierwszym kwartale? Logicznie rzecz biorąc, ranking musi być podsumowaniem 2015 roku, czyli 10,5 miesięcy rządów Ewy Kopacz i 1,5 miesiąca rządów Beaty Szydło?

Za „pierwszego PiSu” media podniecały się raportem o mediach publicznych w Polsce firmowanym przez szacowną polską organizację, choć wystarczyło się dokładnie wczytać w raport, żeby się dowiedzieć, że pracami kierował – bezstronnie i apolitycznie - kandydat PO na europosła. W części ilościowej raportu dowodzono, że Pis jest faworyzowany w mediach bo autorzy stoperem zliczali czas antenowy poświęcony każdej partii. Tym samym jako dowody faworyzowania zaliczali też każdy krytyczny materiał o PiSie. Bo liczono tylko minuty, taki urok automatyzmu. Raport z badań ilościowych był uzupełniony badaniem jakościowym (czy raczej „jakościowym”), w którym królowały komentarze w rodzaju: 

"Spotkanie Tadeusza Truskolaskiego, kandydata PO na prezydenta. Znów najgorsza realizacja – ciasne pomieszczenie, kamera wędruje po mikrofonach, banerach, dziennikarzach oraz stojących, smutnych panach - kolegach partyjnych kandydata, którzy nawet nie udają, że go słuchają." (jak rozumiem to telewizja wybrała kandydatowi to ciasne pomieszczenie i ustawiła koło niego tych smutnych panów co go nie słuchali)

"Marek Kozłowski, kandydat PiS na prezydenta, odpiera zarzuty PO. Kiedy działo się zło, jego we władzach nie było. Mało przekonywujący, mimo że trzyma jabłko w dłoni." (przy tej uwadze z jabłkiem zaczęłam wątpić, że to wszystko na serio)

"Adamowicz nie chciał skomentować ataku PiS, wypowiedział się radny PO. Materiał skręcono w nocy i radny wyglądał wyjątkowo nieatrakcyjnie. Do tego prezydenta Gdańska określono jako człowieka „związanego z PO”. Zabrzmiało to jakby związek z PO był ujmą na honorze lub przestępstwem. Paweł Adamowicz jest członkiem PO." (czyja to wina, że radny w nocy źle wyglądał? i skąd ta paranoja, że "związany z PO" brzmi jak ujma na honorze lub przestępstwo?)

"Konferencja Pawła Adamowicza (PO), który zarzucił PiS prowadzenie negatywnej kampanii. Argumenty przedstawione rzetelnie i zwięźle, jest odpowiedź na najczęściej padające zarzuty ze strony opozycji. Szkoda, że TVP nie dała wypowiedzieć się Adamowiczowi gdy te materiały puszczała na antenie. Adamowicz przegrał tę kampanię medialnie nie tylko za sprawą TV, ale i na własne życzenie. Szefem jego kampanii i sztabu wyborczego jest młody poseł, który sam musi się jeszcze nauczyć funkcjonowania w mediach." ("argumenty przedstawione rzetelnie i zwięźle", "szkoda, że TVP nie dała się Adamowiczowi wypowiedzieć", "Adamowicz przegrał tę kampanię..." - czy to jest chłodna i neutralna analiza dziennikarskiego materiału czy komentarz osoby wyraźnie zaangażowanej emocjonalnie po jednej stronie?)

"Materiał z krakowskich Targów Książki, gdzie Jarosław Kaczyński podpisywał książkę „O dwóch takich...” w ogromnym tłoku, znacznie większym niż tacy autorzy jak Joanna Chmielewska! Krótkie, pochwalne wypowiedzi anonimowych czytelników." (skandal, Kaczyński nawet Targi Książki zawłaszcza! A za tłum większy niż u Chmielewskiej należał mu się od neutralnego obserwatora ten wykrzyknik)

"Dziennikarze TKW pogubili się, podobnie jak większość mieszkańców, kiedy K. Marcinkiewicz mówi coś jako kandydat PiS, a kiedy jako najwyższy urzędnik ratusza." (neutralny obserwator nie ogranicza się tu do obserwowania mediów, zaobserwował także "większość mieszkańców" i donosi, że się pogubili - bardzo bezstronny komentarz dotyczący wyłącznie mediów i absolutnie nie zdradzający osobistego stosunku obserwatora do Marcinkiewicza)

"Kazimierz Marcinkiewicz codziennie jest tam, gdzie są kamery i mikrofony: (...) obietnice lepszej przyszłości: unijnego wsparcia dla budowy metra (23.10), razem z premierem i ministrem odpowiedzialnym za rozdział unijnych środków, co sugeruje, że jeśli będzie nie ten prezydent miasta, to kto wie, czy rząd da pieniądze na metro." (tutaj też nie widać czy i jaki stosunek ma niezależny obserwator do Marcinkiewicza i PiSu a jego skojarzenie, że pokazanie premiera obok Marcinkiewicza sugeruje, że jak Kazik nie wygra to pieniędzy na metro nie będzie jest tak naturalne i oczywiste dla każdego, że po prostu musiało trafić do raportu)

W prezentowanym jako neutralny raporcie, sposób przedstawiania Kaczyńskiego przez TVP oceniał Wojciech Mazowiecki, dzienikarz konkurencyjnej stacji telewizyjnej znany z antypisowskości. To się musiało skończyć neutralnym, rzetelnym raportem. Nie inaczej jest z międzynarodowymi rankingami, tworzonymi w oparciu o głosy z kraju. Na przykład inny ranking - Index of Censorship - powstał w oparciu o relację Wojciecha Maziarskiego z Gazety Wyborczej. Taki już urok wszelkich „rankingów”. Nowością jest jednak tak duże zaangażowanie Reporterów bez Granic w wymuszaniu na europejskich instytucjach potępienia Polski w oparciu o własny ranking, o którym sama organizacja wstydzi się powiedzieć jak powstał.

Jako ciekawostkę już tylko dodam, że np. w rankingu „Wolność prasy” prowadzonym przez inną międzynarodową organizację – Freedom House – Polska w 2015 roku miała aż 26 punktów, czyli było źle (w tym raporcie im więcej punktów tym niższa ocena wolności prasy), zresztą ocena ta sukcesywnie spadała przez całe osiem lat rządów PO i pod ich koniec była dużo gorsza niż wcześniej przez dwa lata „kaczyzmu”. Za to najlepsze dla wolności prasy był – według oceny Freedom House – rok 2002. Czyli ten, w którym SLD przemycało do ustawy antyagorowe „lub czasopisma”, Rywin przyszedł do Michnika po haracz za zgodę na kupno Polsatu, a polskie media zgodnie milczały o tym przez pół roku bo „Gazeta Wyborcza prowadziła śledztwo dziennikarskie”. Jakieś pytania?

11:42, kataryna.kataryna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 kwietnia 2016
Zawstydzić Korwina

Janusz Korwin-Mikke: Jeśli naród ma przetrwać, ludzie niepełnosprawni muszą być traktowani gorzej – co jest równoważne mniej kontrowersyjnie brzmiącemu twierdzeniu: „Ludzie sprawni muszą być traktowani lepiej”. 

Stefan Niesiołowski: PiS chce kazać kobietom rodzić dzieci, o których wiadomo, że są kalekie? To coś nieprawdopodobnego! Miałem wujka inwalidę, wiem, jak wyglądają takie sytuacje w życiu.

Pamiętacie to oburzenie, gdy kilka lat temu Korwin-Mikke powiedział niepełnosprawnej córce działaczki Partii Kobiet, że swojej córki nie posłałby z nią do klasy, bo dzieci niepełnosprawne w klasach integracyjnych „ciągną” w dół dzieci „normalne”? Ale się lewica zagotowała, Łukasz Naczas z SLD do rękoczynów się nawet rwał. "Byliśmy oburzeni. To są hasła zahaczające o wykluczenie społeczne i zakazane konstytucyjnie. Byłem tak zdenerwowany, że koledzy musieli mnie trzymać" . A przecież Korwin „tylko” nie chce niepełnosprawnych sportowców w telewizji i niepełnosprawnych dzieci w szkołach, a już taki Niesiołowski (oraz inni zwolennicy aborcji eugenicznej) nie chcą ich na świecie. 

Niewiele wypowiedzi w dyskusjach o aborcji mnie zszokowało równie mocno jak ta Niesiołowskiego, tym bardziej, że padła z ust człowieka uchodzącego za chrześcijanina. Niepełnosprawny wujek posła na pewno poczuł się doceniony służąc za argument, że takim jak on nie powinno się pozwolić urodzić, bo są ciężarem. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, jak się musieli poczuć niepełnosprawni partyjni koledzy Niesiołowskiego, jak poseł Libicki. O niepełnosprawnych wyborcach Platformy nie wspominając. Argumentu z żywym niepełnosprawnym człowiekiem nie używał do tej pory jeszcze chyba nikt, kto się powołuje na najbardziej choćby liberalną wersję chrześcijaństwa, nawet środowiska proaborcyjne się bardziej krygują z eugenicznymi argumentami udając, że spór o aborcję to sprawa między kobietą, jej macicą i wieszakiem. 

W 2014 roku na 971 legalnych aborcji, tylko 48 przeprowadzono aby ratować życie lub zdrowie matki, ledwie 2 – bo ciąża była wynikiem gwałtu, i aż 921 z powodów eugenicznych. Każdy kto się choć trochę interesuje tematem wie, że w większości przypadków zdiagnozowania zespołu Downa, lekarze sugerują aborcję jako coś oczywistego. Ale na pewno i oni, i inni zwolennicy aborcji eugenicznej mają poczucie wyższości w stosunku do niepoprawnego politycznie Korwina. Poczucie całkiem nieuzasadnione, bo nie ma nic bardziej wykluczającego społecznie niż odmawianie prawa do życia. I nijak tego nie zmieni zakładanie raz do roku niepasujących do siebie skarpetek, żeby okazać solidarność z osobami z zespołem Downa. 

09:10, kataryna.kataryna
Link Komentarze (3) »
środa, 23 marca 2016
Andrzej "Blida" Rzepliński
W życiu blogera przychodzi taki moment, kiedy polityk powie coś z czym się nawet merytorycznie zgadzamy, ale coś co można napisać na blogu gdy pada z ust ministra musimy uznać za wypowiedź skandaliczną. Tak mam dzisiaj z wypowiedzią Zbigniewa Ziobry na temat Andrzeja Rzeplińskiego, który powiedział "Pomyłką było, że ten człowiek w ogóle trafił do Sądu Konstytucyjnego. To jest kolejna z wypowiedzi, która jest skrajnie histeryczna, pokazująca jego niestabilność emocjonalną. To jest człowiek, który już teorie spiskowe opowiada, sugeruje, że ktoś może chcieć go zamordować. Przecież to jest kompromitacja tego człowieka. Czy on sugeruje, że tu działa jakaś nazistowska grupa, która tylko czeka na polecenie Zbigniewa Ziobry, aby go zlikwidować?". Bo choć podobnie piszę w swoim ostatnim felietonie w "Do Rzeczy" (tekst poniżej), to takie wypowiedzi ministra (jakiegokolwiek) pod adresem sędziego trybunału (jakiegokolwiek) uważam za absolutnie nieakceptowalne, i nie zmienia tego fakt, że podobnie nieakceptowalne były wcześniejsze wypowiedzi Rzeplińskiego o Ziobrze. Szczeniacka pyskówka na tak wysokim szczeblu to przykry widok dla obywatela, bez względu na to jak ocenia merytorycznie sam spór. Tyle tytułem wstępu, żeby nie stworzyć wrażenia, że ten komentarz to jakaś forma wsparcia dla wypowiedzi Ziobry. 
 
***
 
Andrzej Rzepliński: Wszystko jest możliwe. Jest możliwe również to, że nagle przejedzie mnie samochód. Jestem dyskretnie pilnowany przez policję. Pilnowany w sensie chroniony. Tu naturalnie, jak w przypadku pani Blidy – nikt nie wydaje żadnych poleceń, rozkazów. Są wariaci, wykręceni, którzy czują się do tego upoważnieni. Gdybym się bał, to nie byłbym sędzią.
 
Przeczytałam tę wypowiedź trzy razy, bo nie mieściło mi się w głowie, że sędzia Trybunału może publicznie insynuować polityczny mord na Blidzie i sugerować, że sam jest następny w kolejce. Zwłaszcza gdy całkiem niedawno sąd uniewinnił oficera ABW kierującego akcją w domu Blidy z zarzutu niedopełnienia obowiązków, a poważniejszych zarzutów funkcjonariuszom nie postawiono przez pełne dwie kadencje rządów Platformy. Konstytucja zabrania sędziom Trybunału Konstytucyjnego „prowadzenia działalności publicznej nie dającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów”. Niech sobie każdy sam odpowie jak bardzo w poważaniu ma ten konstytucyjny zapis sędzia Rzepliński, publicznie wywijający trumną Blidy w politycznym sporze, wbrew udowodnionym faktom i sądowym wyrokom.
 
Rzepliński nie jest oryginalny, trup Blidy pojawia się w politycznych dyskusjach na tyle często, że warto przypomnieć jakie stanowisko wobec śmierci Blidy zajęła komisja śledcza pod kierownictwem Ryszarda Kalisza. „Jak sądzi Komisja Barbara Blida, nie mając, jako kobieta nieznająca się dobrze na broni świadomości, że także amunicja bezpieczna, która nie powinna mieć właściwości penetrujących może okazać się bardzo niebezpieczna, mogła w zamiarze swojego czynu zakładać jedynie okaleczenie. Komisja wysuwa hipotezę, iż w chwili gdy funkcjonariuszka zobaczyła w rękach Barbary Blidy broń próbowała ją powstrzymać i w ten sposób doszło do szamotaniny”. 
 
Nie tylko komisja Kalisza nie dopatrzyła się udziału „wykręconych wariatów” w śmierci Blidy. Nic do zarzucenia nie miała sobie także ABW, konsekwentnie odrzucając roszczenia męża Blidy jako bezzasadne, i to już po przejęciu władzy przez Platformę. A przecież gdyby Platforma wierzyła w zabójstwo Blidy mogła nakazać ABW ugodę z Henrykiem Blidą i wypłacenie mu odszkodowania. Dla Platformy byłaby to niewielka cena (zwłaszcza że płacona z naszych kieszeni) za stworzenie wrażenia, że Blidę zabił funkcjonariusz krwawego reżimu Kaczyńskiego. Nic takiego się jednak nie stało, bo na trumnie Blidy można było tańczyć w kampanii, ale jak przyszło do prawnej oceny faktów i dowodów, nie dało się z nieszczęsnej zrobić ofiary czegoś więcej niż własnej nieumiejętności obchodzenia się z bronią. 
 
Jeśli więc dzisiaj Rzepliński sugeruje, że może zostać „sprzątnięty” jak Blida, to jest a) paranoikiem b) cynikiem c) politykiem lub d) wszystkie z powyższych. Z pewnością nie jest natomiast apolitycznym sędzią, bo jego wypowiedź była zagrywką czysto politycznym, i to z samego dna polityki. Nie pierwszy i nie ostatni to raz sędzia Rzepliński pokazał jak bardzo nie dorósł do godności najważniejszego sędziego w Polsce. Szkoda. 
 
 
19:46, kataryna.kataryna
Link Komentarze (5) »
czwartek, 17 marca 2016
O równe prawa reprodukcyjne

Z okazji Dnia Kobiet lewicowa Partia Razem uszczęśliwiła panie „Kartą Praw Reprodukcyjnych”, czyli zestawem pobożnych życzeń w temacie seksu i jego konsekwencji. Lewica domaga się, żeby państwo ponosiło wszystkie koszty ich życia seksualnego, fundując każdej kobiecie antykoncepcję i aborcję już od 15. roku życia, nawet bez zgody i wiedzy rodziców. Postulaty bardzo wypasionego pakietu „ginekologicznego” dość niefortunnie zbiegło się w czasie z informacją, że najbardziej znana polska wokalistka musiała sprzedać mieszkanie, żeby skutecznie walczyć z rakiem jajnika, bo nasza służba zdrowia ciągle nie ma wystarczająco środków na ratowanie życia kobiet. Ale na powszechną aborcję ma skądś te środki – nomen omen – wyskrobać.  

O ile jednak same postulaty nie są niczym nowym – lewica od dawna próbuje wydrzeć z budżetu pieniądze na uwolnienie kobiet od konsekwencji ich własnych decyzji - warto zwrócić uwagę na argumentację jakiej tym razem używa, bo jest ona kuriozalna. Ważnym argumentem za upowszechnieniem zabijania nienarodzonych dzieci ma być bowiem...rosnąca popularność ratujących im życie „okien życia”.

„Brak dostępu do zabiegów przerwania ciąży może powodować wzrost liczby niechcianych dzieci. Coraz silniej promowanym rozwiązaniem tego problemu stają tak zwane „okna życia”. Rozwiązanie to godzi w ustawowe prawo kobiety do sześciotygodniowego okresu ochronnego, kiedy może jeszcze zmienić zdanie co do adopcji. Stoi ono także w sprzeczności z Art. 8 Konwencji o prawach dziecka, który gwarantuje każdemu dziecku prawo do wiedzy o własnej tożsamości. Odbierając kobietom dostęp do legalnych zabiegów przerywania ciąży naraża się je na podejmowanie ważkich decyzji życiowych bez instytucjonalnego wsparcia i bez niezbędnych informacji prawnych, w tym informacji o nieodwracalności procedury przekazania dziecka poprzez „okno życia”

Zostawienie dziecka w „oknie życia” jest decyzją nieodwracalną, więc postulujemy – odwracalną, jak wiadomo - aborcję. Dziecko z okna życia nie pozna swojej tożsamości, więc już lepiej mu ją odbierzmy razem z życiem. Można głupiej? Chyba nie bardzo, choć lewica nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Tymczasem pojutrze Caritas świętuje 10. rocznicę "okien życia", tyle też lat ma dzisiaj pierwsze uratowane dzięki oknom dziecko. Przez 10 lat w 58 oknach w całej Polsce uratowano 90 dzieci. Partia Razem wolałaby w trosce o ich prawo do tożsamości dopuścić aborcję na życzenie, a w przypadku dziecka chorego - bez górnej granicy wieku płodu. Ten postulat niedawno zrealizował szpital przy Madalińskiego i teraz ma kłopoty z prokuraturą bo polskie prawo nie dorosło jeszcze do  swobód reprodukcyjnych proponowanych przez Partię Razem.

Byłoby jednak bardzo niesprawiedliwe i nierównościowe, gdyby tylko matka mogła trwale usunąć niechciane dziecko ze swojego życia. Z takiego założenia wyszła szwedzka młodzieżówka liberalna postulując – podobno z inicjatywy samych kobiet - wprowadzenie aborcji dla… mężczyzn. Z przyczyn biologicznych fizyczne zlikwidowanie własnego dziecka jeszcze długo pozostanie wyłącznym przywilejem „matki”, ale mężczyzna powinien mieć przynajmniej prawo wymazać je ze swojego życia, zrzekając się go prawnie do 18. tygodnia ciąży. „W ten sposób mężczyzna mógłby zrezygnować z obowiązków i praw wynikających z rodzicielstwa” – przekonuje autor pomysłu i naprawdę trudno znaleźć jakiś kontrargument bo jest to tylko logiczna konsekwencja hasła „moje ciało, mój wybór”. Jeśli kobieta ma prawo pozbyć się swojego dziecka, to odmawianie tego prawa mężczyźnie byłoby dyskryminacją ze względu na płeć – nie do pomyślenia w najbardziej równościowym państwie świata. Jeśli więc środowiska „pro-choice” nie okażą się bandą hipokrytów, to prawna aborcja dla mężczyzn prędzej czy później wejdzie w życie, bo to jedyne sprawiedliwe rozwiązanie w społeczeństwie dopuszczającym prenatalne dzieciobójstwo. 

Może jak już mężczyźni zyskają prawo do prawnej aborcji niechcianego dziecka, do kobiet dotrze wreszcie co tak naprawdę im feministki wywalczyły.

21:36, kataryna.kataryna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 07 marca 2016
Kto raz zdradził...

Gazeta Wyborcza: Jako prezydent Wałęsa otoczył się służbami specjalnymi, obalił rząd Olszewskiego, zablokował lustrację i wyrwał dokumenty z teczki „Bolka”, zbierał haki na Kaczyńskich, Merkla i Borusewicza. Czy to jest prawda o Wałęsie? Niewątpliwie tak. Ale…

Dyskusję o relacjach między Lechem Wałęsą a „Bolkiem” niesłusznie ogranicza się do lat 1970-76, bo dużo bardziej interesujący jest wpływ „Bolka” na decyzje Lecha Wałęsy już w wolnej Polsce. Dyskusja o „Bolku” to także – a może przede wszystkim - dyskusja o III RP,  o wartościach na jakich została zbudowana, o postawach jakie nagradzała, i o tym dlaczego czasami po prostu się nie da. Na tę dyskusję warto spojrzeć przez pryzmat innego pogmatwanego życiorysu – Adama Hodysza, oficera SB, który przeszedł na „jasną stronę mocy”, ryzykował życiem, zapłacił za Solidarność więcej niż większość najbardziej znanych działaczy opozycji, i już w wolnej Polsce przegrał z „Bolkiem”.

W 1978 roku Adam Hodysz miał życie całkiem poukładane, miał 38 lat, małe dziecko, dobrze płatną pracę, perspektywy awansu. I głupią potrzebę aby kiedyś móc bez wstydu spojrzeć w oczy pięcioletniej wtedy córeczce. Sam nawiązał współpracę z opozycją, i przez kolejne 6 lat informował ją o tym co się dzieje w SB, jak służby pracują, co planują. Według Bogdana Borusewicza to Hodysz pomógł zidentyfikować kilkudziesięciu agentów, których służby „człowieka honoru” ulokowały w środowisku gdańskiej opozycji. W 1984 roku Hodysz został aresztowany, celę dzielił z mordercą księdza Popiełuszki, Grzegorzem Piotrowskim, który na szczęście nie wiedział kim był Hodysz, bo – jak sam mówił – „gdyby tylko wiedział, to by Hodysza gołymi rękami udusił”. Zastraszany i szantażowany w śledztwie („Powiemy, że jesteś zboczeńcem seksualnym. Twoja córka będzie przechodzić na drugą stronę ulicy, gdy cię tylko zobaczy") nigdy nie dał się złamać, i ostatecznie za Solidarność przesiedział (w prawdziwym więzieniu, nie w lajtowym internacie) 4 lata i dwa miesiące. Ponad cztery razy więcej niż sam Lech Wałęsa, a i tak mogło być gorzej. 

W wolnej Polsce został szefem gdańskiej delegatury UOP, „Dla wszystkich w Gdańsku było oczywiste, że w III RP na czele nowych służb powinni stać ludzie o takich kwalifikacjach moralnych jak Adam Hodysz. Był to akt zwykłej sprawiedliwości.” – pisał Jarosław Kurski w Gazecie Wyborczej. „Zwykła sprawiedliwość” skończyła się gdy Hodysz w odtwarzanym przez siebie archiwum SB odnalazł papiery „Bolka” i zgodnie ze służbowym poleceniem przekazał je Antoniemu Macierewiczowi, realizującemu sejmową uchwałę lustracyjną. I tyle było kariery Adama Hodysza w III RP. Na polecenie Lecha Wałęsy został zdymisjonowany, „Kto raz zdradził, będzie zdradzał dalej” – miał powiedzieć ówczesny prezydent. Nie pomógł apel byłych gdańskich opozycjonistów (Donald Tusk odmówił podpisania), i Hodysza na stanowisku szefa delegatury UOP zastąpił inny były esbek. Ale taki, który bezpieki nigdy nie zdradził, a do 1989 roku dowodził ekipą zajmującą się obserwacją… Wałęsy. 

W kwietniu 1995 roku w wieżowcu, w którym mieszkał Hodysz wybuchł gaz, zginęły 22 osoby, a w śledztwie badano m.in. wątek zamachu terrorystycznego na Hodysza. Podobno tuż przed wybuchem w jego mieszkaniu pojawili się funkcjonariusze szukający jakichś dokumentów. Wiadomo bowiem, że to właśnie Hodysz uratował dokumenty z teczki „Bolka” kopiując je i ukrywając w archiwum, dzięki czemu już po wyrwaniu ich z teczki przez Wałęsę można było je odtworzyć.

W dwudziestym - dopiero dwudziestym - roku wolnej Polski prezydent Lech Kaczyński odznaczył Adama Hodysza Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. 

Hodysz nie chce rozmawiać o przeszłości, choć jego życie to materiał na kinowy hit. „Proszę nie wymieniać przy mnie imienia Bolek. Dwa razy straciłem przez to pracę, a raz ledwie uszedłem z życiem”.

15:56, kataryna.kataryna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 marca 2016
Aborcja w obronie życia dzieci

Dariusz Joński: Prawo do aborcji chroni życie - życie kobiet i dzieci.

Tegoroczna manifa idzie pod hasłem "Aborcja w obronie życia". Feministki przynajmniej udają, że chodzi im o lepsze, wygodniejsze życie kobiet, ale są i tacy - jak cytowany polityk SLD - którzy bez poczucia obciachu piszą, że aborcja chroni też życie dzieci. Aha. Maszerująca pod głupim i absurdalnym hasłem manifa to dobra okazja do odkurzenia dwóch tekstów "w temacie" aborcji. Oba z tygodnika "Do Rzeczy".

***

 

Przypadek ciężarnej Irlandki, którą po śmierci mózgowej sztucznie podtrzymywano przy życiu, żeby dać szansę nienarodzonemu dziecku, sprowokował Ewę Siedlecką z Gazety Wyborczej do etycznych rozważań o godności. „Czy bycie żywym inkubatorem uwłacza ludzkiej godności?” – pyta w Wysokich Obcasach bioetyka z PAN. Ciekawe, swoją drogą, że w podobny sposób nie rozważa się godnościowych aspektów przeszczepu organów od martwego dawcy. Jeśli pośmiertne ratowanie życia własnemu dziecku poprzez bycie „inkubatorem” uwłacza ludzkiej godności, to tym bardziej uwłacza jej bycie składem części zamiennych dla obcych ludzi. Siedlecka pyta, etyk odpowiada. Ku mojemu zaskoczeniu, mniej o godności, więcej o pieniądzach. „Ja bym oddał decyzję rodzinie. To ona poniesie wszelkie ciężary: moralne, psychiczne, finansowe, życiowe, opieki nad dzieckiem. Nie wiemy, jaka jest sytuacja społeczno-ekonomiczna tej rodziny. Mamy naturalny odruch ratowania życia bez oglądania się na konsekwencje - dla dziecka, dla rodziny, dla społeczeństwa i systemu ochrony zdrowia. A przecież to wszystko kosztuje.” Skoro „to wszystko kosztuje”, życie które można uratować liczy się mniej.

Rozmówca Siedleckiej jest i tak bardzo konserwatywny, jego zagraniczni koledzy po etycznym fachu już dawno poszli dużo dalej, postulując w „Journal of medical ethics” dopuszczenie „aborcji pourodzeniowej”, czyli tego co my, ciemnogrodzianie, nazywamy jeszcze dzieciobójstwerm. „Proponujemy termin „aborcja pourodzeniowa” a nie „dzieciobójstwo”, aby podkreślić, że moralny status zabijanej jednostki jest bliższy płodowi niż dziecku. A zatem, zabicie noworodka powinno być etycznie dopuszczalne we wszystkich okolicznościach, w jakich dopuszczalna byłaby aborcja. Te okoliczności to także przypadki, w których dziecko ma szansę na znośne życie, ale kosztem dobra jego rodziny. Jeśli dziecko urodzi się chore, jeśli wystąpią komplikacje w trakcie porodu, jeśli ekonomiczne, społeczne lub psychologiczne warunki zmienią się na tyle, że opieka nad dzieckiem okaże się dla rodziny nieznośna, ludzie nie powinni być zmuszani do robienia czegoś, na co ich nie stać.” A że mogliby oddać niechciane dziecko do adopcji? Zdaniem „etyków”, matka mogłaby to źle znieść psychicznie.

Zostawianie kwestii życia etykom, może nas zostawić z konkluzją, że mama Madzi odsiaduje dożywocie za coś, co było po prostu aborcją pourodzeniową, tyle, że popełnioną na kilka lat przed jej prawnym dopuszczeniem. Bo w takim kierunku zmierza świat, czego najnowszym dowodem jest przyzwolenie Amerykanów na handel organami przez Planned Parenthood. A u nas, ładnie brzmiące deklaracje o prawie, które nie powinno się wtrącać w ludzkie sumienia.

***

25 minut umierał w więzieniu w Ohio Dennis McGuire skazany na śmierć za morderstwo ciężarnej kobiety, bo lekarz-egzekutor źle dobrał truciznę i umieranie się przeciągnęło. Nieudolnie przeprowadzona egzekucja została natychmiast oprotestowana przez obrońców praw człowieka, którzy podawanie niesprawdzonej i zawodnej trucizny nazwali „eksperymentowaniem na człowieku”, choć 24 lata czekania na tę śmierć były cierpieniem dużo większym niż 25 minut samego umierania. 

30 240 minut umierało w szpitalu we Wrocławiu dziecko skazane na śmierć za dodatkowy chromosom, bo lekarz-aborter źle dobrał truciznę i zaplanowana śmierć zamieniła się w nieplanowane narodziny, a dziecko konało jeszcze trzy tygodnie zanim się poddało. I choć cierpiało o wiele dłużej niż ów skazaniec, i pewnie dużo bardziej, obrońcy praw człowieka prędzej wzruszą się dyskomfortem matki, niż tym co zgotowała dziecku.  

Dzieci Dennisa McGuire chcą pozwać władze stanowe za 25 minut agonii swojego ojca. Jeśli matka wrocławskiego dziecka zechce się sądzić ze Skarbem Państwa, ma spore szanse na wywalczenie zadośćuczynienia za cierpienia swojego dziecka, których by nie było, gdyby lekarze zabili je sprawniejj. Chore? Nie bardziej niż to, że skoro aborcja stała się porodem, a dziecko urodziło się żywe, matce przysługuje z tego tytułu nie tylko ośmiotygodniowy płatny urlop macierzyński, ale nawet becikowe. A jeśli odnajdą ją siostry aborcjonistki, może na swojej nieudanej aborcji wyjść dużo lepiej niż Alicja Tysiąc na swojej niedoszłej. Lewica bardzo potrzebuje takich „ikon”, gotowych obnosić się z cierpieniem, jakiego doznają gdy niereformowalni ciemnogrodzianie uparcie nazywają zabijaniem dzieci to, co było tylko egzekwowaniem „praw reprodukcyjnych”. Po głośnym wyroku w sprawie Alicji Tysiąc, gdy uznano, że aborcję można nazywać zabijaniem, ale nazywanie matki poddającej się aborcji morderczynią jest już mało eleganckie, szykuje się kolejna precedensowa sprawa. O prawo do zakłamania walczy rzeszowski szpital, strasząc położną sądem za nazwanie wykonywanych tam aborcji „zabijaniem dzieci”. Szpital wcale nie zaprzecza, że aborcje przeprowadza, nie życzy sobie tylko, żeby je nazywać „zabijaniem dzieci”, skoro są legalne. To tylko pozornie walka o słowa, bo to dzięki takim sztuczkom dużo łatwiej dzisiaj wymusić współczucie dla matki, która musiała podjąć „dramatyczną” decyzję zabicia dziecka z zespołem Downa, niż dla skazanego tą jej decyzją na powolne umieranie dziecka, które mogłoby żyć i nawet być szczęśliwe.

13:54, kataryna.kataryna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 lutego 2016
Solidarna z "Solidarnością"

 

O ofiarach swoich donosów: Oczywiście, że można zaprosić Jasińskiego, Szylera czy Jagielskiego i innych podobnych, ale po co? Oni w tamtym czasie, w 1970 r. a i potem w 1980, nic nie znaczyli i nigdy nie byli groźni dla komuny. Kablowanie na nich i o nich to byłoby odciąganie SB od faktycznych możliwych niebezpieczeństw tamtego czasu. Tacy durnie to oni nie byli i poznaliby krecią robotę. Oczywiście, ci ludzie chcieliby być bohaterami prześladowanymi, na których donoszono. Tylko na donoszenie, kablowanie to trzeba zasłużyć w takich czasach.

O Andrzeju Gwieździe: Od drugiego dnia strajku walczył nie z komuną a ze mną, walczył argumentami, które podrzucała mu bezpieka.

O Adamie Hodyszu: Jak zdradził raz, może zdradzić po raz kolejny. [wg Borusewicza Hodysz pomógł "Solidarności" zidentyfikować kilkudziesięciu agentów SB, za swoją działalność  odsiedział w więzieniu trzy razy dłużej niż Wałęsa w internacie, w III RP został wyrzucony z UOP za prezydentury Wałęsy, po tym jak realizując sejmową uchwałę przekazał teczkę "Bolka"]

O Ryszardzie Kuklińskim: Kukliński, który sprzeniewierzył się wojskowej przysiędze, nie może być dobrym wzorem. [przez 5 lat prezydentury Wałęsa mimo licznych apeli, np. Zbigniewa Brzezińskiego, skutecznie torpedował ułaskawienie "zdrajcy" Kuklińskiego, wyrok śmierci anulował Kuklińskiemu dopiero Sąd Najwyższy w 1995 roku]

O Bogdanie Borusewiczu: Kazałeś opisać mi grudzień 1970, ja to zrobiłem dość szczegółowo i że to trafiło od Ciebie do SB, czy wiesz, że z tych opisów wspaniale pasujących zrobiono donosy Bolka. Poczuj się trochę poza kompleksem i stań po stronie prawdy i nie opowiadaj kłamstw, bo zmusisz mnie do reakcji, wyciągnięcia świadków, faktów i dowodów. Ja kierowałem całością walki do zwycięstwa, czasami bardzo ułatwiałeś robotę SB, nie chciej, bym musiał Ci udowadniać. (...) On burzył koniec strajku, on burzył strajk w 1989 r. Bogdan nie miał prawa wejścia do stoczni, jaką ja walkę stoczyłem, żeby w ogóle wchodził. Co tu mówić o jakimś rządzeniu, o jakiś decyzjach. Wszystkie jego najważniejsze decyzje były niedobre. Gdybym nie jeździł za nim i odkręcał, to mielibyśmy zwycięstwo. Pomaganie kłamstwu, pomaganie bezpiece, dawanie jej szans to jest agentura. Więc co to jest to jego zachowanie, to oszukiwanie narodu? To nie jest agentura? 

O Annie Walentynowicz: Oceniam ją bardzo źle, bardzo nisko. Nie zasługuje na żadne wspieranie, bo więcej złego zrobiła niż dobrego. O zmarłych nie mówi i nie pisze się żle, no ale jestem zmuszony .W tamtym czasie zamiast współdziałać, to pewna grupa ludzi , bez przerwy ryła, przeszkadzała, więcej złego zrobili niż SB. Do tych ludzi należała Walentynowicz.

O Henryce Krzywonos: Krzywonos nie ma mózgu, to za mózg strajku uznała Borusewicza, bo go tam spotkała. Ona była bez mózgu, nie miała pojęcia, co się dzieje i jak się dzieje. I do dziś chyba nie rozumie.

O Jacku Kuroniu: Prowadził negocjacje z SB, bo go osobiście do tego upoważniłem. Nie tylko zresztą Jacka Kuronia. Robiło to jeszcze dwadzieścia innych zaufanych osób. Za zadanie mieli prowadzić wszelkie możliwe rozmowy, także z SB. Zasada była jednak taka: oni negocjują, ale nie podejmują żadnych decyzji. To było moje zadanie. Miałem silną pozycję i było wiadomo, że nie zdradzę. Nie chcę na razie wymieniać wszystkich nazwisk. Wymienię tylko Jacka Kuronia, Adama Michnika oraz Jarosława i Lecha Kaczyńskich

O Lechu Kaczyńskim: Siedział grzecznie pod miotłą, był takim „przynieś, podaj, pozamiataj”. To jest mały zakompleksiony człowiek, który próbuje zniszczyć tamten dorobek. Całe życie Lech Kaczyński trząsł się ze strachu, a teraz kiedy mu wolno, pokazuje jaki jest ważny. Są takie łajniaki, które można przystawić do miodu, ale one i tak zawsze wrócą do łajna. Na pewno zginął i to jest osiągnięcie, że zginął. Natomiast innych osiągnięć nie widzę.

O Jarosławie Kaczyńskim: Ten "Bolek" nie był tak ohydny w swym działaniu wtedy, jak Kaczyński dzisiaj. Ten agent był lepszy. Bardziej bym jemu ufał niż panu, panie Kaczyński.  

O Krzysztofie Wyszkowskim: Wyszkowski ma ksero, podróby i się wygłupia. To jest chory człowiek, to jest małpa z brzytwą (…). Pan jest chorym debilem!

O SB: 60% to byli patrioci.

Jeśli wierzyć Wałęsie, SB nie była wcale taka straszna, dużo gorsi byli jego koledzy z "Solidarności", bo mu utrudniali jednoosobowe zwycięstwo. Taka była "Solidarność" we wspomnieniach Wałęsy, gorsza jest chyba tylko ta ze wspomnień Waldemara Kuczyńskiego ("Na szczęście młodzież twierdzi, że braliśmy w dupę mniej więcej tak samo, jak inne narody i że obity tyłek nie jest żadnym powodem do dumy. Bo jeszcze warto by się zastanowić ile razy sami go bez sensu nadstawialiśmy myśląc, że to opancerzona pięść. A jak ktoś próbował nam w tym przeszkodzić, jak margrabia Wielopolski (nieskutecznie) i generał Jaruzelski (skutecznie), to robił za zdrajcę i pachołka obcych"). Hipokryzją zalatuje więc argumentowanie, że obrona zakłamanej biografii Wałęsy to obrona całego ruchu, gdy jest wprost przeciwnie - obrona biografii Wałęsy wymaga oskarżenia wszystkich wokół. O to, że nie dość odważnie walczyli, o to że szkodzili bardziej niż SB, czy wreszcie o to, że wszyscy są umoczeni, bo nie można się było nie umoczyć. Jeśli ktoś ma tak marne zdanie o wielomilionowym ruchu, którego Wałęsa jest symbolem, ale z pewnością nie największym bohaterem, niech powtarza, że "wszyscy byliśmy Bolkami". Trzeba mieć jednak świadomość, że postawa obrońców Wałęsy jest bardzo upokarzająca dla samego Wałęsy - zupełnie jak wrogowie Wałęsy zakładają, że życiorys Wałęsy się nie broni, i żeby Wałęsa pozostał bohaterem, trzeba ten życiorys zakłamać zupełnie na rympał, wbrew oczywistym faktom. Naprawdę tak źle o nim myślicie?

Determinacja Wałęsy w zakłamywaniu własnej biografii to dzisiaj najpoważniejszy argument za tym, że "Bolek" z lat 70-tych musiał mieć znaczący wpływ na późniejsze decyzje Lecha Wałęsy. Bo jeśli Wałęsa - noblista, były prezydent, milioner, i legenda - jest w stanie tak bardzo zatracić się w kłamstwie, na które już dawno nikt się nie nabiera i nawet najwierniejsi obrońcy mogą już tylko apelować o zamknięcie na to kłamstwo oczu, to z ręką na sercu - na czym mam oprzeć wiarę, że prześladujący Wałęsę "Bolek" nie miał najmniejszego wpływu na całą prezydenturę Wałęsy? Na założeniu, że nikt nigdy nie próbował teczki "Bolka" wykorzystać, czy na założeniu, że próbował, ale Wałęsa się temu bohatersko oparł, i tylko jakoś przez ćwierć wieku nie umie się do tego przyznać?   

 

 

 

 

19:04, kataryna.kataryna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 lutego 2016
Państwo w teczce

Jan Lityński: Oto okazało się, że czołową siłą polityczną w kraju jest policja. Przesłuchania w więzieniach i aresztach, rozmowy z generałem Kiszczakiem i jego podwładnymi nie były tym za co je braliśmy – rutynowymi działaniami policyjnymi – lecz przeciwnie, negocjacjami politycznymi.

To fragment artykułu opublikowanego w podziemnym „Tygodniku Mazowsze” w 1986 roku - na 2,5 roku przed obradami Okrągłego Stołu. Nie ma powodu Lityńskiemu nie wierzyć, a przecież jeśli było tak jak opisuje, to po tych „negocjacjach politycznych” też zostały dokumenty, czekające na ujawnienie w jakieś esbeckiej szafie. 

Czesław Kiszczak: W 1989 roku przychodzili do mnie, jako do szefa MSW, działacze opozycji, którzy byli tajnymi współpracownikami SB, wywiadu i kontrwywiadu. Naciskałem na guzik. Odbierał szef biura w skład którego wchodziły archiwa. Prosiłem o przyniesienie teczki. Następnie dawałem ją mojemu gościowi. A on na zapleczu gabinetu wrzucał dokumenty do niszczarki. Oryginały. Nikomu nie odmawiałem. Porządni ludzie – działacze, politycy. Niektórych do dziś oglądam w telewizji.

Jeśli ktoś nie rozumie dlaczego przez ostatnie 25 nie udało się rozliczyć SB i pozbawić jej funkcjonariuszy przywilejów emerytalnych i stopni wojskowych, to musi bardzo chcieć nie rozumieć. Przy wszystkich nienależnych komplementach jakie przez lata usłyszał Kiszczak od byłych opozycjonistów, żaden z nich nie mógł być tak naiwny, żeby wierzyć w jego uczciwość. Dzisiaj Lech Wałęsa przekonał się ile była warta. Co jeszcze jest w teczkach „sprywatyzowanych” w 1989 przez ludzi Kiszczaka – nie chcę się nawet domyślać, ale już dawno przestałam się dziwić dlaczego Wałęsa zawetował ustawę dezubekizacyjną, mordercy księdza Popiełuszki mają wielotysięczne emerytury, Jaruzelski miał pogrzeb z honorami, a Kiszczak umarł jako generał. 

Leon Kieres: Dzisiaj wszyscy się zastanawiają, także dziennikarze mediów elektronicznych. To środowisko także było "naznaczone". Podobnie dziennikarze prasowi. Tu też byli współpracownicy SB. Najwięcej spraw bolesnych będzie w przypadku środowiska artystów i dziennikarzy. Tu też jest najwięcej spraw pokazujących ludzką małość. Podłość, zniżanie się do najgorszych instynktów. Łącznie z prośbami, by esbecy wpływali na rozliczenia majątkowe z korzyścią dla jednego z małżonków w przypadku ich rozstania. Trądem w sposób szczególny były dotknięte szkoły wyższe.

Niektórzy się zastanawiali, ale byli i tacy, którzy po prostu wiedzieli. Bo przecież Kiszczak nie jest jedynym dysponentem tej wiedzy, wie on, wiedzą oficerowie prowadzący. Wiedzą też członkowie tzw. komisji Michnika, których Kiszczak dopuścił do swoich tajemnic na początku transformacji tzw. komisję Michnika.

Czesław Kiszczak: Mieli nieograniczony dostęp do teczek. Dostawali wszystko, o co prosili, i doszli do wniosku, że są to dokumenty, których nie warto pokazywać.

Po dwóch miesiącach grzebania w archiwach Kiszczaka, jedynym efektem prac komisji Michnika była nowa wiedza jaką pozyskali jej członkowie. Pozyskali, i postanowili zachować dla siebie. I znowu – trzeba być bardzo naiwnym, żeby sądzić, że nigdy i w żadnej sprawie z niej nie skorzystali. Gdy rząd Buzka uchwalał lustrację, w Gazecie Wyborczej pojawił się kuriozalny tekst Pawła Smoleńskiego „I ty zostaniesz konfidentem”, w którym wyssany z palca narrator podzielił się historią niewymienionego z nazwiska naukowca, który poszedł na współpracę by ratować swoją jedyną córkę, wtedy śmiertelnie chorą. Jeśli komuś ta historia kogoś przypomina, to nie jest to przypadek. Nie przez przypadek też trop z artykułu błyskawicznie podjął Jerzy Urban i rozpoczął lustracyjną nagonkę na Jerzego Buzka. W tekście Smoleńskiego jest więcej takich historii, jestem pewna, że ich adresaci je właściwie odczytali, bo przecież po to Smoleński to spisał. Sam się zresztą przyznał do przekazania ostrzeżenia SB opisanym w jego tekście jej ofiarom. Ten artykuł powinien przejść do historii dziennikarstwa, dziennikarz dał się wykorzystać jako przekaźnik. Pytanie tylko przez kogo - osobiście wątpię w istnienie informatora, obstawiałabym raczej, że to jeden z przykładów grania teczkami przez ludzi dopuszczonych do tajemnic Kiszczaka.  

Paweł Smoleński: Nie wiem, czemu chciał ze mną rozmawiać. Myślę więc sobie, że opowiadając mi wymyślone, jak twierdził, historie, chciał przekazać jakąś niezmyśloną informację. Może nam wszystkim, a może bardzo wybranej, bardzo konkretnej grupce osób (mówił: "Zależy mi, żeby użył pan tych właśnie przykładów". Podobne przykłady podał kilkakrotnie "Wspólny Znajomy"). Gdy zapytałem o to wprost, nie uzyskałem odpowiedzi. Jaka to informacja? Do kogo ma dotrzeć? Nie będę dociekać.

A to przecież tylko wierzchołek góry lodowej, jeśli można było urzędującego premiera publicznie straszyć słabo zakamuflowanymi hakami, to co się przez ostatnie ćwierćwiecze działo za kulisami? Strach się domyślać, ale chyba nikt nie wierzy, że ludzie Kiszczaka i ci wszyscy, których do esbeckich tajemnic dopuścił, nigdy nie użyli tej wiedzy w swoich politycznych i gospodarczych interesach. Bo choć "dobry esbek" z artykułu Smoleńskiego przekonuje, że odchodząc na emeryturę wylał herbatę na twardy dysk swojego komputera i wszystkie pliki zostały zniszczone (tak, tak, taki kit sprzedawała Gazeta Wyborcza), to przecież - jak sam zauważa dzisiaj Bronisław Komorowski - miał je nie tylko Kiszczak, ale i byle kapitan. Czy może więc dziwić, że "polski sukces" wyglądał tak, jak go opisywał Jacek Kuroń, a na którymś etapie umiał to dostrzec nawet Tomasz Lis.

Jacek Kuroń: Nie mam wątpliwości, że jest to zjawisko o kluczowym znaczeniu dla rozwoju polskiej demokracji i gospodarki rynkowej. Ludzie byłej nomenklatury, dawni esbecy, niektórzy prywaciarze i częściowo ludzie solidarnościowego etosu przenieśli do III Rzeczypospolitej mechanizmy peerelowskiego klientelizmu. Częściowo świadomie - z chęci zysku, popychani odwieczną żądzą pieniądza i władzy, częściowo zaś w odruchu samoobrony, albo w naturalnym dążeniu do stworzenia sobie oazy bezpieczeństwa, gdy ziemia się pod nogami trzęsie, opletli Polskę siecią niejawnych powiązań przyjacielskich, politycznych, gospodarczych, korupcyjnych, nepotycznych, a także jednoznacznie przestępczych.

Tomasz Lis: Dziś gruba kreska, brak lustracji, brak dekomunizacji i historyczny relatywizm wychodzą nam bokiem. Kto ma się w III RP najlepiej? Ciężko pracujący, utalentowani ludzie czy cwaniacy z układów - partyjnych i służbowo-tajnych - którzy opanowali gospodarkę? Kto ma się lepiej - walczący o wolną Polskę czy kelnerzy przodującej idei? (...) Nie twierdzę, że lustracja i dekomunizacja, także moralna, byłaby odpowiedzią na większość polskich bolączek. Nie na większość. Ale na bardzo wiele tak. Za ten grzech zaniechania będziemy płacili bardzo długo.

Szkoda Polski. Państwo w teczce.

 

16:51, kataryna.kataryna
Link Komentarze (3) »
wtorek, 09 lutego 2016
Jestę hejterę

Oj Gowin, Gowin, żeby Pana rodziną ktoś się nie zajął... też by znalazł ciekawostki - Pseudobiznesmen Lisicki będzie teraz ratował swój biznesik kasą spółek skarbu państwa, czyli Państwa - Biedne Tyrmandziątko wywalono w NY z roboty więc błyszczy w kraju ojca. W NY po pierwszym jego występie dostałby w nos i byłoby po zabawie. Swoją drogą ciekawe kto się pierwszy zdenerwuje i infantylnemu Tyrmandziątku zgasi uśmieszek - Nagroda główna SDP w kategorii "literatura ubecka": Kania, Targalski. Ja bym im dał jeszcze za urodę i inteligencję - Właściciel WP i Pudelka ostatnio ślinił się do PIS-u? Kasa już wpłynęła? - Pan Boniek naczelny bukmacher RP, chyba obstawia w tym sezonie Kaczyńskiego. Skup się pan lepiej na piłce nożnej - Miły Paweł Poncyliusz. Ale za dużo teraz biega wokół deali biznesu z rządem, żeby brać to co mówi poważnie - Symptomatyczna "kariera" niejakiego Zaremby. Tyle lat robił dobrze prezesowi, że ten dał mu w końcu stanowisko w TVP (ups) Kultura - Boże, czy naprawdę komentować politykę musi w TVN24 pani Jakubiak? Rozumiem perspektywę prostego człowieka, ale bez przesady - Pan Pospieszalski robi bardzo, bardzo dobrze, nowemu szefowi Dwójki. Będzie nagroda? - Jutro pani Szydło u Rymanowskiego. Chyba nikt nie jest zdziwiony dlaczego tam - W "Minęła 20-ta" ekspert od polityki zagranicznej - Gmyz. Dzisiaj trzeźwy - Przebojem dnia była jednak przekupa Lichocka. Będzie bitwa o stragan (nowy format TVP) z Pawłowicz, Kloc i Kempą - Największy sukces w Sejmie - posłanka Kruk była trzeźwa - Czekam na szefa TVPIS. Lisicki się stara, Karnowscy szaleją, Wildstein gotowy, Romaszewska rozdygotana, Sakiewicz czeka. Cudo!:) - Ciekawostka. Wchodzą Senatorowie na trybunę i fizjonomia nieomylnie podpowiada kto jest od prezesa - PiS-owski piesek, cymbał Jastrzębowski właśnie zaczyna atak na Kijowskiego. Byłbym Jastrzębowskim to też bym nienawidził przyzwoitych ludzi…

To tylko niewielka porcja hejterskiego urobku Tomasza Lisa. Jeśli wierzyć kierowanej przez niego gazecie, za te wszystkie wpisy wynajęty przez partie internetowy anonimowy hejter wziąłby 25,5 zł, a to pewnie nawet nie godzina pracy. Jeśli pomnożymy te 25,5 zł przez liczbę godzin pracy w miesiącu (160), a potem przez rzekomą liczbę pracujących dla jednej partii płatnych hejterów (2000), otrzymamy astronomiczną kwotę ponad 8 milionów zł, jakie co miesiąc partia wyrzucałaby - nomen omen - w błoto, płacąc anonimowym hejterom za to, co celebryta zrobi jej za darmo, pod własnym nazwiskiem, i z pasją jakiej nie da się kupić za żadne pieniądze.  

Rozumiem, że komuś może być trudno uwierzyć, że ktoś ich ukochaną partię hejtuje całkiem za darmo, ale akurat Tomasz Lis powinien być ostatnią osobą, która się temu dziwi. Hejterski dorobek Lisa to gotowy materiał na pracę doktorską. Nie wiem tylko czy jeszcze z komunikacji społecznej, czy raczej z psychologii klinicznej.

09:47, kataryna.kataryna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 lutego 2016
Lepper by się wstydził

Niejaki Pudzian chamsko obraża kobietę, która zgłosiła do prokuratury jego wypowiedzi jako mowę nienawiści.  W fejsbukowym wpisie wysyła ją do dietetyka, nazywa "zakompleksioną, sfrustrowaną kobietą", słowo "kobieta" ubierając zresztą w cudzysłów. Wypowiedź bez dwóch zdań tak chamska, że powinna zakończyć medialną karierę celebryty, znanego nie wiadomo właściwie z czego. Ale przecież nie takie wypowiedzi dawno zaakceptowaliśmy w przestrzeni publicznej, a Pudzian wyśmiewający kobietę za wygląd ani trochę nie odstaje od salonowej elity. 

Krystyna Janda: Przypuszczam, że ta kobieta ma klimakterium w ostrym stadium. I ja to znam: uderzenia gorąca, nieopanowane ruchy. Tylko ja na to biorę plastry. Jeżeli na Polskę ma wpływać klimakterium Krystyny Pawłowicz, to ja przepraszam. Ja zwyczajnie zaczynam się bać

Anna Grodzka: Pani Krystyna Pawłowicz jest bezdzietna. Ciekawe, czy badała swoje geny? Każda osoba, która czuje się kobietą i wygląda jak kobieta, jeśli nie zrobiła odpowiednich badań, a nie może zajść w ciążę, nie może wiedzieć na 100 proc., czy nie urodziła się mężczyzną. Taka prawda. No bo przecież często zdarza się, że kobieta dowiaduje się o tym, że urodziła się chłopcem dopiero wtedy, kiedy przychodzi badania lekarskie z powodu niepłodności. Zjawisko takie nazywa się zespołem niewrażliwości na androgeny lub zespołem feminizujących jąder.

Krystyna Kofta: Jadła czy żarła na sali sejmowej? Raczej żarła. Pal sześć jedzenie, jednak to nie było zwykłe jedzenie. To był popęd głodu. W psychologii znane jest zjawisko PRZENIESIENIA POPĘDU. Głównie z niezaspokojenia seksualnego na głód jedzenia. Często się to zdarza mężczyznom, jeszcze częściej kobietom, bo wiadomo, mężczyzna zna techniki samozaspokojenia. Może lepiej, ze posłanka czegoś takiego nie stosuje, bo przy tym braku hamulców, byłoby możliwe, że nagle zobaczylibyśmy rękę posłanki pod pulpitem... Do takiej bystrej, młodej i ładnej dziennikarki żrąca posłanka wrzasnęła, że jest idiotką, że ma się od niej odczepić. Dostało się tej ładnej z TVN-u, oj dostało, za krzywdy pani Pawłowicz, za jej przymus jedzenia – zamiast! Chodzi sobie taka młoda, ładna pytania zadaje, a ja co? – myśli posłanka. Zwykle po zaspokojeniu jakiegoś popędu, w tym przypadku myślimy o seksualnym – popędem innym, tu jedzeniem, przez jakiś czas zaburzony osobnik jest spokojny. Niestety popędy są ogólnie „niezastępowalne”, a więc zaspokojenie trwa krótko. Do następnego rzutu.

Jeśli ktoś myśli, że w polityce wersal się skończył z chwilą wejścia Leppera do Sejmu, to jest w dużym błędzie. Skończył się z chwilą wyjścia Leppera z Krystyny Jandy, Krystyny Kofty,  Anny Grodzkiej i innych osób należących lub aspirujących do inteligenckiej elity, której „misją i clou istnienia” jest – by sięgnąć do uroczego powiedzenia Jacka Żakowskiego – „wysiadywanie jaja rozumności”. No to wysiedziały. Jeśli kobiety wobec Pawłowicz mogą sobie pozwalać na „argumentum ad hormonum” i nikt się za nie wstydzi, to dlaczego panowie mieliby sobie żałować, także wobec innych polityczek? Już się cieszę na sejmowe debaty urozmaicone argumentami o bolesnych miesiączkach posłanek młodszych, i ostrym stadium klimakterium posłanek starszych. Zresztą dlaczego tylko posłanek? Aktorek, dziennikarek, blogerek…

I naprawdę nie ma tu znaczenia jaka jest sama Krystyna Pawłowicz, buraczana wypowiedź Krystyny Jandy idzie tylko i wyłącznie na jej konto, i jak każdy upadek w błoto szanowanej osoby zwyczajnie boli. Jeśli szukać dowodów na ostateczny upadek debaty publicznej to jest nią właśnie wypowiedź Krystyny Jandy – to że w ogóle padła, to że potem przeszła przez autoryzację, wreszcie to, że została przez redakcję uznana za najciekawszy fragment wywiadu, który właśnie nią był promowany. Redakcja Newsweeka używając Krystyny Jandy w charakterze młotu na Pawłowicz obraziła Jandę bardziej niż ta posłankę Pawłowicz. Gdyby Lepper dożył, niczym by się nie wyróżniał z grona „wysiadujących jaja rozumności” elitariuszy. Smutne.

11:39, kataryna.kataryna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 24 stycznia 2016
Nieodrobiona lekcja Simona Mola
„W myślach dziewczyn, które zaraził kameruński uchodźca, powraca to samo pytanie: dlaczego się nie zabezpieczały? I nie mają wątpliwości – wstydziły się żądać prezerwatywy właśnie dlatego, że Simon był czarny. Paradoksalnie, to właśnie ich liberalny światopogląd sprawił, że potulnie godziły się na seks. Bez zabezpieczeń. Padły ofiarą politycznej poprawności.” (Maja Narbutt, Bertold Kittel „Wszystkie kobiety Simona Mola”).
 
„Nie uwierzysz, co wtedy myślałam: że nie chcę być ofiarą stereotypu kulturowego i zakładać, że każdy czarny jest nosicielem HIV. I zobacz, jak mi się to teraz przysłużyło!” - mówiła dziennikarzowi jedna z ofiar Mola, uchodźcy z Kamerunu, który przez kilka lat świadomie zarażał kobiety wirusem HIV doskonale rozgrywając paniczny lęk dziewczyn przed posądzenie o rasizm. Większość z nich już pewnie nie żyje ale polityczna poprawność, która je zabiła ma się całkiem dobrze. A my się niczego z tamtej historii nie nauczyliśmy i uczyć nie zamierzamy. Nie bardzo zresztą mamy od kogo, bo tak jak wtedy sugestia skorzystania z prezerwatywy była aktem rasistowskim, tak teraz niepoprawne politycznie jest stwierdzenie oczywistego faktu, że niemieckie kobiety na kolońskim dworcu napadali uchodźcy, i bynajmniej nie w celach rabunkowych, a w ramach „kulturowego ubogacania” arabską zabawą „taharrush”. Szybko się mediom znudziła kampania „Więcej wiedzy, mniej strachu”, teraz coraz częściej mam wrażenie, że jestem tą babcią z piosenki Wojciecha Młynarskiego, której „dokładnie informować nikt nie spieszy, po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy”. 
 
Po licznych atakach na kobiety, i po gwałcie na 3-letnim dziecku do jakiego doszło w norweskim ośrodku dla uchodźców, norweski rząd chce zapobiegać przemocy seksualnej przymusowo szkoląc uchodźców z „zachodnich norm seksualnych”. Pomysł równie skuteczny jak pikieta nagiej artystki pod napisanym po niemiecku transparentem, że nawet naga nie jest łatwym celem, i demonstracje holenderskich mężczyzn paradujących w proteście w spódnicach. O ile jednak kuriozalne pomysły na walkę z przemocą  seksualną ze strony uchodźców mogą co najwyżej śmieszyć, to opór przed choćby taką próbą przeciwstawienia się coraz groźniejszemu zjawisku musi przerażać. „Nie można narzucać pojedynczego kodu kulturowego, który wskazywałby, jakie zachowania są dobre a jakie złe, ponieważ żyjemy w wolnym społeczeństwie. Musi być tolerancja dla postaw, które mogą wydawać się niemoralne z punktu widzenia tradycyjnych norm” - oburza się właścicielka firmy prowadzącej 40% norweskich ośrodków dla uchodźców na pomysł  norweskiego rządu, kto wie, może nawet ten, gdzie doszło do tego gwałtu na 3-letnim dziecku. 
 
W świecie, w którym politycznie poprawne media nie informują o masowych gwałtach, żeby nie wzbudzać antyimigranckich nastrojów, burmistrzyni opracowuje kodeks "antygwałtowego" zachowania się dla kobiet, a pracownicy ośrodków dla uchodźców apelują o tolerancję „dla postaw, które mogą wydawać się niemoralne z punktu widzenia tradycyjnych norm” nawet jeśli te „postawy” to przemoc i gwałt, mam ogromną nadzieję, że nasz rząd przyniesie nam wstyd w Europie i uprze się, że w ramach naszej puli uchodźców nie będziemy przyjmować samotnych mężczyzn, a pierwszeństwo dostaną chrześcijanie. To i tak dużo bardziej przyzwoite niż zapraszanie wszystkich i bez żadnych warunków, a potem zakazywanie im wstępu wstępu na basen (Niemcy, Belgia), przymusowe wprowadzanie wieprzowiny do stołówek (Dania), zakazywanie noszenia burek (Francja), czy pozbawianie uchodźców na granicy wszystkich cennych rzeczy (Szwajcaria). Zresztą zakaz wjazdu dla samotnych mężczyzn już wprowadziła mająca najbardziej równościowy rząd świata Kanada, więc i my nie musimy się bać oskarżeń o dyskryminację. A nawet gdybyśmy się musieli ich bać, to są strachy większe. Od czasu do czasu się nawet przebijają przez zmowę milczenia politycznie poprawnych mediów. 
 
 
16:05, kataryna.kataryna
Link Komentarze (1) »
sobota, 16 stycznia 2016
Akcja "inwigilacja"

30 lipca 2014 roku Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodne z Konstytucją dwa artykuły Ustawy o Policji: art. 19 ustawy o Policji (w zakresie, w jakim nie przewiduje gwarancji niezwłocznego, komisyjnego i protokolarnego zniszczenia materiałów zawierających informacje objęte zakazami dowodowymi, co do których sąd nie uchylił tajemnicy zawodowej bądź uchylenie było niedopuszczalne), i art. 20c ust. 1 (bo nie przewiduje niezależnej kontroli udostępniania danych telekomunikacyjnych). Zgodnie z orzeczeniem, oba zakwestionowane przepisy tracą moc po upływie 18 miesięcy od opublikowania wyroku, a termin ten mija 7 lutego. Platforma miała na zmianę ustawy ponad rok, ale tego nie zrobiła i teraz czas goni PiS, bo bez nowej ustawy za kilka tygodni Policja zostanie bez części kluczowych uprawnień.  

Zanim uwierzycie, że nowelizacja już nazywana "Ustawą inwigilacyjną" daje Policji nie wiadomo jakie uprawnienia, proponuję sięgnąć do źródła czyli do tekstu ustawy. Możecie się zdziwić, bo tu gdzie ustawa wprowadza zmiany, raczej ograniczają one Policję, a przede wszystkim - realizują wyrok TK. Żeby Wam ułatwić lekturę, zrobiłam zestawienie  zmienianych "Ustawą inwigilacyjną" zapisów, można punkt po punkcie porównać to co jest, z tym co będzie.  W  pierwszej kolumnie jest numer artykułu i informacja czego dotyczy zmiana, w drugiej kolumnie - wyrok TK, które dana zmiana ma realizować, w trzeciej kolumnie - artykuł w wersji obecnie obowiązującej, w czwartej - artykuł w brzmieniu proponowanym przez PiS. Żeby się wygodniej czytało, skreśliłam to co się w wersji starej i nowej powtarza, i wyboldowałam to co się zmienia. Czytajcie więc i myślcie samodzielnie, czy ta zmiana to naprawdę wprowadzenie masowej inwigilacji, czy raczej kilka zmian redakcyjnych plus (mniej lub bardziej udana) próba dostosowania ustawy do wyroku TK. Przez gapowatość PO nie ma teraz dużo czasu na prace bo ustawa musi wejść w życie przez 7 lutego, więc tempo na pewno nakręci jeszcze większą histerię. Czy są powody? Od wczoraj ich szukam w przepisach i chętnie bym o tym porozmawiała na konkretach. 

Przepraszam, że nie umiem tego pokazać na jakiejś ładnej infografice, może bym nawet spróbowała, gdybym miała złudzenia, że w awanturze o tę ustawę fakty mają jakiekolwiek znaczenie. 

"Ustawa inwigilacyjna"

 

 

21:11, kataryna.kataryna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 12 stycznia 2016
(Uk)ład medialny

Guenther Oettinger: Nie wolno zwalniać prezesa bez podania przyczyny. To byłaby samowola.

Radio Erewań, bo nie prezesa, tylko dziennikarza, i nie zwalniać tylko nie podpisać z nim nowego kontraktu, którego zresztą ten i tak podobno wcale nie chciał. Kontraktu, dodajmy, podpisanego przez nominata PiS, i wygaszanego przez nominata PO. Z rozbawieniem obserwuję jak się Lis mości na pluszowym krzyżu, wykrzykując, że nie da sobie zamknąć ust, których mu nikt zamykać nie próbuje, a cała awantura jest wyłącznie o pieniądze. Zapowiadana na 13 stycznia europejska debata o Polsce to najlepsza okazja aby naszych zatroskanych europejskich przyjaciół uświadomić jak wygląda w Polsce (uk)ład medialny.

TVP jest publiczna tylko w sensie finansowania, programowo to od zawsze telewizja partyjno-rządowa. Obecnie więc przewodniczącą jej Rady Programowej jest posłanka PO, Iwona Śledzińska-Katarasińska. W zamierzchłych czasach podobno dziennikarka, ale z jej dziennikarskiego dorobku ostały się chyba tylko antysemickie teksty z marca 1968.

Polsat stworzył Solorz, posiadacz kilku nazwisk, paszportów i pseudonimów TW. Gdy w 2002 roku Agora chciała Polsat kupić, rządząca lewica za pośrednictwem Rywina negocjowała z Michnikiem cenę usunięcia z ustawy medialnej – wprost nazywanej „lex Agora” – blokującego taką transakcję zapisu. Ceną tą miało być nie tylko 17,5 miliona dolarów ale też coś, co Rywin opisywał Michnikowi jako „niepisany sojusz na zasadzie, że nie będziesz stał w pierwszym szeregu, ale w drugim, trzecim. Jeśli trzeba przypierdolić, to dopiero wtedy. Chcą takiego powiązania nieformalnego”. O tym jak mogłoby wyglądać "przypierdalanie z trzeciego szeregu, dopiero wtedy, jeśli trzeba" wiemy ze wspomnień Leszka Millera, który tak wspomina "niepisany sojusz" z Polsatem przy okazji afery charkowskiej Kwaśniewskiego. "W 1999 r. brałem udział w operacji ratunkowej związanej z "golenią" prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Po przylocie z Katynia i Charkowa w mroku alejek Ogrodu Saskiego przekonywałem Zygmunta Solorza i Piotra Nurowskiego, aby Polsat nie emitował zdjęć zataczającego się prezydenta. (...) W końcu uzyskałem deklarację, że jeśli inne stacje nie podejmą tematu, Polsat też tego nie uczyni. Inni wysłannicy prezydenta przynieśli podobne ustalenia.". Zbyt uważnie śledzę media, żeby mieć jakieś złudzenia z którego szeregu agorowy Polsat "przypierdalałby" rządowi, gdyby się deal nie rypnął. 


TVN zbudował Mariusz Walter, którego jeszcze w stanie wojennym sam Urban rekomendował Kiszczakowi do delikatnej misji pokierowania propagandową osłoną medialną planowanych działań MSW. Słowem – swój, i zaufany, Urban się nie mógł nachwalić. "Dopóki w kraju toczyć się będzie walka polityczna, MSW będzie planować i realizować przedsięwzięcia o największym znaczeniu z punktu widzenia jej przebiegu. Niezbędny jest, więc poważny, instytucjonalny instrument umożliwiający lepsze wykorzystanie propagandowe tych operacji, bezpośrednie oddziaływanie na społeczeństwo w pożądanym kierunku. (...) Służba propagandowa MSW powinna mieć możliwość dawania do TV, radia i prasy gotowych programów do druku, albo też dostarczania TV, radiu i prasie półproduktów, którym ostateczny kształt nadadzą redakcje TV, radia i prasy.(...) W przypadku tego rodzaju rozbudowy służby propagandowej, decydujące znaczenie będzie mieć obsada kadrowa. (...) Mariusz Walter - nadaje się na głównego konsultanta, jakiegoś szefa programowania, szefa realizacji programów radiowych i TV - jednym słowem nie kierownika pionu propagandy, lecz główną siłę koncepcyjno-fachową. Najzdolniejszy w ogóle redaktor telewizyjny w Polsce, organizator i koncepcjonista. Przedstawia tow. Mieczysławowi Rakowskiemu i mnie sporo interesujących koncepcji ogólnopolitycznych i propagandowych. Walter jest więc w tej chwili do wzięcia i wkrótce będzie za późno, bo ma otrzymać wysokie stanowisko w TV, jak tam mu się oczyści przedpole. Wielki talent i wulkan energii. Oczywiście członek PZPR, ale raczej profesjonalista niż polityk.". Może to jakoś tłumaczy dlaczego w 1999 roku, gdy wszystkie polskie media solidarnie przemilczały charkowską kompromitację prezydenta Kwaśniewskiego, Walter – według relacji Lisa - "z wściekłą miną wparował do newsroomu. "Chcecie mi stację wypierdolić w powietrze? Nie zgadzam się". Kto, dlaczego i jak miałby Walterowi telewizję „wypierdolić” – nie wiem, bo Walter nie zaryzykował. Bo i skąd ma brać odwagę ktoś, kto nie tylko sobie zawdzięcza swoją pozycję?

I naprawdę niewiele się od tamtego czasu w TVN zmieniło, przynajmniej w kwestii parasola ochronnego nad politykami establishmentu. Gdy w 2014 roku TVN uznała, że relacja z przesłuchania urzędującego prezydenta w sprawie prowokacji służb wymierzonej w dziennikarza, to nie jest coś czym chce zajmować widzów, Olejnik tłumaczyła posłowi opozycji „Jak pan sobie kupi telewizję, to pan będzie transmitował co pan chce. Nikt nas nie będzie zmuszał do tego, co mamy transmitować.”. No właśnie. Nikt ich nie będzie zmuszał, a jak ktoś szuka pełnej i rzetelnej informacji, niech sobie kupi swoją telewizję. Albo poczeka aż ważny news dotrze do niego via BBC, tak jak dzięki BBC polski widz zobaczył zdjęcia z Charkowa.

Czy trzeba jeszcze dodawać, że nadzór nad mediami elektronicznymi sprawuje Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, czyli kierowana przez byłego polityka PO i bliskiego przyjaciela prezydenta Komorowskiego, partyjna koalicja PO-SLD-PSL, żeby zrozumieć, że przy wszystkich absolutnie zasadnych zastrzeżeniach do tego jak PiS przejmuje TVP, wolność słowa na tym raczej zyska bo – cytując Bugaja – "Dramat dla wolności słowa zaczyna się nie wtedy, gdy jedne media jakąś sprawę nagłaśniają, inne zaś ją przemilczają, lecz wtedy, gdy zdecydowana większość mediów to samo nagłaśnia i to samo przemilcza". Niech więc pan Oettinger nie próbuje być kadrowym w polskich mediach. Przynajmniej do czasu, kiedy coś z polskiego (uk)ładu medialnego zrozumie.

18:05, kataryna.kataryna
Link Komentarze (1) »
sobota, 09 stycznia 2016
Wykopaliska

Wolność mediów musi być naprawdę zagrożona, skoro w jej obronie Jarosław Kurski postanowił publicznie odciąć się od własnego brata. Tak mnie dzisiaj KOD-owcy wystraszyli, że sięgnęłam do swojego bloga, żeby sobie powspominać stare dobre czasy, kiedy wolność mediów kwitła, dzięki codziennemu wysiłkowi jej dzisiejszych obrońców. Nie zachęcam tu do czytania moich nędznych wypocin, ale może warto zajrzeć do tej kopalni smacznych cytatów. Mogą się przydać w obecnych dyskusjach. Sama już zapomniałam, jakie to wszystko żałosne było.

 

Monika Olejnik pyta Zolla "czy premier Belka powinien skłamać przed komisją śledczą?":

http://kataryna.blox.pl/2005/06/Monika-Olejnik-pyta.html

Agnieszka Kublik broni przemilczenia w TVP niewygodnego sondażu:

http://kataryna.blox.pl/2005/06/O-doborze-argumentow.html

Gazeta Wyborcza nie wie kto stał za listą Wildsteina:

http://kataryna.blox.pl/2005/02/tu-pada-nazwisko-znanego-dziennikarza.html

Jak lewica Pospieszalskiego zwalniała:

http://kataryna.blox.pl/2005/01/Awantura-o-Pospieszalskiego.html

Koleżeński lincz na Piotrze Zarembie, "nędznym antysemicie":

http://kataryna.blox.pl/2011/05/Kolezenski-lincz-na-Zarembie.html

Stefan Bratkowski o wywalaniu Janiny Jankowskiej z uczelni za poglądy:

http://kataryna.blox.pl/html/1310721,262146,169.html?5

Janusz Palikot szczuje antyrządowych demonstrantów prokuraturą:

http://kataryna.blox.pl/2010/07/Glos-podniesiony-na-wladze-uciszymy.html

Jarosław Gugała musiał szyfrować pytania przed Lichocką:

http://kataryna.blox.pl/2010/07/Szyfrant-Gugala-bez-wsparcia.html

Agnieszka Kublik pyta Magdę Jethon czy wywali Karnowskiego z Trójki

http://kataryna.blox.pl/2009/03/Dzisiaj-zaczyna-sie-nowa-Trojka.html

Jak Platforma Krzysztofa Skowrońskiego czyściła z Trójki:

http://kataryna.blox.pl/2009/02/List-w-obronie-Trojki.html

Gazeta Wyborcza broni doktora G., a w tle rodzice dziennikarki

http://kataryna.blox.pl/2008/12/Medialna-oslona-doktora-G.html

Małgorzata Subotić pomaga gnoić Sumlińskiego:

http://kataryna.blox.pl/2008/08/Na-pochyle-drzewo.html

Ćwiąkalski o dobrych bo niepytających dziennikarzach:

http://kataryna.blox.pl/2008/08/Cwiakalski-Kto-chce-znac-prawde-nie-pyta.html

Jan Osiecki o TVN i Tomasz Lis o mediach:

http://kataryna.blox.pl/html/1310721,262146,169.html?15

Newsweek publikuje "Niezbędnik medyka" - rady dla łapówkarzy:

http://kataryna.blox.pl/2008/07/Dziennikarka-radzi-lapownikom.html

Instrukcja PO dla dziennikarzy publicznych mediów:

http://kataryna.blox.pl/2008/07/Platformy-pomysl-na-media-publiczne.html

Jacek Żakowski ma hipotezę na temat Wildsteina:

http://kataryna.blox.pl/2005/02/Spiskowa-hipoteza-Jacka-Zakowskiego.html

Kampania antylustracyjna w mediach:

http://kataryna.blox.pl/2005/02/Spiskowa-hipoteza-Jacka-Zakowskiego.html

http://kataryna.blox.pl/2005/02/Kampania-antylustracyjna-2-Pierwsze-uderzenie.html

Jacek Żakowski wrabia Jadwigę Staniszkis w listę Wildsteina:

http://kataryna.blox.pl/2005/01/Kto-gra-lista-Wildsteina.html

Kieres o lustracyjnych trupach w medialnej szafie:

http://kataryna.blox.pl/2005/02/Dziennikarze-i-teczki.html

Aleksander Kwaśniewski o mediach na pasku służb:

http://kataryna.blox.pl/2005/03/I-kto-to-mowi.html

Gazeta Wyborcza cenzuruje Kazika:

http://kataryna.blox.pl/2006/03/Cenzura-autocenzura-i-hipokryzja.html

Tomasza Lisa opowieść o mediach:

http://kataryna.blox.pl/2006/10/Tomasza-Lisa-opowiesc-o-mediach.html

TVN wiedział o agenturalnej przeszłości Subotica:

http://kataryna.blox.pl/2006/10/Chrabota-podtapia-TVN.html

http://kataryna.blox.pl/2006/10/Potasz-zaprzecza-Gawlikowskiemu.html

Platformy raport o mediach publicznych:

http://kataryna.blox.pl/2006/10/Tomasz-Siemoniak-autorem-raportu.html

http://kataryna.blox.pl/2006/10/Zawinil-uklad-tekstu.html

Michnik świeci oczami przed Gudzowatym za Kublika, który się kurwa nie zna na tym gazie:

http://kataryna.blox.pl/2006/10/Tasmy-prawdy.html

Pospieszalski kontra Morozowski:

http://kataryna.blox.pl/2006/10/Pospieszalski-v-Morozowski-ciag-dalszy.html

Piotr Stasiński apeluje o szacunek dla rektora Ceynowy:

http://kataryna.blox.pl/2007/04/O-szacunek-dla-Ceynowy.html

Paweł Wroński o tym, że lustracja mediów to "lex Agora"

http://kataryna.blox.pl/2007/03/Lex-Agora-i-Lex-Walesa.html

Gazeta Wyborcza i protest antylustracyjny:

http://kataryna.blox.pl/2007/03/Lamanie-dziennikarskich-sumien.html

Bertold Kittel o mediach:

http://kataryna.blox.pl/2007/07/Bertold-Kittel-atakuje-Rzepe.html

Gazeta Wyborcza i sprawa "Agaty":

http://kataryna.blox.pl/2008/06/Agata-na-aborcyjnym-froncie.html

http://kataryna.blox.pl/2008/06/Agata-na-aborcyjnym-froncie-podsumowanie.html

http://kataryna.blox.pl/2008/06/Swiadomy-wybor-w-ciemno.html

Ketman i jego ofiary z Czerskiej:

http://kataryna.blox.pl/2008/06/Ketman-i-jego-ofiary-z-Czerskiej.html

 

 

 

18:01, kataryna.kataryna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 stycznia 2016
Gazeta, korupcja i mądrość etapu
Adam Michnik (afera Rywina): Ta sprawa ujawnia głęboki konflikt, który dzieli Polskę, który dzieli nas, Polaków. Ten podział biegnie pomiędzy Polską ludzi uczciwych a Polską skorumpowaną, Polską łapówek, Polską mętnej, zagmatwanej mafijnej kombinacji. Tak, to są dwie różne Polski. Dziś fundamentalny podział w Polsce to jest podział wedle stosunku do korupcji. Czy w tej sprawie wygra Polska skorumpowana albo taka, która daje przyzwolenie na korupcję, czy też wygra Polska, która korupcję chce demaskować, demaskuje i będzie demaskować, Polska czystych rąk. To takiej Polski potrzebujemy. Dziś patrzy na nas cała Polska, różna Polska, Polska biedy i upokorzenia, Polska ludzi bezrobotnych i coraz bardziej pozbawionych nadziei. Tylko uczciwość i przejrzystość może tym ludziom przywrócić nadzieję. Mamy świadomość, że korupcja niszczy wszystko. Niszczy patriotyzm i postawy obywatelskie, demokrację polityczną i gospodarkę rynkową, prawdę i dobroć w życiu publicznym, godność i honor. To jest rak w organizmie polskiego państwa. To jest inwazja nieuczciwości, podłości i draństwa w publiczne życie.
 
Wanda Rapaczyńska (afera Rywina): Gdzieś w połowie lat 90. zaczęłam obserwować deformacje. Nasiliło się to pod koniec lat 90., a w tej chwili przybrało rozmiary, które mnie przerażają. Mówię oczywiście o postępującej zarazie korupcji - korupcji na styku z polityką. To występuje na wszystkich poziomach, od załatwienia drobnej sprawy w gminie aż po, jak się być może okaże, procesy legislacyjne. Mówił o tym raport dotyczący Polski, różne raporty Banku Światowego o korupcji na wysokich szczeblach władzy, o tym, że za 3 mln dolarów można w Polsce kupić ustawę. Na raport obruszyli się politycy, że nieprawda, że wyssane z palca. Być może mają rację, ale ja wiem, że w kręgach biznesu bez przerwy się o tym dyskutuje, że korupcja jest przedmiotem stałej troski pracodawców i przedsiębiorców i stała się też moją troską. Dlaczego? Bo korupcja niszczy państwo, niszczy rynek i konkurencję, bo tam, gdzie nie ma państwa prawa, nie da się sensownie prowadzić firmy. Bo korupcja głęboko demoralizuje społeczeństwo, podważa zaufanie do życia publicznego i do wszystkich jego uczestników. Bo korupcja podwyższa koszty działalności gospodarczej, a więc obniża wzrost gospodarczy. Na łapówki idą pieniądze, które mogłyby być przeznaczone na inwestycje. Bo korupcja odstrasza kapitał zagraniczny, a inwestycje, krajowe czy zagraniczne, oznaczają także nowe miejsca pracy. Więc jeśli tych nowych miejsc pracy nie ma, to zastanówmy się, w jakim stopniu odpowiadają za to ci, którzy wymuszają na różne sposoby daniny od firm w naszym kraju, gdzie poziom bezrobocia oznacza, że co piąty Polak jest społeczne wykluczony. Obserwuję ten proces od wielu lat i od wielu lat obserwuję również powszechne przyzwolenie na korupcję i obojętność polityków w tej kwestii, tak jakby nie rozumieli oni, jaką szkodę wyrządza narastanie tego zjawiska Polsce, naszej gospodarce i opinii naszego kraju na świecie
 
Witold Gadomski (afera hazardowa): Media z oburzeniem opisują pomoc udzielaną przez urzędników i polityków firmie Winterpol budującej w Sudetach ośrodek wypoczynkowy. Dzięki przychylności rozmaitych instytucji formalności przy budowie były załatwiane od ręki, a czasami urzędnicy akceptowali dokonane wcześniej przez inwestora działania, wydając stosowne decyzje z datą wsteczną. Dla skrupulatnego kontrolera była to zatem samowola budowlana legalizowana dopiero po fakcie. Nie jestem naiwny i rozumiem, że pomoc urzędników nie musiała być bezinteresowna. Zapewne nie wszystkim sprzyjają w tym samym stopniu, co jest niesprawiedliwe i wypacza rynkową konkurencję. A jednak nie potrafię wykrzesać z siebie oburzenia, jakim pałają niektórzy dziennikarze i były szef CBA na biznesmena, który skrupulatnie i skutecznie zabiega o swoje interesy. Dzięki temu powstał wspaniały ośrodek wypoczynkowy o standardach zbliżonych do europejskich. Czy za dużo mamy takich ośrodków? Czy można mieć za złe biznesmenowi, że chodzi za swoimi sprawami? Że dopinguje urzędników, stara się zaprzyjaźnić z osobami mającymi wpływ na decyzje? Przecież tak się dzieje na całym świecie. A w Polsce od kilku lat panuje absurdalna atmosfera podejrzliwości w kontaktach polityków z biznesem. To jest właśnie nienormalne.
 
Te cytaty najlepiej pokazują drogę jaką przeszliśmy po aferze Rywina i miejsce, w którym jesteśmy do dzisiaj. Tak jak trzynaście lat temu żadna przyzwoita gazeta nie opublikowałaby komentarza Gadomskiego, tak dzisiaj nikt nie wygłosiłby tamtej mowy Michnika, bojąc się śmieszności i oskarżeń o fanatyzm. A przecież Polska nie jest dziś mniej skorumpowana niż wtedy, więcej też wiemy o skali problemu, więc powinien nas przerażać jeszcze bardziej. Albo zatem zmieniły się elity, uznając, że pogodzenie się z "Polską łapówek, Polską mętnej, zagmatwanej mafijnej kombinacji" to cena jaką trzeba - i warto - zapłacić za powstrzymanie drugiej fali kaczyzmu, albo tamten ich porywinowy bunt nie był autentyczny, a stanięcie na czele antykorupcyjnej krucjaty było taktycznym zabiegiem mającym umożliwić utrzymanie kontroli nad budzącym się z letargu społeczeństwem. Ciekawe czy coś nas kiedyś jeszcze przebudzi, czy jesteśmy już z korupcją oswojeni na tyle, żeby ją uznać za trwały element postkomunistycznej demokracji.
10:26, kataryna.kataryna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 grudnia 2015
Gorszy sort

Agnieszka Holland: Mieszkam i pracuję poza Polską. Kiedy przyjeżdżam, uderza mnie fala niedobrego powietrza, coś takiego, jakby w zamkniętym pomieszczeniu ktoś bez przerwy puszczał bąki. To jest coś takiego, jak się jest w toksycznej rodzinie. Człowiek kocha tę rodzinę, ale czuje, że nie może się rozwinąć, nie może żyć, nie może odetchnąć pełną piersią. Więc wyjeżdża do innego miasta i tam zakłada swoją rodzinę.

Jan Gross: To ohydne oblicze Polaków pochodzi jeszcze z czasów nazistowskich. Dla mordowanych Żydów też nie mieli współczucia. Polacy byli nie bez racji dumni z oporu, jaki stawiali nazistowskim okupantom, ale faktycznie podczas wojny zabili więcej Żydów niż Niemców

Maciej Maleńczuk: Fascynuje mnie zło przeciętnego katolika. Takie ukryte, tajemnicze, które nie wychodzi na wierzch, dopóki w lodówce nie znajdzie się trup noworodka. Polacy są tak naprawdę faszystami... W głębi duszy takiego katolika widzę hitlerowską swastykę. Ile jest antysemityzmu w przeciętnym Polaku? Mam na myśli religijnego normalsa. Kogoś, kogo przyłapie się w końcu na posiadaniu pornografii dziecięcej, a on od 30 lat prowadzi rodzinę zastępczą i wychował nie wiadomo ile pokoleń.

Tomasz Lis: Jestem wystarczająco inteligentny żeby pracować w telewizji, ale nie żeby ją oglądać. Nie możemy mówić poważnie, bo poważnie to znaczy nudno. A nudno, to te barany wezmą pilota i przełączą. Widz w Polsce wybaczy wiele, bardzo wiele. Ale jednego nigdy, przenigdy nie wybaczy- tego, że go potraktujemy poważnie. Ludzie nie są tacy głupi jak nam się wydaje, są dużo głupsi.

Janusz Palikot: Jesteśmy beznadziejni, tragiczni, trywialni, śmieszni. Polacy to gówniarze, zera, szambo. Nic nie potrafią zrobić razem. Polska pada ofiarą przemocy katolickiej. 

Adam Michnik: Oczywiście, część naszego społeczeństwa choruje na rusofobię i ksenofobię. Wolność jest przecież dla wszystkich – dla mądrych, głupich i dla swołoczy. Są idioci, którzy twierdzą, że nie ma niepodległej Polski, ale jest rosyjsko-niemiecki projekt. To ludzie z zoo z bezrozumnym antyrosyjskim kompleksem.

Jarosław Kuźniar: Polacy przenieśli tradycję kanapki z jajem cuchnącej w przedziale PKP do samolotu. Teraz kurczak w sreberku. Szczęśliwie butów nie zdejmują.

Niepotrzebne i nieroztropne słowa Jarosława Kaczyńskiego o „gorszym sorcie Polaków” spotkały się z odzewem podobnym do tego, który obserwowaliśmy po równie niefortunnej wypowiedzi Dorna o „wykształciuchach”. Tak jak wtedy, tak i dzisiaj dziesiątki ludzi, które nie znają całej wypowiedzi, lub jej po prostu nie zrozumieli, wzięli to do siebie, i są z tego dumni. A najbardziej na Kaczyńskiego oburzyli się ci, którzy od lat uprawiają wobec Polaków pedagogikę wstydu. Można odnieść wrażenie, że w wypowiedzi o „gorszym sorcie Polaków” najbardziej ich zabolało, że może istnieć jakiś „lepszy sort”. A na to zgody nie ma, bo przecież każdy elitariusz wie, że Polacy to po prostu najgorszy sort człowieka. Bydło, motłoch, ciemnogród, i co tam jeszcze światłe elity są w stanie wymyślić, żeby nas upokarzać. Przed sobą i światem.

10:52, kataryna.kataryna
Link Komentarze (10) »
środa, 16 grudnia 2015
POdpalacze

Stefan Niesiołowski: I tak to będzie, aż do upadku rządów PiS-u. W tej sytuacji demonstracja 13 grudnia jest absolutnie pożądana i ważna. To trafny moment i przypomnienie społeczeństwu, że pod pewnymi względami sytuacja jest taka, jak w stanie wojennym. Tylko uliczne manifestacje i strajki mogą coś zmienić – debaty nie ma. W związku z tym demonstracja [13 grudnia pod domem Jarosława Kaczyńskiego] będzie taka, jak pod domem Jaruzelskiego, bo tam jest władza. Demonstracje będą też przed tym nowym Komitetem Centralnym na Nowogrodzkiej. Być może to się skończy spaleniem tej siedziby, tak jak palono komitety PZPR, tak być może zapłonie komitet PiS-u. To zależy oczywiście od tego, co PiS będzie robiło

Kiedy Platforma w kampanii wyborczej zapowiadała podpalanie Polski, myślałam, że to przestroga a nie obietnica wyborcza. Ale czego się dziwić, gdy się ma całkiem świeżo w pamięci jak Donald Tusk na łamach Gazety Wyborczej zapowiadał „Nie mogę dzisiaj wykluczyć, że w sytuacji, w której prezydent złamałby konstytucję i rozpisał wybory, to my nie zaakceptujemy tej decyzji. Czyli może dojść do bardzo poważnego kryzysu nie tylko konstytucyjnego. W tym parlamencie nie ma możliwości przeprowadzenia procedury impeachmentu, czyli usunięcia prezydenta z urzędu. Natomiast prezydent, który pozwoliłby sobie na złamanie konstytucji po to, żeby jego partia wygrała wybory, stawiałby Platformę w sytuacji, w której trzeba by wypowiedzieć obywatelskie posłuszeństwo takim decyzjom” i nikt się nie oburzał, że to zapowiedź zamachu stanu, choć w zasadzie tym była. Ale Platformie wolno więcej, od zawsze, więc i pełne zrozumienia i akceptacji zapowiedzi podpaleń siedziby PiSu nie budzą niczyjego przerażenia. Poza osobami, które – jak ja – pamiętają misję Ryszarda Cyby, który próbował uwolnić Polskę od Kaczyńskiego i w takich wypowiedziach widzą dokarmianie następców. 

Po Mai spod Żyrardowa, która wstąpiła do Komitetu Obrony Demokracji bo czuje przed obudzeniem się drżenie” na myśl o tym co PiS mógł zrobić w nocy, po dziennikarce Gazety Wyborczej, która płakała z bezsilności i bezradności podczas sejmowego expose, nawet Krystian Lupa podzielił się z opinią publiczną swoim dramatem – od wybuchu sporu o Trybunał Konstytucyjny nie może pracować bo jest całodobowo zajęty baniem się PiSu, i strasznej biało-czerwonej flagi, która „niczym nie różni się od flagi ze swastyką”. Jeśli nawet osoby publiczne udało się do tego stopnia nakręcić, to co się musi dziać w dużo bardziej pustych głowach, nawet nie próbuję sobie wyobrazić. I obawiam się, że przy tej histerii elit, nie tylko podpalenia są kwestią czasu. Gdzieś tam, w Polsce, następcy Ryszarda Cyby już sobie racjonalizują konieczność uwolnienia Polski od koszmaru. 

Komitet Obrony Demokracji skrzykuje się właśnie na kolejną demonstrację, porównując dzisiejsze jak najbardziej legalne złożenie przez PiS projektu ustawy o Trybunale Konstytucyjnym do zabójstwa Narutowicza. "16 grudnia 1922 - zamach na Narutowicza. 16 grudnia 2015 - zamach na Trybunał Konstytucyjny". Jakby pajaceria z KODu lepiej znała historię najnowszą dopisałaby pewnie też inne wydarzenie, którego rocznicę dzisiaj obchodzimy, bo czy masakra w Wujku nie pasuje idealnie do masakry na Trybunale? Brak słów, żeby to nawet komentować. Wespół w zespół wyhodują sobie w końcu Cybę. Ale to - jak wszystko - będzie tylko i wyłącznie wina Kaczyńskiego. Tego "parszywca" (jak go nazwał były już wkrótce gwiazdor telewizji publicznej, Tomasz Lis).

 

 

17:06, kataryna.kataryna
Link Komentarze (13) »
sobota, 12 grudnia 2015
Komitet Obrony Dekoracji

Marcin Król: Co innego treść wystąpień, a co innego miejsce, w którym są wygłaszane. Gdyby wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego miało miejsce w parlamencie, mógłbym powiedzieć, że jego treść mi się nie podoba, ale w zasadzie wszystko jest w porządku. W parlamencie posłowie mają prawo mówić to, co chcą. Natomiast tu Jarosław Kaczyński z walką polityczną wyszedł na ulicę. Jest to absolutne przekroczenie reguł demokracji. (…) Powiem brutalnie: z przeciwnikami tej formy życia, jaką zaakceptowaliśmy - a zaakceptowaliśmy demokrację - trzeba walczyć. Walczyć przy pomocy metod dostępnych władzy. W tym przypadku zastanawiałbym się nad Trybunałem Stanu dla Jarosława Kaczyńskiego. My, choć mamy najróżniejsze zdanie o rządzie i o jakości naszej demokracji, nie powinniśmy się godzić na mniejszość, która nam zagraża i która podważa nasze systemy wartości: lewicowe, prawicowe, konserwatywne, ale demokratyczne

Józef Oleksy: Przekręty szły w prywatyzacji. W całej Europie nie ma takiego kraju, który tak lekkomyślnie sprzedałby banki. Za co Kaczmarka znienawidził Kwaśniewski? Za to, że we Francji obiecał Chiracowi, że mu odda Ruch. I przyjechał Kaczmarek i powiedział "takiego" i nie dopuścił do dziś do sprywatyzowania Ruchu na rzecz Francuzów. Kwaśniewski żeby nie wiem jak się naharował, to nie uzbiera tyle ile potrzebuje na wylegitymizowanie tego majątku. (...) Oluś zawsze był krętaczem, i to małym krętaczem. (...) Sławomir Miller działał samodzielnie korupcyjnie. Bo do mnie po wyborach poprzednich przyszło dwóch facetów i oni mi przedstawili i oni proszą tylko, żeby potwierdzić, że 200 tys. dolarów dotarło do pana Leszka Millera. Oni mówią nam: Chodzi tylko o to czy nie zmarnowały się pieniądze bo były dawane na kampanię (...) [syn Leszka Millera] zgłosił się miesiąc temu do agencji nieruchomości, w poszukiwaniu domu do miliona dolarów. (...) To znaczy, że tupet jednocześnie występuje, że nie boi się (...) Żadnemu nie wierzę z lewicy. Wszyscy są upaprani w różne kombinacje, interesy. (...) Moja sitwa i owszem, miała w dupie Polskę.

Jacek Kuroń: Nie mam wątpliwości, że jest to zjawisko o kluczowym znaczeniu dla rozwoju polskiej demokracji i gospodarki rynkowej. Ludzie byłej nomenklatury, dawni esbecy, niektórzy prywaciarze i częściowo ludzie solidarnościowego etosu przenieśli do III Rzeczypospolitej mechanizmy peerelowskiego klientelizmu. Częściowo świadomie - z chęci zysku, popychani odwieczną żądzą pieniądza i władzy, częściowo zaś w odruchu samoobrony, albo w naturalnym dążeniu do stworzenia sobie oazy bezpieczeństwa, gdy ziemia się pod nogami trzęsie, opletli Polskę siecią niejawnych powiązań przyjacielskich, politycznych, gospodarczych, korupcyjnych, nepotycznych, a także jednoznacznie przestępczych.

Tomasz Lis: Dziś gruba kreska, brak lustracji, brak dekomunizacji i historyczny relatywizm wychodzą nam bokiem. Kto ma się w III RP najlepiej? Ciężko pracujący, utalentowani ludzie czy cwaniacy z układów - partyjnych i służbowo-tajnych - którzy opanowali gospodarkę? Kto ma się lepiej - walczący o wolną Polskę czy kelnerzy przodującej idei? (...) Nie twierdzę, że lustracja i dekomunizacja, także moralna, byłaby odpowiedzią na większość polskich bolączek. Nie na większość. Ale na bardzo wiele tak. Za ten grzech zaniechania będziemy płacili bardzo długo.

Jerzy Urban: O wiele bardziej niepokojące się wydawało to, że być może jakieś układy interesów, być może pomiędzy władzą a... mające związek z władzą, nabierają objawów gangsterskich. No, ja rozumiałem to w ten sposób, że jeśli przemoc fizyczna już funkcjonuje jako metoda towarzysząca śledztwu, to jest to bardzo groźne dla stanu stosunków w Polsce, to znaczy, że interesy typu korupcyjnego mogą nabierać form gangsterskich - tak jak to w Rosji bywa, gdzie trup się ściele gęsto - a też że istnieje to kolosalne niebezpieczeństwo, iż wymiar sprawiedliwości zaczyna być oparty czy może być oparty o wymuszanie siłą jakiejś zawartości śledczej.

Aleksander Gudzowaty: Przez chwilę podejrzewałem, że za tymi atakami stoi Steinhoff, rząd Buzka. Ale potem okazało się, że było inaczej, bo sytuacja nie zmieniła się za kolejnych rządów. Zrozumiałem wtedy, że sprawcą moich kłopotów jest jest ktoś poza rządem, poza politykami. Gdzieś z boku. Umieściłem go w podziemiu, nazywam go "minus pięć", bo w piekle piętra liczy się od dołu. Jest blisko diabła. (...) Ktoś spoza układu władzy animuje działania i kreuje poglądy rządzących - i to jest właśnie grupa minus pięć. Na tym, że my sobie tak przeszkadzamy sorzystali Rosjanie. To śmiałe wnioski ale same się nasuwają. Tylko Rosjanie mogli mieć z tego korzyść.

Leszek Miller: Takie próby [wymuszenia odejścia z funkcji premiera - kataryna] miały miejsce o wiele wcześniej, chociażby gdy ktoś wysłał Rywina. Potem była ta sprawa, później jeszcze o mało nie straciłem życia w wypadku helikoptera (...) Być może to, że dalej żyję nadal komuś przeszkadza(...) Zwykle dzieje się tak wtedy, gdy narusza się czyjeś wielkie interesy. Rzeczywiście zablokowałem sprzedaż PZU i cieszę się, że PZU jest dalej w polskich rękach. Nie zgodziłem się także na sprzedaż polskich rafinerii. Wskazuję na te grupy, które były zainteresowane dokonaniem tych transakcji.

Adam Michnik: Wybitni przedstawiciele środowiska filmowego zabrali w tej sprawie głos. Jedna z przedstawicielek tego środowiska, osoba znana i szanowana, zapewnia, że Lew Rywin jest człowiekiem uczciwym, bo tych pieniędzy on nie chciał dla siebie.  Niech ta pani mi odpowie na pytanie: Czy uczciwym jest żądanie łapówki dla jakiejkolwiek grupy rządzącej, niezależnie od tego, z jakiego środowiska politycznego się wywodzi? Ta sprawa ujawnia głęboki konflikt, który dzieli Polskę, który dzieli nas, Polaków. Ten podział biegnie pomiędzy Polską ludzi uczciwych a Polską skorumpowaną, Polską łapówek, Polską mętnej, zagmatwanej mafijnej kombinacji. Tak, to są dwie różne Polski. Dziś fundamentalny podział w Polsce to jest podział wedle stosunku do korupcji. Czy w tej sprawie wygra Polska skorumpowana albo taka, która daje przyzwolenie na korupcję, czy też wygra Polska, która korupcję chce demaskować, demaskuje i będzie demaskować, Polska czystych rąk. To takiej Polski potrzebujemy. Dziś patrzy na nas cała Polska, różna Polska, Polska biedy i upokorzenia, Polska ludzi bezrobotnych i coraz bardziej pozbawionych nadziei. Tylko uczciwość i przejrzystość może tym ludziom przywrócić nadzieję. Mamy świadomość, że korupcja niszczy wszystko. Niszczy patriotyzm i postawy obywatelskie, demokrację polityczną i gospodarkę rynkową, prawdę i dobroć w życiu publicznym, godność i honor. To jest rak w organizmie polskiego państwa. To jest inwazja nieuczciwości, podłości i draństwa w publiczne życie.

Aleksander Kwaśniewski: Niech żadna mutacja Urzędu Bezpieczeństwa nie stara się kierować losami Polski. Pani to bagatelizuje. Jestem przekonany, że mamy do czynienia z grupą osób z dawnych służb, która skutecznie dba o własne interesy, bo jest na powierzchni, bo odnosi sukcesy. Kreują bohaterów i ich obalają. Jak mówimy służby to mamy na myśli tych, którzy dziś są w służbach i tych, którzy z ich odeszli. Oni mają swoje ambicje, interesy, układy, wpływy. Rola służb może się wyradzać, przykładem afera FOZZ. Służby oczywiście tkwią w różnych miejscach biznesowych. Są w mediach. Nie ma żadnej wątpliwości, że jest część środowiska dziennikarzy, która wprost współpracuje ze służbami. Dla nich tzw. dziennikarstwo śledcze jest po prostu przykrywką.

Marcin Król: W internecie opinie są anonimowe – a ich autorstwo nie niesie za sobą żadnej odpowiedzialności. Oceniam to jako złe zwycięstwo demokracji, bo każdy idiota ma dzięki temu takie same prawa do wygłaszania swoich sądów jak wybitni myśliciele, publicyści, czy prawdziwi dziennikarze. Tymczasem anonimowa opinia nie pomaga w kształtowaniu życia publicznego, a psuje je. Anonimowość pozwala ludziom na swobodę, która bywa niebezpieczna. Niegdyś wielu filozofów politycznych uważało, że tego rodzaju swobody powinny być ograniczone. Więcej, przez całe lata rozumni ludzie uważali, że cenzura powinna być dopuszczalna i to nie tylko z powodów obyczajowych, ale też zgodnie z zasadą, że „poważne pytania głupim ludziom mącą w głowie”. Nie jestem zwolennikiem tego, by każdy mógł wyrażać swoją opinię publiczne w sposób nieograniczenie swobodny.

 

14:45, kataryna.kataryna
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 grudnia 2015
Kofta puka w dno. Od spodu

Krystyna Kofta: Kto najbardziej skorzystał na tej katastrofie, czyje ambicje się teraz spełniają? Panie prezesie Kaczyński, pytam czy te czarne msze mściwości, które się odbywają, to naprawdę „tylko” efekt poczucia winy, za namawianie brata do lotu, za wszelką cenę? Czy „tylko” nieposkromiona żądza władzy?

W przerwach między wypłakiwaniem się w niemieckich mediach, że go hejtują za niewinność, Tomasz Lis na swoim "polskim HuffingtonPost" publikuje felietony Krystyny Kofty, które same są czystą nienawiścią, bo jak nazwać publiczne pytanie zarzucanie komuś, że sam najbardziej skorzystał na śmierci brata? Jak bardzo chory z nienawiści musi być ktoś, komu to w ogóle przyszło do głowy, a potem aż do kliknięcia "wyślij" nie zadziałał żaden hamulec? Nie pierwszy to raz, kiedy Kofta na parówkowym portalu pokazuje klasę, oto co pisałam o niej kilka miesięcy temu w tekście "Żeńska szowinistyczna świnia".  

Kiedy Ewa Kopacz została premierem, Tomasz Lis w emocjonalnym tekście tłumaczył przyszłe ataki na nią seksizmem „buraczanych maczo” z prawicy. „Kobieta premierem. Ta perspektywa budzi wyraźną złość buraka pastewnego zwanego samcem. Polityczne samce ruszyły do boju, jakby ktoś im zafundował zastrzyk testosteronu. Najprawdziwsi mężczyźni są, jak wiadomo, na naszej katolickiej prawicy. Nie dziwota więc, że w obliczu awansu kobiety potrafili się zachować. Z klasą. Pan Gowin zamiast się powściągnąć, wali ostro: „Kopacz jest niestabilna emocjonalnie”. Ciekawe będzie obserwowanie erupcji seksizmu buraczanych maczo. Intrygujące będzie wsłuchiwanie się w aluzyjki i protekcjonalne tekściki.”

Jeśli Tomasz Lis chce tropić buractwo, nie musi szukać daleko, wystarczy lektura tego co na jego portalu wypluła w kierunku Krystyny Pawłowicz Krystyna Kofta, komentując „aferę sałatkową” w stylu jakiego nie powstydziłaby się rasowa „męska szowinistyczna świnia”. „Jadła czy żarła na sali sejmowej? Raczej żarła. (…) Pal sześć jedzenie, jednak to nie było zwykłe jedzenie. To był popęd głodu. W psychologii znane jest zjawisko PRZENIESIENIA POPĘDU. Głównie z niezaspokojenia seksualnego na głód jedzenia. Często się to zdarza mężczyznom, jeszcze częściej kobietom, bo wiadomo, mężczyzna zna techniki samozaspokojenia. Może lepiej, ze posłanka czegoś takiego nie stosuje, bo przy tym braku hamulców, byłoby możliwe, że nagle zobaczylibyśmy rękę posłanki pod pulpitem... Och nie! Lepiej już, że jadła a nawet żarła. (…) Do takiej bystrej, młodej i ładnej dziennikarki żrąca posłanka wrzasnęła, że jest idiotką, że ma się od niej odczepić. Dostało się tej ładnej z TVN-u, oj dostało, za krzywdy pani Pawłowicz, za jej przymus jedzenia – zamiast! Chodzi sobie taka młoda, ładna pytania zadaje, a ja co? – myśli posłanka. Zwykle po zaspokojeniu jakiegoś popędu, w tym przypadku myślimy o seksualnym – popędem innym, tu jedzeniem, przez jakiś czas zaburzony osobnik jest spokojny. Niestety popędy są ogólnie „niezastępowalne”, a więc zaspokojenie trwa krótko. Do następnego rzutu.”

W jednym z wywiadów Kofta zapytana czy mężczyzna to dobry wzorzec, żeby się uczyć niezależności, odpowiedziała. „Tak. Niezależności i bezwzględności. Kobiety są zbyt uległe, a mężczyzna jest tak skonstruowany, że w sposób bezwzględny dochodzi do celu”. Sądząc po ostatnim felietonie, Kofta postanowiła uczyć się bezwzględności wobec kobiet od „buraczanych maczo”. Tylko co ona jeszcze robi w Radzie Programowej Kongresu Kobiet?

10:06, kataryna.kataryna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 grudnia 2015
Gdzie jesteście, strażnicy bezstronności?

Wiktor Osiatyński: Art. 196 Konstytucji mówi, że sędziowie nie mogą prowadzić działalności publicznej, która jest nie do pogodzenia z zasadą niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Mam nadzieję, że prof. Rzepliński jak najszybciej zrezygnuje z funkcji prezesa i sędziego Trybunału Konstytucyjnego.

Nie, to nie jest komentarz znanego konstytucjonalisty do ostatnich wydarzeń wokół Trybunału Konstytucyjnego, w których jego prezes odgrywał kluczową, aktywną i bynajmniej nie bezstronną rolę. To komentarz sprzed roku, kiedy Osiatyński dowodził nagonką na Rzeplińskiego za przyjęcie przez niego kościelnego odznaczenia.

„Zarówno przyznanie urzędującemu prezesowi Trybunału papieskiego odznaczenia, jak i jego przyjęcie przez prezesa Rzeplińskiego są najbardziej rażącym i niebezpiecznym złamaniem zasady bezstronności w stosunkach państwo - Kościół wyrażonym w art. 25 konstytucji. Natomiast bałwochwalcze wobec ofiarodawców przemówienie prof. Rzeplińskiego w połączeniu z jego poprzednimi wypowiedziami: niedawną, po wyroku Trybunału w sprawie uboju rytualnego, gdy stwierdził, że wolność religii nie powinna podlegać ograniczeniom, i wcześniejszą, gdy do premiera Tuska powiedział publicznie: "Panie premierze, wierzymy w tego samego Boga" - są naruszeniem art. 195 konstytucji. Ten artykuł mówi, że sędziowie Trybunału są niezawiśli i podlegają tylko konstytucji. Nie ma mowy, żeby podlegali prawu Bożemu.” – to też Osiatyński, ale przecież nie był w tym odosobniony. „Dla mnie przyjęcie odznaczenia przez prof. Rzeplińskiego jest czymś szokującym” - oburzał się Aleksander Smolar, „Czy urzędnik państwowy może przyjąć nagrodę od papieża?” – pytała Gazeta Wyborcza, „Czy prezes Trybunału ma prawo być katolikiem?” – szedł jeszcze dalej parówkowy portal Tomasza Lisa, a Feminoteka „za niedostrzeganie niestosowności przyjęcia podczas pełnienia funkcji prezesa TK Krzyża Pro Ecclesia et Pontifice" przyznała Rzeplińskiemu swoją antynagrodę „Skierowanie do okulisty”.

Gazeta Wyborcza: Profesor Andrzej Rzepliński odznaczony za zasługi dla Kościoła. Prawnicy w szoku. Prezes Trybunału Konstytucyjnego Andrzej Rzepliński został odznaczony papieskim Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice (Dla Kościoła i Papieża) za zasługi dla Kościoła i systemu prawnego w Polsce. "To szokujące. Dziwię się, że prezes przyjął to odznaczenie, a szczególnie, że przyjął je jako urzędujący prezes - skomentował dr Paweł Borecki z Katedry Prawa Wyznaniowego na UW. To stawia wielki znak zapytania nad jego bezstronnością. Kiedy mówię, że Trybunał jest w sprawach wyznaniowych stronniczy, ludzie patrzą na mnie z niedowierzaniem, mówią, że to "zbyt daleko idące stwierdzenie". A tu fakty mówią same za siebie!" Informacja o odznaczeniu papieskim dla prof. Rzeplińskiego poruszyła środowisko prawników, jednak nie chcieli tego faktu skomentować dla "Wyborczej". Najczęstszy powód odmowy, to: "nie wypada mi". Niektórzy nieoficjalnie wyrażali obawę, że to podważy zaufanie opinii publicznej do bezstronności Trybunału, ale zaznaczali też, że głośnie mówienie o tym jeszcze bardziej może to zaufanie podważyć.

Polityka: Ludzie muszą widzieć, że sędzia jest wstrzemięźliwy: nie na darmo konstytucja mówi, że sędziowie ani nie należą do partii politycznych, ani nie prowadzą działalności publicznej. Może się zdarzyć, że sędzia będzie orzekać w sprawach władzy, która go odznacza. Najlepiej więc, jeśli sędziowie zajmują się tylko tymi sprawami, które mają na wokandzie. Watykan, a konkretnie miejscowy biskup, przyznaje papieski krzyż nie tak po prostu za zasługi dla Kościoła, ale za „szczególne zasługi” dla Kościoła. Dobrze byłoby wyjaśnić, o jakie szczególne zasługi chodzi. Większe niż innych sędziów? A co będzie, jeśli sędziemu przyjdzie orzekać w sprawach Kościoła i jego interesów? Lepiej nie prowokować myślenia o związkach i zależnościach.

Aleksander Smolar: Prof. Rzepliński, kiedy dowiedział się o przyznaniu odznaczenia, powinien powiedzieć, że choć jest bardzo wdzięczny za wyróżnienie, to nie może go przyjąć. Do czasu zakończenia misji na stanowisku prezesa TK. Bo przyjęcie medalu osłabia jego rolę niezależnego arbitra. Teraz na każdą decyzję jego lub Trybunału Konstytucyjnego, która będzie nawet z daleka dotykała problemów Kościoła, będzie patrzyło się z podejrzliwością. Będzie zwracało się uwagę na to, że Rzepliński to jest człowiek Kościoła. To niebezpieczne dla samego Rzeplińskiego i trybunału.

Znany z antykościelnych poglądów Leszek Jażdżewski tak pisał w Gazecie Wyborczej o Rzeplińskim i Trybunale. „To czego wszyscy się domyślaliśmy, zostało powiedziane głośno i wprost. Trybunał Konstytucyjny w sprawach spornych nie kierował się literą prawa, ale "nauczaniem Jana Pawła II". Równie dobrze takie odznaczenie mogliby dostać wszyscy sędziowie TK. Wymowny jest sam fakt, że nagroda została przyznana - to oznacza, że Kościół jest mu wdzięczny za korzystne wyroki. Taka postawa sprawia, że obywatele tracą zaufanie do państwa”. Dzisiaj ten sam Jażdżewski, w tej samej gazecie, obecny spór o Trybunał komentuje tak, jakby chodziło o zamach na niezależną, niezawisłą i bezstronną instytucję a nie o organ, który niecały rok wcześniej wprost oskarżał o wysługiwanie się Kościołowi a środowiska, które lamentowały, że Rzepliński orzekając nie kierował się literą prawa i powinien odejść w niesławie, nie mają najmniejszego problemu z uwikłaniem prezesa w partyjne gry Platformy.

To ja tu czegoś nie rozumiem.

16:02, kataryna.kataryna
Link Komentarze (3) »
niedziela, 06 grudnia 2015
Tak mi się przypomniało...

Piotr Stasiński: PiS nie szanuje demokracji prawa, tylko demokrację ludu. Andrzej Morozowski: Tak jak w minionym systemie.

Nie wiem co to takiego "demokracja prawa", ale świeżo nawróconym na legalizm warto przypomnieć wydarzenie, z nie tak znowu odległej przeszłości, kiedy sami przekonywali, że prawo nie dotyczy każdego, a polityka przed poddaniem się mu chroni wola jego wyborców. W 2007 roku Bronisław Geremek odmówił poddania się obowiązującemu prawu nakazującemu europosłom złożyć oświadczenie lustracyjne, za argument podając swoich 121 805 wyborców. I Gazecie Wyborczej ten argument wystarczył.

Bronisław Geremek: Żądanie ponownego złożenia deklaracji lustracyjnej pod groźbą wygaśnięcia mandatu uważam za sprzeczne z zasadami państwa prawnego i za lekceważenie decyzji 121.805 wyborców. Jest ono w sprzeczności z konstytucyjną zasadą poszanowania godności ludzkiej. (...) Na skierowane do mnie imperatywne żądanie kornego podporządkowania się mam tylko jedną odpowiedź: odmawiam.

Nie muszę dodawać, jak gromkie oklaski za to zebrał, także od prawników, przekonujących, że faktycznie, jak tyle osób na niego głosowało, to jakieś tam przepisy go nie dotyczą bo ma mocniejszy mandat. A poza tym to Geremek, więc on tu w ogóle jest na innych prawach.


Wojciech Sadurski: Mandat prof. Geremka opiera się nie na woli władz RP, ale na woli wyborców, którzy na niego głosowali. Taki mandat jest mocniejszy niż pomysły lustracyjne władzy.

Władysław Frasyniuk: Niektórym ludziom pewnych pytań się nie zadaje. I do takich ludzi należy profesor Geremek.

Janusz Onyszkiewicz: To piękny akt obywatelskiego nieposłuszeństwa. Trochę mi szkoda, że sam nie zdecydowałem się na podobny gest.

Zachęceni życzliwością z jaką spotkał się gest Geremka, na podobne "piękne akty obywatelskiego nieposłuszeństwa" zdecydowali się także inni "elitariusze" objęci ustawą lustracyjną, wśród nich rektor Ceynowa. Szybko się okazało, że gest Ceynowy nie był żadnym pięknym aktem obywatelskiego nieposłuszeństwa, a całkiem niepięknym aktem chronienia swojej konfidenckiej przeszłości. Ale nawet po tym, gdy już wiadomo było czym kierował się Ceynowa, cytowany wcześniej Stasiński apelował w swojej gazecie o szacunek dla takich jak Ceynowa, co obowiązujące ich prawo mieli gdzieś, nawet jeśli do "obywatelskiego nieposłuszeństwa" motywowały ich całkiem nieszlachetne intencje. 

Piotr Stasiński: Naukowcy, którzy w imię tej godności i autonomii uczelni sprzeciwiają się składaniu oświadczeń lustracyjnych, tym bardziej zasługują na szacunek, że podobnych napaści musieli się spodziewać. I nie przestraszyli się.

Śmiać mi się dzisiaj chce, gdy środowiska, które od zawsze głosiły, że niektórym wolno więcej, że wolno im złamać prawo i jeszcze z dumą się z tym obnosić, dzisiaj hurtem nawracają się na praworządność. A archiwa nie płoną, można sobie odświeżyć pamięć i przekonać się jak bardzo to jest tylko mądrość etapu.

 

 

12:37, kataryna.kataryna
Link Komentarze (10) »
piątek, 04 grudnia 2015
"Niezwłocznie"

 

Trybunał Konstytucyjny: Trybunał uznał ponadto, że art. 21 ust. 1 ustawy o TK, dotyczący ślubowania składanego przez nowo wybranego sędziego TK wobec Prezydenta, nakłada na głowę państwa obowiązek niezwłocznego odebrania takiego ślubowania. Jakiekolwiek inne sposoby rozumienia tego przepisu są zaś niekonstytucyjne. Prezydent nie jest organem dokonującym wyboru sędziów Trybunału. Konstytucja w ogóle nie przewiduje jego udziału w procesie obsadzania stanowisk sędziowskich w Trybunale. Przepisy ustawy nie mogą być zatem rozumiane w taki sposób, że przyznają kompetencje kreacyjne głowie państwa. Prezydent nie może swoim działaniem uniemożliwiać rozpoczęcia funkcji urzędowej sędziemu TK, który został uprzednio wybrany przez Sejm na podstawie art. 194 ust. 1 konstytucji. Konstytucja nie przewiduje możliwości odmowy przyjęcia ślubowania od nowo wybranego sędziego TK, a ewentualne wątpliwości głowy państwa co do konstytucyjności przepisów prawa, na podstawie których doszło do wyboru sędziów TK, mogą być oceniane wyłącznie przez Trybunał Konstytucyjny. Odebranie ślubowania od nowo wybranych sędziów TK jest ustawowym obowiązkiem Prezydenta. Ślubowanie umożliwia rozpoczęcie wykonywania funkcji urzędowej przez sędziego TK wybranego przez Sejm, a także służy zapewnieniu ciągłości wykonywania kompetencji przez Trybunał. Brak przepisów ustawowych precyzujących termin na odebranie ślubowania musi być rozumiany w ten sposób, że Prezydent swój obowiązek ma zrealizować niezwłocznie.

Już się cieszę na stawianie prezydenta przed Trybunałem Stanu za "niewystarczającą niezwłoczność" odebrania ślubowania, zwłaszcza w świetle tego, co sam Trybunał Konstytucyjny orzekał w innych sprawach, gdy rozstrzygał czy i jakie terminy wiążą prezydenta. Trybunał uznał na przykład za niegodny z Konstytucją zapis Ustawy o ustroju sądów powszechnych ograniczający do miesiąca termin w jakim prezydent musi powołać sędziów wybranych przez Krajową Radę Sądownictwa, uznając, że skoro żadnego terminu mu nie wyznacza Konstytucja, tym bardziej nie może mu wyznaczać akt niższego rzędu. W uzasadnieniu tamtego orzeczenia Trybunał wyjaśniał też co oznacza "niezwłocznie" i dlaczego nie jest to sztywny termin. 

Trybunał Konstytucyjny: Trybunał zwrócił uwagę, że nieokreślenie wprost terminu, w jakim Prezydent ma wykonać swoją kompetencję, nie oznacza, że art. 179 Konstytucji w ogóle nie odnosi się do tej kwestii. Należy go bowiem odczytywać jako obowiązek Prezydenta działania niezwłocznego (bez zbędnej zwłoki). (...) Pozwala to na zrekonstruowanie następującego mechanizmu: Prezydent, jako najwyższy przedstawiciel państwa i gwarant ciągłości władzy państwowej, winien czuwać nad przestrzeganiem Konstytucji, stać na straży suwerenności państwa, nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium, posługując się w realizacji tych zadań kompetencjami ujętymi w Konstytucji i ustawach. Elementem tego mechanizmu jest więc także prawidłowa realizacja kompetencji w zakresie powoływania sędziów, polegająca na sprawnym działaniu Prezydenta w terminie niezwłocznym, którego długość będzie każdorazowo zależała od konkretnego postępowania nominacyjnego. Taka interpretacja dopuszcza możliwość zaistnienia w realizacji przez Prezydenta jego kompetencji uzasadnionego opóźnienia, mogącego powstać na przykład w wyniku analizy kandydatur przedstawionych we wniosku KRS, czy konieczności wstrzymania procedury nominacyjnej ze względu na toczące się w sprawie danego kandydata postępowanie dyscyplinarne. Tym samym pozwala na prawidłową realizację przez Prezydenta jego prerogatywy, umożliwiając mu dokonanie rzetelnej oceny kandydatur przedstawionych we wniosku KRS. Jest spójna z ugruntowanym poglądem, że rola Prezydenta w procedurze nominacyjnej nie sprowadza się tylko do roli „notariusza”, potwierdzającego podejmowane gdzie indziej decyzje, lecz dokonuje on samodzielnej oceny przedstawionych mu kandydatur i w konsekwencji może odmówić uwzględnienia wniosku KRS. Należy mu przyznać prawo odmowy spełnienia wysuniętych wniosków, jeżeli jego zdaniem sprzeciwiałyby się one wartościom, na straży których postawiła go Konstytucja.

Jak widać w jednym z wcześniejszych orzeczeń, Trybunał Konstytucyjny szeroko interpretował "niezwłoczność" terminu, na dodatek uznając, że ustawą nie można prezydentowi narzucić terminu, jeśli nie został on wskazany w Konstytucji. Domniemywam, że skoro terminu nie można prezydentowi narzucić ustawą, to tym bardziej nie można mu jej narzucić medialnym wystąpieniem byłego lub obecnego sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Ustawa o Trybunale Konstytucyjnym mówi tylko, że "Osoba wybrana na stanowisko sędziego Trybunału składa wobec Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej ślubowanie", nie narzuca prezydentowi żadnego terminu, nie wspomina nawet o tym, że musi się to odbyć "niezwłocznie". Jeśli więc ktoś próbuje teraz definiować "niezwłoczność", to może to robić tylko na swój użytek, bo umocowania prawnego to żadnego nie ma. Nie tylko bowiem Trybunał Konstytucyjny w cytowanym postanowieniu, ale także Sąd Najwyższy wypowiadał się na temat "niezwłoczności" i też wskazywał względność tego pojęcia -  "niezwłocznie" nie należy utożsamiać z terminem natychmiastowym, termin "niezwłocznie" oznacza bowiem termin realny, mający na względzie okoliczności miejsca i czasu"

Nawet więc gdyby Konstytucja lub ustawa nakazywały - a nie nakazują! - prezydentowi odebrać ślubowania "niezwłocznie", to oznaczałoby to tylko "bez zbędnej zwłoki". Oszołomstwo chcące postawić prezydenta przed Trybunałem Stanu będzie więc musiało dowieść, że nie tylko wie lepiej od prezydenta czy jego zwłoka w przyjęciu ślubowania była niezbędna, ale także poradzić sobie jakoś z oczywistą oczywistością, że gdyby nie ona, mielibyśmy dzisiaj konstytucyjny pasztetu w postaci dwóch już zaprzysiężonych sędziów TK, wybranych w oparciu o niekonstytucyjne przepisy. Powodzenia!

 

 

 

10:26, kataryna.kataryna
Link Komentarze (1) »
czwartek, 03 grudnia 2015
Prezes, co się Konstytucji nie kłaniał

Art. 118. Inicjatywa ustawodawcza przysługuje posłom, Senatowi, Prezydentowi Rzeczypospolitej i Radzie Ministrów. Inicjatywa ustawodawcza przysługuje również grupie co najmniej 100 000 obywateli mających prawo wybierania do Sejmu

Konstytucja nie przewidziała dla Trybunału Konstytucyjnego inicjatywy ustawodawczej, tymczasem prezes Trybunału wraz z kolegami napisał ustawę, i nawet się z tym nie krył. Przy samej tylko ustawie o Trybunale Konstytucyjnym kreatywnie obszedł konstytucyjny brak inicjatywy ustawodawczej, ale także oczywisty konflikt interesów.

Dziennik Gazeta Prawna: Na konferencji prasowej poprzedzającej zgromadzenie Rzepliński poinformował, że w TK zakończono już prace nad projektem nowej ustawy o Trybunale. Nie chciał ujawnić żadnych szczegółów, zanim nie pozna ich prezydent, do którego trafi dokument (TK nie ma inicjatywy ustawodawczej). Prezes dodał, że TK musi przygotować bardzo dobry projekt, niczym "krawiec, który szyje garnitur dla samego siebie".

Art. 61. Obywatel ma prawo do uzyskiwania informacji o działalności organów władzy publicznej oraz osób pełniących funkcje publiczne.

Dziennik Gazeta Prawna: Prezes Trybunału Konstytucyjnego poniósł w piątek spektakularną klęskę w sprawie o dostęp do informacji publicznej. Projekt ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, który prof. Andrzej Rzepliński przekazał Kancelarii Prezydenta w celu rozważenia inicjatywy ustawodawczej, to informacja publiczna, a nie dokument wewnętrzny; prezes TK ma więc obowiązek go udostępnić opinii publicznej – to sedno piątkowego orzeczenia Naczelnego Sądu Administracyjnego, który uwzględnił skargę kasacyjną Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska. NSA uchylił wyrok WSA w Warszawie i rozstrzygnął co do istoty sprawy.

Prezes tak bardzo się nie przejmuje konstytucyjnym prawem obywateli do informacji publicznej, że ci go musieli po sądach ciągać, żeby się czegoś o kuchni tworzenia prawa dowiedzieć. O ile pamiętam, prezes Rzepliński nawet grzywnę zapłacił za - powtarzam - złamanie konstytucyjnego prawa obywateli do jawności życia publicznego. Nie po to sobie "krawiec" sam dla siebie garnitur szyje, żeby mu jakiś Kowalski na ręce patrzył. 

Art. 195. Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego w okresie zajmowania stanowiska nie mogą należeć do partii politycznej, związku zawodowego ani prowadzić działalności publicznej nie dającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów

Nie ma już chyba chętnych do bronienia tezy, że jego publiczna działalność - zwłaszcza w ostatnich dniach - da się pogodzić z zasadami niezależności i niezawisłości sędziów. Gdyby ktoś jednak próbował, słowami samego Rzeplińskiego spieszę wyjaśnić na czym polega problem.

Andrzej Rzepliński: Nie będę się w tej sprawie wypowiadał.

Robert Mazurek: Dlaczego? Przecież i tak się pan wyłączył?

Andrzej Rzepliński: Ale moje zdanie mogłoby zostać odczytane jako forma nacisku na sędziów.

Robert Mazurek: Nacisku?! Tak nisko ich pan ocenia? Sam mnie pan przekonywał, że nie ulegają żadnym naciskom.

Andrzej Rzepliński: Ale mogę mieć wpływ na zdanie kolegów. Przecież podczas narad wpływamy na siebie, rozmawiamy ze sobą...

Art. 188. Trybunał Konstytucyjny orzeka w sprawach...

Konstytucja nie dała Trybunałowi kompetencji w zakresie kształtowania porządku dziennego Sejmu, ale nie przeszkodziło to Rzeplińskiemu sobie takie prawo przyznać, pod pozorem "zabezpieczenia roszczenia", i choć ten sam Trybunał killka lat wcześniej jasno się wypowiedział, że nie ma żądnej możliwości wprowasdzania takich roszczeń, to na okoliczność polutycznego sporu z PiSem tamtą interpretację temu co mu wolno, a co nie, zawiesił. I tu znowu oddajmy głos Rzeplińskiemu, z czasów gdy dopiero ubiegał się o funkcję, którą dzisiaj tak kreatywnie sprawuje.

Andrzej Rzepliński: Ta naturalna potrzeba sędziów rozstrzygnięcia, rozstrzygnięcia mądrego podsuwa taką można powiedzieć pokusę, która przecież też może dobrze służyć ostatecznemu rozstrzygnięciu, czasami wynika to z przedstawionych okoliczności sprawy, dowodów przedstawionych przez strony,. Ale na dłuższą metę, jak się nad tym zastanowimy, byłbym w dalszym ciągu bardziej ostrożny, bardziej konserwatywny, jeśli chodzi o takie próby. Mamy dwa rodzaje podejść, jeśli chodzi o orzecznictwo, zwłaszcza tych największych sądów w każdym kraju: Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego, Naczelnego Sądu Administracyjnego: bardziej aktywne w stosunku do obowiązującego stanu prawnego orzekanie, gdzie de facto mamy do czynienia z próbami współtworzenia przez sąd obowiązującego porządku prawnego i bardziej pasywne, zgodnie z którym od tworzenia prawa jest parlament, dlatego że to on ma legitymację demokratyczną, a sędziowie, zwłaszcza Trybunału Konstytucyjnego, mają i tak olbrzymią władzę negatywną. Piętnastu, czy nawet czasami pięciu sędziów, przecież, ma olbrzymią władzę negatywną, stwierdzeń o zgodność jakiegoś przepisu z konstytucją bądź ratyfikowaną umową międzynarodową. Sądzę, że takie powstrzymywanie się jest sensowniejsze, bo przecież sędziowie Trybunału Konstytucyjnego mają ograniczoną legitymację demokratyczną swojej władzy, pośrednią, pochodzącą od posłów. Oczywiście trzeba zwracać uwagę na treść art. 10 konstytucji, na podział władzy, i postępować niezwykle rozważnie, myśląc o tym, co Trybunał może uczynić, a gdzie powinien zatrzymać się i pozostawić decyzję parlamentowi.

Prezesa poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy. Prezes Rzepliński kończy swoją kadencję jako współsprawca największego od bardzo dawna kryzysu konstytucyjnego. I bez względu na to kto wygra to starcie, nie udawajmy, że gdzieś tam jeszcze o Konstytucję chodzi.

11:39, kataryna.kataryna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 29 listopada 2015
Cała Polska czyta Konstytucję

Art. 4. Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu.

Art. 6. Rzeczpospolita Polska stwarza warunki upowszechniania i równego dostępu do dóbr kultury, będącej źródłem tożsamości narodu polskiego, jego trwania i rozwoju.

Art. 11. Finansowanie partii politycznych jest jawne.

Art. 18. Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej.

Art. 38. Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia.

Art. 45. Każdy ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd.

Art. 48. Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami.

Art. 53. Każdemu zapewnia się wolność sumienia i religii. Religia kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej może być przedmiotem nauczania w szkole, przy czym nie może być naruszona wolność sumienia i religii innych osób.

Art. 61. Obywatel ma prawo do uzyskiwania informacji o działalności organów władzy publicznej oraz osób pełniących funkcje publiczne. Prawo do uzyskiwania informacji obejmuje dostęp do dokumentów oraz wstęp na posiedzenia kolegialnych organów władzy publicznej pochodzących z powszechnych wyborów, z możliwością rejestracji dźwięku lub obrazu.

Art. 71. Państwo w swojej polityce społecznej i gospodarczej uwzględnia dobro rodziny. Rodziny znajdujące się w trudnej sytuacji materialnej i społecznej, zwłaszcza wielodzietne i niepełne, mają prawo do szczególnej pomocy ze strony władz publicznych.

Art. 82. Obowiązkiem obywatela polskiego jest wierność Rzeczypospolitej Polskiej oraz troska o dobro wspólne.

Art. 85. Obowiązkiem obywatela polskiego jest obrona Ojczyzny.

Art. 126. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej i gwarantem ciągłości władzy państwowej.

Art. 139. Prezydent Rzeczypospolitej stosuje prawo łaski

Art. 195. Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego w okresie zajmowania stanowiska nie mogą należeć do partii politycznej, związku zawodowego ani prowadzić działalności publicznej nie dającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów.

Art. 205. Prezes Najwyższej Izby Kontroli nie może należeć do partii politycznej, związku zawodowego ani prowadzić działalności publicznej nie dającej się pogodzić z godnością jego urzędu.

Art. 227. Prezes Narodowego Banku Polskiego nie może należeć do partii politycznej, związku zawodowego ani prowadzić działalności publicznej nie dającej się pogodzić z godnością jego urzędu.

 

 

 

18:49, kataryna.kataryna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 listopada 2015
Młot na PiS

Waldemar Kuczyński: Poszedłem o krok za daleko wzywając słusznie do maksymalnego skrępowania rąk wrogom obecnej Konstytucji i państwa.

Kuczyński na twitterze szczerze wyłożył o co chodzi z obecną awanturą o Trybunał Konstytucyjny, i jakie intencje przyświecały autorom nowelizacji. Pół biedy jednak, gdyby akcję legislacyjnego "krępowania rąk" przyszłej władzy przeprowadzali szykujący się do przejścia do opozycji politycy Platformy - takie ich wilcze prawo. Ale  jeśli bierze się za to Trybunał Konstytucyjny, to coś jest bardzo nie tak. A jeśli na dodatek robi to w tajemnicy tak wielkiej, że prezes Rzepliński woli zapłacić grzywnę wymierzoną mu przez Naczelny Sąd Administracyjny za ukrywanie projektu "kajdanek" przed obywatelami, to pytania o rolę Trybunału i jej prezesa same się odpowiadają. Skoro więc prezes Rzepliński mianował się generałem na politycznej wojnie, warto odświeżyć historię jego prezesowania. 

W 2007 roku Platforma chciała odwołać rząd Jarosława Kaczyńskiego, ale nie miała większości do przegłosowania konstruktywnego wotum nieufności, a takiego wymaga konstytucja (Art 158 "Sejm wyraża Radzie Ministrów wotum nieufności większością ustawowej liczby posłów na wniosek zgłoszony przez co najmniej 46 posłów i wskazujący imiennie kandydata na Prezesa Rady Ministrów"), wymyśliła więc sobie, że ten niewygodny konstytucyjny wymóg obejdzie, składając pojedyncze wnioski o odwołanie każdego ministra z osobna, i w ten sposób odwoła cały rząd bez konieczności wystawienia własnego kandydata na premiera. 

Jerzy Stępień (ówczesny prezes Trybunału): Konstytucja wprowadziła po to konstruktywne wotum nieufności, by ustabilizować rządy, a zatem zachowanie PO też prowadziło do tego, żeby ominąć istotę konstruktywnego wotum nieufności.

Żeby uciszyć liczne głosy, że taki manewr jest kreatywnym omijaniem postanowień Konstytucji, Platforma zamówiła  sobie ekspertyzę u profesora Andrzeja Rzeplińskiego, a ten jej napisał, że wszystko git, a potem z ogromnym zaangażowaniem bronił tego w mediach, oskarżając przy okazji premiera i prezydenta o złamanie - przepraszam, pogwałcenie - Konstytucji. Po latach tak usprawiedliwiał swój wkład w falandyzowanie Konstytucji. "Prawnicy mieli wtedy różne zdanie, bo konstytucja milczała na temat tego, co zrobiła Platforma Obywatelska. Ale skoro można wnioskować o wotum nieufności dla jednego ministra, a nie jest napisane, że tylko jednego, to można to interpretować, że odwołanie wszystkich naraz też jest dopuszczalne.". Krótko po zamówionych przez Platformę zabawach z Konstytucją, Rzepliński został kandydatem PO na ministra sprawiedliwości, ostatecznie stanęło na prezesurze Trybunału Konstytucyjnego. I przed nominacją, i już jako prezes Trybunału Konstytucyjnego, Rzepliński bardzo chętnie wypowiada się w każdej sprawie, komentując ustawy, politykę, polityków, a nawet sądowe wyroki, a większość jego wypowiedzi to polityczna publicystyka.

O Platformie Obywatelskiej: Mój system wartości jako konserwatywnego liberała jest bliski systemowi wartości Platformy Obywatelskiej.

O Prawie i Sprawiedliwości: Obecne zamieszanie i uchwalona przez PiS nowelizacja ustawy o Trybunale Konstytucyjnym to gra na rozbicie Trybunału od wewnątrz. Ponadto skrócenie kadencji prezesa TK, co proponował PiS, jest niezgodne z Konstytucją.

O Lechu Kaczyńskim: To bardzo jaskrawe, że prezydent pogwałcił konstytucję.

O Jarosławie Kaczyńskim: Kaczyński ordynarnie psuje państwo.

O Mariuszu Kamińskim: W USA przy takich zarzutach byłoby to 10 lat.

O Antonim Macierewiczu: Gdyby raport [o WSI] ujawnił aktywa naszego wywiadu, to mielibyśmy do czynienia z czymś, co można określić zbrodnią zdrady stanu.

O Andrzeju Dudzie: Prezydent nie miał prawa do ułaskawienia, wkroczył w kompetencje sądów.

O expose Kaczyńskiego (2006): To exposé zrobiło na mnie fatalne wrażenie. Jarosław Kaczyński to zdolny mówca i potrafi dobrze mówić. Nie wiem, czy jakiś układ dał mu proszki, że plótł jak Piekarski na mękach. W jego przemówieniu dominowało myślenie negatywistyczne, a nie kreatywne. Jest więźniem własnych konstruktów myślowych, widzi świat w czarnych barwach

O samobójstwie Blidy: Poważnie wątpię, że w grupie, która tam przyszła rano, była jakakolwiek kobieta. Jestem głęboko przekonany, że to oszukiwanie opinii publicznej. Trwa ''legendyzacja'' sprawy

O Beacie Sawickiej: Powinno być wszczęte śledztwo w sprawie sposobu uwikłania pani Sawickiej w proces doprowadzenia jej do przyjęcia łapówki. Są osoby, które odpowiednio poprowadzone przyjmą łapówkę, i to wręczoną przez podstawionego policjanta, a nie kogoś, kto rzeczywiście chce dać prawdziwą łapówkę. Zdaje się, że pani Sawicka była przez rok szpiegowana, by uczynić z niej przestępcę. Nie wiemy, czy ten uroczy dżentelmen z CBA zaprzeczy, czy uzależnił ją od siebie, także w sensie erotycznym i kierował nią jak manekinem Powinno być wszczęte śledztwo w sprawie sposobu uwikłania pani Sawickiej w proces doprowadzenia jej do przyjęcia łapówki.

O Mirosławie G: Przez swoje zdolności i tytanizm pracy stracił też kontrolę nad sobą. Uważał, że ponieważ kilka razy dziennie ratuje życie ludzkie, to jemu wolno więcej niż innym. Ktoś mówi, że gdzieś tam policjant dostał dwa lata więzienia. Ale policjant dostaje dwa lata więzienia za to, że zniszczy dowód przestępstwa albo przyjmie pieniądze i puści pijanego kierowcę dalej. Lekarz dostaje łapówkę w zamian za uratowanie życia. To są zupełnie inne sytuacje.

O agencie CBA: Pani Honorata, uwiedziona przez agenta tajnej policji, miała prawo mieć bardzo silną nadzieję, że to się zamieni w trwały związek. Jego celem było tylko zmuszenie jej w ten sposób do wynoszenia dokumentów objętych absolutną tajemnicą. On tę kobietę traktował jak rzecz, jak przedmiot, czyli naruszył jej godność. Nie powinien tak czynić.

Prezes Rzepliński zna się więc absolutnie na wszystkim, nawet na pracy operacyjnej, i wie lepiej, że funkcjonariuszki ABW przy Blidzie nie było, że to tylko legendowanie akcji specjalnej. 

Konstytucja, którą dzisiaj Gazeta Wyborcza dołączyła do weekendowego wydania, stawia sędziom Trybunału Konstytucyjnego wysokie wymagania, zakazując im "prowadzenia działalności publicznej nie dającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów". Niech każdy sobie sam odpowie, czy prezes Rzepliński ten konstytucyjny wymóg szanuje. I jak by się ze swojej obecnej politycznej aktywności usprawiedliwiał przed sobą samym sprzed 9 lat, kiedy posłom z komisji przesłuchującej go jako kandydata do TK, tłumaczył, jak bardzo u nas źle z sędziowską bezstronnością. "Uważam, że w Polsce za słabe są przepisy, które wymuszają na sądzie wyłączenie się z konkretnej sprawy. Wszyscy znamy filmy, dramaty sądowe i wiemy, jak olbrzymią wagę przywiązuje się tam, ze względu na due process of law – prawo zagwarantowania każdemu rzetelnego procesu, do tego, aby sędzia był rzeczywiście niezależny, niezawisły i, przede wszystkim, bezstronny w konkretnej sprawie. Nie tylko w państwach prawa systemu common law, ale również we Francji, w Niemczech procedury badania bezstronności sędziego są o wiele dalej posunięte niż u nas.". Rzepliński pisząc nowelizację ustawy o Trybunale Konstytucyjnym miał okazję poprawić te przepisy. Zamiast tego, swoją medialną aktywnością już czysto polityczną udowadnia jak bardzo miał wtedy rację. Tylko czy to na pewno kwestia procedur, czy uczciwości sędziego? 

 

 

 

 

16:11, kataryna.kataryna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31